Strony

10 lipca 2017

Legenda Rozdział szusty: Spisek

zamek Malonimusa
-Lordzie Xariel, któż to was napadł że straciliście pół oddziału? - pytał król.
Lord stał przed obliczem swego władcy ze wzrokiem utkwionym w ziemię. Dobrze wiedział że odpowiedź nie spodoba się władcy.
-Po drodze spotkaliśmy grupę zwiadowczą księżniczki Abolosu. Niestety oni okazali się lepszymi łucznikami. Ale za to pokonałem w pojedynku generała Ingailora.
-I zabiłeś go, jak mniemam?
-Tak, Wasza Wysokość.
Król zbliżył się do swego rozmówcy uważnie mu się przyglądając.
-To któż tak rozciął ci czoło? Taka rana świadczy o przegranym pojedynku.
Istotnie, Lord miał głowę przewiązaną opatrunkiem a na miejscu prawego łuku brwiowego widniała spora plama krwi.
-...
-Lordzie, któż.
-Lady Mari.
-Ona? Sądziłem żeś lepszy wojownik.
-Jeśli wolno, ciebie przecież też pokonała w bitwie w Dolinie Północy.
-Dla ścisłości. Jej ojciec nie ona.
Lord Xariel milczał.
-Abolos coraz bardziej nam zagraża. - mówił do siebie. - Ta dziewczyna jest coraz bardziej zuchwała, a na domiar złego ma coraz większy wpływ.
-Słyszałem od kupców że król Abolosu niedawno się ożenił. Z Elyssą, księżniczką Mandurii.
-I co z tego?
-Panie, możemy to wykorzystać. Siostra króla nie lubi jego żony. Z wzajemnością. Gdyby udało się pogadać z królową...
-Tego nie możemy zrobić. Ona jest próżna, dumna i gardzi innymi ale nie sądzę żeby chciała z nami gadać.
-Czy mógłbym chociaż spróbować?
-Nie wpuszczą cię do zamku.
-Wyślę szpiega w moim imieniu.
-Zezwalam.
Lord Xariel skłonił się i wyszedł. Nareszcie będzie mógł się zemścić. W imieniu króla za przegraną bitwę oraz we własnym za przegrany pojedynek i pojmanie przed paru laty. Wezwał do siebie swego brata Kastora.
-Pojedziesz incognito do Abolosu. - mówił. - Tam spróbujesz się dowiedzieć czy królowa Elyssa zechce nam pomóc pozbyć się króla i jego siostry.
-Bracie, nie rozumiem po co jeszcze Soloba ciągnie tę wojnę. Nie chcę brać udziału w żadnych spiskach.
-To jest rozkaz a twoim obowiązkiem jest go wykonać. Bez szemrania.
Lord Kastor wyszedł z komnaty brata. Miał wielką ochotę nie wykonać tego rozkazu ale wiedział co go czeka za niesubordynację. Gdyby tylko udało się to jakoś obejść.

Gdy wjechał do Północnego Lasu było południe. Jak dotąd nikt go nie próbował zatrzymywać i Lord Kastor niezauważony zbliżał się do zamku.
Ale nagle tuż obok jego głowy przeleciała strzała. A zaraz potem następna. Wkrótce zorientował się że jest otoczony.
-Kim jesteście? - spytał podnosząc ręce do góry i zsiadając z konia. Otaczało go z pięćdziesięciu ludzi z wycelowanymi w jego pierś strzałami i włóczniami.
-Z armii Abolosu. - odparł jeden z nich. - Pójdziesz z nami.
-Nie mam złych zamiarów. Tylko przejeżdżałem...
-Nie obchodzi mnie to. Wyglądasz na Solobańczyka.
-Nie jestem taki jak moi rodacy.
-Lady Mari zdecyduje co z tobą zrobić. Idziemy. - jeden z żołnierzy przyłożył mu włócznię do pleców, zmuszając do pójścia na przód.
Ale się wpakowałem, pomyślał Lord Kastor.
Żołnierze zaprowadzili go pod bramy zamku. Tam tylko, bo Mari już tam na nich czekała.
-Pani, - zaczął jeden z żołnierzy - znaleźliśmy go w Północnym Lesie. Twierdzi że nie ma złych zamiarów, ale to Solobańczyk, więc...
Księżniczka skinęła głową żołnierzowi, po czym zwróciła się do Lorda Kastora:
-Co twój władca znowu knuje?
Cisza.
-Jesteś na naszej łasce. Lepiej odpowiadaj.
Ale ten nadal milczał. Wiedział że gdyby dowiedzieli się prawdziwego powodu jego wizyty, byłoby jeszcze gorzej.
-Będziesz mówić czy mają cię do tego przekonać lochy tego zamku? - spytała jeszcze raz Mari. Gdy nie uzyskała odpowiedzi kazała go zabrać.
Lord Kastor odprowadzany przez straże do lochów, powiedział w końcu:
-Wolę siedzieć w lochach nawet całe życie niż powiedzieć po co tu przyjechałem. Ale dla własnego dobra nie mówcie nikomu że trzymacie mnie w niewoli. Nie mówcie moim rodakom że w tych lochach jest Lord Kastor.
-Gdybyś powiedział po co cię tu przysłano, mógłbyś tego uniknąć.
-Wierz mi Milady, nie chcę źle dla tego kraju. Nie jestem taki jak inni Solobańczycy.

Lord Kastor siedział w swojej celi i zastanawiał się jak wytłumaczyć swoją misję. Wiedział że jeśli jej nie wykona a jego brat albo - jeszcze gorzej - król się o tym dowie, będzie miał poważne kłopoty. Ale bał się też że gdy powie prawdę Abolończykom, też nie będzie za dobrze. A kłamać nikomu nie chciał. Zwłaszcza księżniczce. Księżniczka... widział ją tylko raz ale czuł że nigdy nie zapomni jej widoku. Ile by dał by zechciała z nim porozmawiać. By mu uwierzyła. Wiedział jednak że nie może na to liczyć. Pochodzili z różnych rodów od pokoleń ze sobą skłóconych. Byli napiętnowani choćby pamięcią o zatargach przodków. Mimo wszystko postanowił jednak spróbować ryzyka. Podszedł do krat i zwrócił się do jednego z pilnujących go strażników:
-Czy mógłbym porozmawiać z księżniczką?
Strażnik mu nie odpowiedział.
-Proszę, mam ważne wieści.
-Ważne wieści?! - strażnik w końcu się odezwał. - Gdy cię tu wsadziliśmy nie chciałeś nic mówić.
-Przemyślałem to. A jeśli nie wrócę do kraju, Malonimus przyjedzie tu z wojskiem.
-Słuchaj no, mamy powody by ci nie wierzyć.
-Nie proszę żebyście mi uwierzyli tylko wysłuchali.
-Dobra zawołamy ją, ale pamiętaj: jeśli kłamiesz to marny twój los. - wtrącił się drugi strażnik ignorując piorunujące spojrzenie kolegi. - I czekaj, jak ty ją nazwałeś? Milady?
Wiezień spuścił wzrok zawstydzony.
Parę minut później przy jego celi stała Mari.
-Masz 10 minut. - powiedziała.
-Nie mogę powiedzieć prawdy ani skłamać. - zaczął Lord Kastor. - Jeśli nie zrobię tego po co mnie tu przysłano a Malonimus dowie się o tym, będę miał kłopoty. Jeśli wy dowiecie się prawdy, także będę miał kłopoty. Nie chcę okłamywać ani ich ani was, a tym bardziej ciebie, pani.
-Więc powiedz prawdę.
-Lord Xariel... to mój brat. Przysłał mnie tu żebym zorientował się czy... czy... królowa... nie zechce współpracować z władcą Soloby. Oni zamierzają pozbyć się ciebie i twojego brata.
-To akurat nie jest nowość. - odparła księżniczka. - Ale ojczyzna królowej nie specjalnie przepada za Solobą.
Kastor odetchnął z ulgą. Najgorsze ma za sobą a reakcja Mari mile go zaskoczyła. Kontynouwał więc dalej.
-Jeśli nie wrócę będą mnie szukać. Przyślą tu wojsko. Ale jeśli wrócę będę miał kłopoty.
-Nie bój się. Nie wypuszczę cię tak szybko. Skąd mogę wiedzieć że nie kłamiesz? Sam powiedziałeś że przyjechałeś tu na przeszpiegi.
-Taki dostałem rozkaz ale oddałbym wszystko żeby nie musieć go wykonać. Mam prośbę pani, nie pozwólcie żeby Malonimus przybył tu z wojskiem.
-Tego na ogół nie da się uniknąć.
-Nie chodziło mi o to. Czy ty nie mogłabyś wypytać królowej jakie ma zdanie na temat Soloby?
-To się okaże. - odparła Mari i odeszła.

Tydzień później księżniczka złożyła więźniowi niezapowiedzianą wizytę.
-Jeśli chcesz wiedzieć, - zaczęła - prosiłam służbę by podpytała ukradkiem królową. Według ich relacji raczej nie zanosi się na współpracę Mandurii i Soloby, ale nie można brać tego za pewnik.
-A czy... kiedy mnie uwolnicie?
-Gdy przyjdzie na to czas. - księżniczka chciała już odejść ale lord Kastor widząc to, powiedział:
-Pani, co mam zrobić żebyś uwierzyła Solobańczykowi który przysięga że jest inny niż jego rodacy? Że chciałby zakończyć tę wojnę?
-A przysiągłbyś?
-Choćby teraz. - Lord uklęknął na jedno kolano, przyłożył prawą rękę do serca i powiedział: - Ja, lord Kastor, oficer armii Soloby, przyrzekam uroczyście, tobie milady, że nie podzielam wojowniczych zapędów mych rodaków i nie chcę zguby Abolosu.
-A czy dla Solobańczyka przysięga ma jakiekolwiek znaczenie? O ile wiem, nie.
-Pozwól mi udowodnić że mówię prawdę.
Wtem przybiegł do nich strażnik.
-Pani, - powiedział zdyszany - król Soloby... tu jest. Pod murami. Z wojskiem.
Mari pobiegła na dziedziniec za strażnikiem a lord Kastor wyjrzał przez zakratowane okienko w celi.
-Po mnie przyjechali. - powiedział do siebie.
Istotnie. Widział jak Mari i Kryspin rozmawiają z Malonimusem. A jego po chwili wyprowadzili strażnicy.
-A, jednak jesteś. - odezwał się władca Soloby na widok swego podwładnego. - I jak? Rozkaz wykonany?
Lord Kastor milczał.
-Jeśli uważasz że moja żona będzie ci pomagać, to jesteś w błędzie. - powiedział Kryspin.
Król Malonimus aż zaniemówił gdy usłyszał te słowa. Z wściekłością zwrócił się do Kastora:
-Skąd oni wiedzą o twojej misji, zdrajco?! Miałeś być incognito!
-Sam im powiedziałem. - odparł hardo lord.
-Gdybym wiedział że mój brat zwróci się przeciwko swym rodakom, przeciwko własnej rodzinie, przeciwko mnie... - powiedział Xariel stojący obok swego króla.
-Mówiłem ci bracie że nie warto ciągnąć dalej tej wojny.
-Nie mów tak do mnie więcej. Ja już nie mam brata.
-I do kraju nie masz prawa wracać. Skazuję cię na banicję. - dodał król i odjechał ze swoimi ludźmi.

Po ostatnich wydarzeniach lorda Kastora uwolniono i dano mu wolną rękę. Ale ten nie mogąc wrócić do ojczyzny postanowił zostać w Abolos. Przy swej ukochanej. Był pewny że żadnej innej nie pokocha tak bardzo jak pięknej Mari. Ale dotąd ona nic nie wiedziała o jego uczuciach a wszyscy w zamku nie do końca mu ufali.

Tymczasem władca Soloby i jego zaufany doradca lord Xariel w drodze do ojczyzny przysięgli sobie że nie odpuszczą.
-Z porozumienia z królową nici. Do tego jeden z naszych zdradził. Trzeba wymyślić coś lepszego. A ty mogłeś znaleźć lepszego szpiega.
-Myślałem że można mu ufać.

05 lipca 2017

Legenda Rozdział piąty: Wyprawa cz.2

Góry zobaczyli na horyzoncie dopiero po tygodniu wędrówki przez Wielkie Równiny. Mari poinformowała resztę że do gór dotrą za jakieś dwa dni, oczywiście pod warunkiem że Hiamu oszczędzi sobie takich cyrków jak po przekroczeniu Samy. Zamierzała przejść przez przełęcz na drugą stronę gór. Czy jednak się to uda? Czy nie zaskoczą ich Solobańczycy? Tego nikt nie mógł przewidzieć.
Teraz albo dołów było mniej albo Hiamu był ostrożniejszy. Dość że wpadał coraz rzadziej.
W pewnej chwili trawa zaczęła być niższa a teren zaczynał się podnosić. I to dosyć gwałtownie. Wchodzili już na górskie stoki, choć szczyty były jeszcze daleko. Drugiego dnia od ukazania się gór na horyzoncie, tu i tam drużyna zaczęła napotykać skalne granitowe bloki a jeszcze tego samego wieczoru mieli po bokach ściany gór. Weszli w przełęcz. Rano byli już po drugiej stronie. Jednak do tej pory nie spotkali ani jednej ludzkiej istoty, co niepokoiło Mari. W najgorszym wypadku urządzili zasadzkę. Albo też nie spodziewali się nikogo i po prostu te tereny niebyły strzeżone.
Pas zielonej trawy nagle się urywał. Przed sobą mieli bagna. Ogromne bagna. Południowe Bagna Soloby.
-Wchodzimy tam? - spytała Ami.
-Myślę że nie ma potrzeby. Jesteśmy na granicy. Niech sobie robią tu co chcą. Chciałabym wiedzieć czy nie zaczaili się na nas w wyższych partiach gór. - Mari spojrzała w górę na szczyty. - Teraz pojedziemy na wschód, wzdłuż pasma. Wrócimy na około i przy okazji sprawdzimy większy teren.
-A na wschód od nas są ciągle te równiny? - spytał Hiamu.
-Nie. Na wschód od nas jest labirynt korytarzy, jaskiń i grot, które dawno temu wyżłobiły rzeki o wyjątkowo silnych nurtach. Ściany tego labiryntu mają, jeśli się nie mylę, jakieś 100 metrów wysokości. Na południe od niego natomiast płynie rzeka Sama, a na jej południowym brzegu, na wschód od Północnego Lasu, są Łąki.
-A dalej?
-A dalej sam się przekonasz.
Drużyna wyszła z przełęczy i ruszyła na wschód mając góry i krainę Soloby po lewej stronie. Jeszcze kawałek mieli iść przez Wielkie Równiny zanim dotrą do Labiryntu Kresowego.

-Jakim cudem od początku podróży nie spotkaliśmy ani jednego człowieka? - zastanawiała się Ami.
-Widocznie nikt nie chce mieszkać na takim odludziu. - podsunął myśl Hiamu. - A zmieniając temat, jak zamierzacie po tym przejść?
Grupa stała właśnie przy Labiryncie Kresowym. Pod nimi rozciągał się gąszcz przejść, a pofalowane wysokie ściany, z góry nie wydawały się zbyt bezpieczne.
-Chyba nie będziemy schodzić na dół? - dodał po chwili.
-Nie, jeśli tam zejdziemy, możemy już nigdy nie wyjść. Trzeba przejść górą.
-Szkoda, chciałabym pozwiedzać te jaskinie. Ale, Mari, jeśli uważasz że lepiej przejść górą, to lepiej uważaj na Hiamu. Znając go, będzie pierwszym który tam zleci.
Stanęło na tym że Mari poszła pierwsza, za nią Hiamu, potem Ami i reszta grupy. To był rzeczywiście labirynt. Często okazywało się że dochodzili do ślepego zaułka i cała grupa musiała się wycofywać. Czasem półki skalne były bardzo wąskie, czasem trochę szersze. Czasem musieli też przeskakiwać nad przepaścią. Na szczęście nikt nie spadł ale dojście do rzeki zajęło im cały dzień. Widocznie tu Góry Graniczne kierowały się na południowy-wschód. Nagle labirynt się urywał a od rzeki płynącej w wąwozie dzielił ich tylko metrowy pas ziemi. Na szczęście tutaj most był. Problem był tylko z końmi bo po tym labiryncie nie dałyby rady przejść, więc Mari kazała kilku ludziom przeprowadzić je na około. Droga ich była dłuższa i jeszcze nie dołączyli do reszty. Trzeba było na nich poczekać z przejściem przez most.
Ale gdy dołączyli następnego ranka, pojawił się kolejny problem. Grupa zatrzymała się na postój i po upływie doby od dołączenia koni, mieli zamiar ruszyć dalej.
I dopiero gdy miał wejść na wiszący nad kilkudziesięciometrową przepaścią most, Hiamu się zawahał. Złapał się sznurów imitujących barierki i stał w miejscu.
-Co jest, no idź. - ponagliła Ami a Mari, która szła przed Hiamu, odwróciła się.
-Nie mogłeś powiedzieć wcześniej że masz lęk wysokości?
Hiamu nie odpowiedział.
-A nad Labiryntem Kresowym przeszedłeś bez problemów. - zauważyła Ami.
-Tam nie było wody na dole.
-Nie patrz w dół i nie myśl. - poradziła Ami.
Gdy jakimś cudem Hiamu udało się przejść na drugi brzeg, a tym samym i całej reszcie, znaleźli się na Łąkach. Tutaj trawa również była wysoka, jednak nie tak bardzo jak na Wielkich Równinach. Teren był pagórkowaty, od czasu do czasu poprzecinany ciekami wodnymi, a oprócz trawy rosły tu też polne kwiaty. Po drzewach jednak nadal ani śladu.
Dalej pojechali już konno.
Po kilku godzinach jeden z żołnierzy zrównał się z Mari.
-Pani, spójrz tam na prawo od nas, między tymi dwoma pagórkami. - powiedział cicho.
Mari spojrzała we skazanym kierunku. Zdjęła łuk z pleców. Ami także podjechała bliżej przyjaciółki.
-Co się stało? - spytała.
-Mamy towarzystwo. - Mari wskazała dolinkę na prawo od nich.
-Solobańczycy?
-Nie widzisz ich sztandaru? Na szczęście to mały oddział. Może kilkunastu ludzi, ale kto wie czy dalej nie kryją się pozostali. Udawajcie że ich nie widzicie. Przejedziemy obok i zobaczymy co zrobią.
Gdy jednak grupa znalazła się przed ukrytymi w trawie, ci zaczęli ostrzał z łuków. Odział Mari odpowiedział tym samym. Na szczęście Solobańczycy nie byli dobrymi łucznikami i ich strzały były niecelne. W przeciwieństwie do Abolończyków. Gdy dowódca atakujących zorientował się że przegrywa, wyszedł przed szereg i zarządził koniec ataku. Mari zrobiła to samo.
-Jest nas więcej. Dobrze wam radzę poddajcie się. - powiedział.
-Co ty znowu robisz na ziemiach mojego brata, Lordzie Xariel? - spytała Mari.
-To znowu ty?
-Wracaj do ojczyzny a unikniesz kłopotów. Czy mamy wystrzelać cały twój oddział?
-Jesteś zbyt pewna siebie. To źle. Ingailor też taki był i drogo za to zapłacił.
-O czym ty mówisz ? - wtrąciła się Ami.
-A zapomniałem. Przecież wy jeszcze nic nie wiecie. - powiedział teatralnym głosem. Po chwili spoważniał i dodał: - Osobiście go zabiłem.
Na początku nikt mu nie uwierzył więc Lord Xariel kontynuował:
-Wjeżdżam do jednej ze wsi Abolosu a ten wychodzi mi na spotkanie. Od słowa do słowa i przegrał pojedynek ze mną. A teraz ciebie, moja droga, czeka ten sam los.
-A co robiłeś w tej wsi? - spytała Mari.
-A czy to ważne? I tak zaraz zginiesz. - Lord Xariel wyciągnął miecz.
Mari zsiadła z konia.
-Jeśli wygram, odejdziecie stąd.
-Może i tak być. Ale nie wygrasz. Nie ze mną.
-Mam nadzieję że wiesz co robisz. - szepnęła Ami, a głośniej dodała: - Pamiętasz jak trafiłeś do naszych lochów pięć lat temu?
Dowódca Solobańczyków zignorował pytanie dziewczyny. Obserwował księżniczkę która jakoś nie spieszyła się z wyciągnięciem broni.
-Na co czekasz? - spytał podchodząc bliżej. - Skoro chcesz ze mną walczyć to przynajmniej okaż trochę honoru. - Zamachnął się mieczem, ale broń ze zgrzytem została zatrzymana.
Mari odparowała cios. Nim przeciwnik zdał sobie sprawę co się dzieje, opuściła miecz i płazem uderzyła go pod kolanami. Ten zachwiał się ale nie upadł. Błyskawicznie się odwrócił przodem do Mari, akurat by zablokować jej uderzenie. Miecze się skrzyżowały, żadne nie chciało odpuścić. Ale po chwili Solobańczyk zrobił parę kroków do tyłu a miecz księżniczki zsunął się do rękojeści jego miecza. Mari popchnęła w lewo jego prawą rękę, wytrącając przeciwnikowi miecz.
-Podnieś. - powiedziała.
Lord schylił się po broń, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Poniósł ją i natychmiast ciął poziomo na wysokości pasa. Mari jednak była szybsza - uchyliła się i wykonała mieczem ruch tak błyskawiczny że nikt go nie zarejestrował, po czym odsunęła się kilka kroków od przeciwnika.
Ten stał przez chwilę jakby w szoku a potem osunął się na kolana i upadł. Z jego skroni pociekła stróżka krwi.
Na widok przegranej swojego dowódcy, Solobańczycy rzucili się do ataku ale łuki ich przeciwników skutecznie zatrzymały ich w pół kroku.
-Co to miało być? - zwróciła się do nich Mari. - Umowa była jasna: jeśli wygram odejdziecie stąd. Opatrzcie go - wskazała na pokonanego - i nie chcę was tu więcej widzieć.
Gdy Solobańczycy odjeżdżali  w swoją stronę, słychać było jeszcze krzyki ich dowódcy poprzysięgającego zemstę.
Dalsza droga przez Łąki była już spokojna. Także później w Dolinie Północy obyło się bez tego typu niespodzianek. Wreszcie po wyjechaniu z Doliny ujrzeli w oddali zamek a po lewej stronie mieli wieś Amberę. Wracali do domu. Nie było ich jakieś 2 tygodnie i Mari się bała co Lady Elyssa nawyprawiała pod jej nieobecność. Hiamu natomiast zastanawiał się co powiedzieć ciotce. Jak jej wytłumaczyć że nie udało mu się podczas tej wyprawy znaleźć słabej strony księżniczki, i to w ten sposób żeby jej nie zdenerwować.

Gdy tylko Mari przekroczyła próg zamku, zawołał ją brat:
-Możemy pogadać?
Gdy siostra podeszła do niego, kontynuował:
-Dwie sprawy. Po pierwsze, spotkałaś może po drodze generała Ingailora?
-Nie. I posłuchaj...
-Daj mi skończyć. Odradzałem mu ale uparł się jechać do wsi.
-Po co?
-Nie powiedział. Ale dawno powinien już wrócić.
-Nie wiem ile w tym prawdy. Spotkałam na Łąkach Lorda Xariela z jego oddziałem.
-Co on tam robił?
-Też chciałabym wiedzieć. Mówił że osobiście go zabił.
-Co?!
-Cytuję: "Wjeżdżam do jednej ze wsi Abolosu a ten wychodzi mi na spotkanie. Od słowa do słowa i przegrał pojedynek ze mną."
-Myślisz że wiedział że on tam będzie?
-Niewykluczone. A ta druga sprawa?
-No właśnie... nie wiem czy ci o tym mówić, teraz gdy i generał nie żyje.
-"I"?
Kryspin wstrzymał na chwilę oddech.
-Mama... kilka dni temu... zmarła.
-Ale przecież nic jej nie dolegało. Nie była chora.
-No właśnie wiem. Wieczorem źle się poczuła a następnego dnia... już się nie obudziła.

Legenda Rozdział piąty: Wyprawa cz.1

Następnego dnia, już z samego rana wszystko było gotowe do drogi. Jechał mały oddział łuczników, mających także przy sobie krótkie sztylety. Na jego czele księżniczka z Ami i Hiamu u boku. Łącznie dziesięć koni.
Oddział skierował się na dróżkę prowadzącą w stronę Północnego Lasu.
-Przygotujcie się że droga jest daleka i nie do końca wiemy co nas może tam spotkać... szczególnie bliżej granicy. - ostrzegła Mari.
-Nie wyjdziemy poza granice Abolosu. - zauważyła Ami. - Więc raczej wiemy co nas może spotkać.
-Nikt do końca nie wie. - zaprzeczyła księżniczka. - A poza tym Wielkie Równiny, szczególnie u podnóża gór, są zdradliwe i niebezpieczne.
-A będziemy przechodzić przez góry? - wtrącił się Hiamu.
-Zobaczymy jak to wyjdzie.
Do lasu było całkiem blisko i już po godzinie jazdy grupa stanęła na jego skraju. Las był gęsty ale były wytyczone w nim szlaki i ścieżki, których, jeśli się trzymało, nie dało się zabłądzić. Znali je jednak nieliczni. Z całej grupy tylko księżniczka wiedziała jak się tu nie zgubić.
Nakazała wszystkim trzymać się razem i nie oddalać się i oddział wjechał do lasu. Ze względu na gęste korony drzew docierało tu mało światła. Panował tu półmrok utrudniający orientację w terenie.
Jechali na początku w ciszy. Nikt nie rozmawiał. Wszyscy byli raczej zajęci rozglądaniem się w około. A nuż natkną się na Solobańczyka?
W pewnej chwili zatrzymali się na rozwidleniu dróg.
-Gdzie teraz? - spytał Hiamu.
-Tam. - Mari wskazała ścieżkę biegnącą w lewo.
-A czemu nie pojedziemy tą drugą?
-Jeśli chcesz spaść z urwiska to możesz tamtą pojechać. - odparła i pojechała do przodu a reszta za nią oraz Hiamu z obrażoną miną.
Droga przez las nie była wcale taka długa jak się niektórym wydawało. Tego samego dnia wieczorem stanęli nad rzeką Samą. Tylko że...
-Jak przeprowadzimy konie na drugi brzeg? - spytała Ami spoglądając w dół ze stromego i wysokiego urwiska na rzekę płynącą z dość silnym prądem. Nie wyglądała na płytką.
-No i co? - zaczął Hiamu. - Tu też jest urwisko.
Mari zignorowała tę uwagę. Zsiadła z konia i podeszła bliżej do brzegu.
-Tu powinien być most. - powiedziała do siebie.
-A gdzie jest? - spytała Ami.
-Ktoś go zniszczył. - Mari przyjrzała się pobliskim krzakom. - I to całkiem niedawno.
Rzeczywiście, w krzakach stały jeszcze złamane słupy do których zwykle przyczepiano wiszące mosty.
-Co robimy? - spytała Ami.
-Proponuję wracać. - zaproponował Hiamu.
-Przenocujemy tu. - zarządziła Mari. - Może coś wymyślimy.
-Wymyślimy że lepiej wrócić. - mruknął pod nosem Hiamu.

Ale następnego dnia nadal nikt nie miał pomysłu jak się przeprawić na drugi brzeg. Do tego doszedł kolejny problem: jak przeprowadzić konie? W dodatku Mari wiedziała że w tej okolicy nie ma brodu ani tym bardziej łagodnego zejścia. A nie chciała zawracać.
-Może dałoby się spuścić na linie? - zastanawiał się jeden z żołnierzy.
-Nie ma gdzie jej przyczepić. - zauważył drugi. - Drzewa rosną zbyt daleko. Te bliższe mogą się złamać. A poza tym konie.
-No tak.
-A może jednak znalazłby się łagodny stok? - Ami podeszła do kępy krzaków rosnących tuż przy krawędzi.
-Ami, uważaj. - ostrzegła przyjaciółkę Mari.
Dziewczyna tylko się uśmiechnęła i rozgarnęła rośliny odsłaniając ścieżkę biegnącą w dół urwiska. Krzaki szczelnie ją osłaniały przed wzrokiem wędrowców.
-Ukryte zejście? - zdziwił się Hiamu.
-Na to wygląda. - uśmiechnęła się Mari. - Konie też dadzą radę tędy zejść.
-Skąd wiedziałaś? - spytał Ami Hiamu.
-Był tam mały prześwit. Obejrzałam dokładnie te krzaki i...
-Na dole jest kilkumetrowa głębia. - Hiamu zwrócił się do Mari.
-Nie przesadzaj. - ofuknął go jeden z żołnierzy. - Widać dno nawet stąd.
-Ej, jestem bratankiem królowej!
-I pod moją komendą. - Mari przerwała kłótnię zanim ta na dobre się zaczęła.
-Dno widać bo pewnie woda jest czysta. Równie dobrze może tam być z 10 metrów. - powiedział Hiamu ale już do siebie.
Gdy zeszli na dół okazało się że Hiamu się przeliczył. Woda niebyła aż tak głęboka - sięgała raptem do pasa. Na drugim brzegu także była ścieżka którą dało się wejść na urwisko.
Na górze przywitała ich idealnie gładka równina porośnięta trawą sięgającą do pasa. Aż po horyzont rozciągnięta, nie rosło na niej ani jedno drzewo, nie było też widać odległego pasma gór. I jak się wkrótce miało okazać teren był tu zdradliwy.
-Żadnych punktów orientacyjnych. Wszystko widać jak na dłoni. Można w ogóle znaleźć drogę w takim terenie? - zastanawiała się Ami.
-Solobańczyków raczej tu nie będzie. - powiedział Hiamu robiąc kilka kroków do przodu. - Nie na takim terenie.
-Uważaj lepiej. - ostrzegła księżniczka. - Nigdy nie wiadomo co się kryje w tak wysokiej trawie.
Hiamu, udając że nie słyszy ostrzeżenia zrobił jeszcze parę kroków, mówiąc: - Nie mają gdzie się tu schować... Aaaa!!
I zniknął w trawie. Gdy reszta grupy podeszła tam gdzie przed chwilą stał Hiamu, zobaczyli go siedzącego w jakimś dole, na tyle głębokim że nie mógł sam stamtąd wyjść.
-Chyba jednak mają gdzie się schować. - sprostowała Ami, szczerząc w uśmiechu zęby na widok naburmuszonej miny towarzysza podróży.
-Mówiłam żebyś uważał? Może tu być więcej takich dołów. - powiedziała Mari, wyciągając do Hiamu rękę by pomóc mu wyjść.
Ten jednak odtrącił jej pomoc mówiąc:
-Poradzę sobie.
Mari cofnęła więc rękę i grupa w milczeniu patrzyła, mniej lub bardziej dokładnie tłumiąc uśmiech, na skazane na porażkę wysiłki Hiamu. Dół miał mniej więcej głębokość równą wzrostowi dorosłego człowieka. Do tego brzegi były strome, niemal pionowe, bez jakichkolwiek wystających korzeni których można by się chwycić.
-Jak właściwie powstają takie doły? - zainteresowała się Ami.
-Pojęcia nie mam. Wiem tylko że mogą mieć różną głębokość. Od kilkunastu centymetrów do kilku metrów.
-Może jednak ci pomóc? - spytał w pewnej chwili jeden z żołnierzy.
-Nie!
-Nie możemy w nieskończoność czekać aż on stąd wylezie. - żołnierz, którego pomoc Hiamu przed chwilą odrzucił, zwrócił się do swojej dowódczyni.
-Nie możemy też go tu zostawić. - odparła Mari.
-Jak dla mnie, bardzo chętnie. Niech ma nauczkę za swoje zachowanie. - wtrąciła się Ami.
-Nie zostawiajcie mnie! - przeraził się Hiamu.
-To pomóc ci?
-Nie!
-Słuchaj, albo przyjmiesz pomoc albo wyciągniemy cię stąd siłą. - zagroziła Mari.
-Sam sobie poradzę. Powiedziałem już.
-Tracimy tylko przez ciebie czas. - powiedziała Ami. - W tej chwili daj mi rękę, to cię wyciągnę!
Na to Hiamu usiadł na dnie dołu, tyłem do wszystkich i skrzyżował ręce na piersi.
Mari w odpowiedzi dotknęła mieczem jego karku.
-Daj sobie pomóc. - Powiedziała ostro.
-Już mówiłem że...
-To jest rozkaz.
Hiamu powoli wstał i obrażoną miną dał się wyciągnąć z dołu. Do wieczora do nikogo się nie odzywał. Grupa, z racji zdradliwego podłoża musiała iść obok koni i uważnie badać grunt. W wysokiej trawie trudno było dostrzec doły, utrudniała także poruszanie się. Tylko Hiamu jeszcze nie raz wpadł do podobnego dołu. Na szczęście nie były one już tak głębokie jak pierwszy. Po nie wiadomo którym z kolei "zanurzeniu się" Hiamu w trawie, zaproponowano mu przejście na koniec grupy, na co ten się nie zgodził i dalej szedł przodem, co jakiś czas wpadając w doły.
Na noc zatrzymali się w jednym z takich właśnie dołów. Był on niezbyt głęboki i rozległy, tak że grupa z łatwością się tam pomieściła.
-To mają być równiny? - spytała Ami już na postoju.
-Może jak nadawano nazwę, nie było tu tych dołów. Może powstały później a nazwa została. - odparł jeden z żołnierzy.

29 czerwca 2017

Legenda Rozdział czwarty: O codzienności słów kilka cz.2

Kilka dni później Mari i Ami czekały na placu szkoleniowym na tyłach zamku, na Hiamu.
-On w ogóle przyjdzie? Powinien być godzinę temu. - zastanawiała się Ami.
-Jeśli nie przyjdzie, jeśli mam być szczera, to nawet lepiej. Ale niestety musimy iść i sprawdzić co go zatrzymało.

Zapukały do pokoju Hiamu. Cisza. Otworzyły więc drzwi i weszły do środka.
-No nie. - Mari podeszła do śpiącego nadal chłopaka i ściągnęła z niego kołdrę jednym szarpnięciem. - Żeby mi się to nie powtórzyło! - powiedziała ostro. - Nie toleruję spóźnialstwa.
Hiamu spojrzał na zegar stojący pod ścianą.
-Dopiero dziesiąta rano. - jęknął.
-Zdajesz sobie sprawę że masz godzinę spóźnienia?
-Na co?
"Ludzie, trzymajcie mnie bo zwariuję." - pomyślała Mari, a do Hiamu powiedziała:
-Po pierwsze, wstań, kiedy ze mną rozmawiasz.
Gdy Hiamu zwlókł się z łóżka, dodała:
-Za 10 minut chcę cię widzieć za drzwiami.
Po czym razem z Ami wyszła na korytarz. Minęło jednak znacznie więcej niż 10 minut a Hiamu nadal nie wychodził.
-Nie wierzę. Co on tam jeszcze robi?! - wściekała się Mari.
-Chyba... - zaczęła Ami, ale nie skończyła bo Hiamu nareszcie wyszedł.
-Najwyższy czas. - rzuciła Mari. - Chodź, zobaczymy co umiesz.
-A śniadanie?
-Przespałeś. - odparła Ami, na co księżniczka ukradkiem się uśmiechnęła.

-Najpierw sprawdzimy jak sobie radzisz z łukiem. - Mari podała Hiamu łuk i strzały, gdy wrócili na teren za zamkiem. Ten wziął jedno i drugie i...
-No, strzel do tej tarczy. - powiedziała Ami, wskazując tarczę strzelniczą oddaloną o jakieś 30 metrów.
Hiamu przyłożył strzałę do łuku ale jakoś tak inaczej, grotem do siebie.
-Jak się tego używa? - spytał.
Ami spojrzała rozbawiona na przyjaciółkę a ta skryła twarz w dłoniach.
-Strzałę przede wszystkim skieruj w drugą stronę. - poradziła.
-O tak? - tym razem Hiamu ułożył ją prawidłowo.
-Tak. - Mari zaczęła go ustawiać. - Jeśli strzałę i cięciwę trzymasz prawą ręką, to lewą nogę wysuń do przodu. Ręka bliżej twarzy, druga ma być sztywna i ustaw się bardziej bokiem do celu.
Hiamu wypuścił strzałę, ale ta nawet się nie wbiła w tarczę.
-Może podejdźmy bliżej. - zaproponowała Ami.
Ale mniejsza odległość nie robiła większej różnicy. Strzała i tym razem tylko lekko dotknęła tarczy i spadła na ziemię.
-Mocniej naciągaj cięciwę. - pouczyła Mari. - Spróbuj jeszcze raz.
Bez zmiany. Po trzecim nieudanym strzale, Hiamu odłożył łuk i skierował się stronę zamku.
-A ty dokąd?
-Mam dosyć na dzisiaj! - odparł Hiamu.
-Nie zatrzymujesz go? - zdziwiła się Ami.
-Wiesz, też mam dosyć uczenia go. Pierwszy raz spotykam kogoś kto aż tak kiepsko strzela.
-A czy nie mówisz tak, tylko ze względu że to bratanek Lady Elyssy?
-Możliwe... I na przyszłość, nie wspominaj o niej przy mnie.

-Witaj ciociu. - Hiamu wszedł do komnaty Lady Elyssy.
-I jak Hiamu, po pierwszej lekcji z panią generał?
-A powiedz mi, czemu wy się nie lubicie?
Królowa strojąca się dotychczas przed lustrem, odwróciła się do swego bratanka.
-Na pewno chcesz wiedzieć? - spytała.
-Tak. Dlaczego zawsze gdy o niej wspominasz, robisz to z taką nienawiścią?
-Winny jest w szczególności jej charakter. Jest arogancka, dumna i nie liczy się z innymi. A poza tym raz się spotkałyśmy jako dzieci. Dopiero pokazała na co ją stać. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie: Jak było na dzisiejszej lekcji?
-No więc, nie omieszkała mi wypomnieć że walka to moja słaba strona... chociaż nie powiedziała tego dosłownie. Mogłabyś jej powiedzieć żeby traktowała mnie łagodniej?
-Zobaczę co da się zrobić. - obiecała, a gdy Hiamu wyszedł z komnaty, uśmiechnęła się złośliwie.

Księżniczkę odnalazła w jej komnacie. Gwałtownie otworzyła drzwi i od progu zawołała:
-Możesz mi coś wytłumaczyć?!
-Nie nauczyli cię pukać?! - Mari nie była zadowolona z jej wizyty.
-Po pierwsze: jak się zwracasz do swojej królowej? Chyba należy mi się trochę szacunku.
-Proszę o wybaczenie, jaśnie pani. - skłoniła się Mari, powstrzymując się od chęci wyproszenia jej stąd.
Ale Lady Elyssa wyczuła w jej głosie sarkazm.
-Lepiej dla ciebie żebyś się wreszcie nauczyła jak się zwracać do królowej. Ale nie po to tu przyszłam. Hiamu opowiedział mi o dzisiejszym treningu. Żądam żebyś lepiej go traktowała. Jesteś dla niego za ostra.
-Co takiego?! - nie wytrzymała Mari. - Przecież on w ogóle nie umie posługiwać się łukiem! O innej broni nawet nie wspomnę.
-Jak śmiesz...! - królowej ze złości zabrakło słów.
Mari skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała wyniośle na swą rozmówczynię.
-Jeśli obwiniasz mnie o to że twój bratanek nie umie walczyć, to nie mamy o czym rozmawiać. Wracaj już lepiej się stroić.
-Ja się nie stroję. - królowa położyła dłoń na klamce od drzwi. Doskonale wiedziała że jest to aluzja do tego że nic całymi dniami nie robi, tylko siedzi przed lustrem i przymierza suknie. - Jeszcze zobaczymy. - szepnęła do siebie i wyszła.
Nie minęło pół godziny jak Mari została wezwana do brata. Gdy weszła do sali tronowej, Lady Elyssa siedziała na tronie, posyłając jej ukradkiem złośliwe uśmieszki. Kryspin opierał się o jedną z kolumn. Na widok siostry powiedział:
-Nie poznaję cię, Mari. Wiesz co mi Elyssa o tobie powiedziała?
-Domyślam się. Czy ona nie mogłaby wyjść? - wskazała ruchem głowy królową.
Król i królowa wymienili spojrzenia.
-Znowu to samo. - Lady Elyssa przyłożyła teatralnym gestem wierzch dłoni do czoła i lekko odchyliła się do tyłu.
Mari skrzywiła się widząc gest królowej.
-Możemy porozmawiać w cztery oczy, Kryspin? Bez niej.
-Nie, wolałbym przy niej. Powinnaś ją chyba przeprosić tak mi się wydaje.
-Raczej błagać o wybaczenie. - wtrąciła się królowa.
-A można wiedzieć za co niby?
-Dobrze wiesz.
-Słuchaj, nie wiem jakich głupot ci naopowiadała, ale nie mam zamiaru jej przeprosić. To raczej ona powinna mnie.
-Elysso, powiedz jej, proszę.
-A więc słuchaj, pamiętasz chyba naszą dzisiejszą rozmowę i lekcję mojego bratanka?
-Kryspin, czy nie widzisz że ona robi awanturę o byle co?!
-To nie jest byle co. - zaprzeczyła królowa. - Prawda kochanie?
-Mari, chciałbym usłyszeć twoją wersję.
-Pokazałam tylko Hiamu, jak się prawidłowo używa łuku. A królowa do mnie z awanturą że niby jestem dla niego za ostra.
-Dobra, będziecie się musiały dogadać. Elysso, Mari postara się traktować ulgowo twojego bratanka.
Mari wyglądała na obrażoną. Zamierzała wyjść z sali tronowej, ale Kryspin dogonił ją przy drzwiach.
-Zaczekaj. - powiedział. - Nie dopuszczaj do takich sytuacji, jeśli nie chcesz mieć kłopotów. Lepiej przemilcz to, jeśli Elyssa powie coś co ci się nie spodoba.
-Dzięki za radę. Sama sobie poradzę.
-Nie mów że jesteś zazdrosna.
-Nie jestem zazdrosna. Nadal uważam że źle wybrałeś sobie żonę.
I zanim Kryspin zdążył coś odpowiedzieć, wyszła na korytarz i poszła prosto do komnaty swojej matki. Nie było tam jednak byłej królowej.

Kiedy Kihidia wróciła do swojej komnaty zastała córkę stojącą przy oknie. Płakała.
-Co się stało, Mari? - spytała podchodząc i przytulając dziewczynę.
-Nic. - odparła tamta. - Tylko dlaczego Kryspin musiał się ożenić akurat z nią?
-Bo akurat ją pokochał. Ale ze względu na jej status społeczny, nie mamy wpływu na jej zachowanie.
-Że ona jest wredna, to mało powiedziane.
-Po prostu unikaj jej kiedy tylko możesz. Ja i jej matka też się nie znosiłyśmy.
-Ale mieszkałyście przecież daleko od siebie. Nie widziałyście się na co dzień.
-Nie wiem co powiedzieć kochanie, po prostu musisz się znieczulić na jej uwagi. Innego wyjścia nie widzę... Proszę. - dodała słysząc pukanie do drzwi.
Wszedł generał Ingailor.
-Powiedziano mi że tu cię znajdę. Mari, lepiej chodź ze mną.
-Co się stało? - Mari ukradkiem otarła łzy z policzków.
-Lepiej idź. - ponagliła córkę Kihidia. - To coś ważnego, generale?
-Jeśli nie chcemy żeby królowa się dowiedziała...
Generał zaprowadził Mari na zamkowy dziedziniec.
-Sprawa dotyczy po części Hiamu, więc królowa tak czy inaczej się dowie. - ostrzegł.
Na dziedzińcu Hiamu i jeden z żołnierz stali otoczeni przez grupkę innych żołnierzy, którzy na widok dowódczyni rozstąpili się na boki, robiąc przejście.
-Co tu się dzieje? - spytała Mari.
-Ci dwaj się kłócą. - wyjaśnił ktoś z grupki, wskazując Hiamu i stojącego obok niego żołnierza. - Próbowaliśmy ich rozdzielić zanim dojdzie do rękoczynów.
-O co poszło? - księżniczka zwróciła się do wskazanej dwójki.
-No bo on... - zaczął Hiamu.
-Wcale nie, to ty zacząłeś!
-Właśnie że ty!
-Nie, ty!
-Spokój! - przerwała im Mari. - Przestańcie się przekrzykiwać. Rins, co się stało?
-Obrażał moją rodzinę, więc kazałem mu odwołać to co powiedział. Wtedy on mnie popchnął i kazał się przepraszać.
-Ty też mnie popchnąłeś. - wtrącił się Hiamu.
-Nic podobnego. Odsunąłem cię tylko, a że nie ruszyłeś nogami, to upadłeś.
-A ty... - zaczął Hiamu.
-Nie chcę słyszeć nic więcej. - przerwała mu Mari. - Podajcie sobie ręce. Jeden ma przeprosić za obrażanie rodziny a drugi za spowodowanie upadku. - widząc że im się nie śpieszy, dodała - w tej chwili.
Rins i Hiamu niechętnie spełnili polecenie, po czym Hiamu bez słowa wrócił do zamku.
-Idzie poskarżyć się ciotce. - Ingailor podszedł do księżniczki.
-Też uważasz że ona się nie nadaje na królową?
-Uważa tak każdy kto widzi jej zachowanie. Niestety nie możemy nic na to poradzić.
Parę minut później królowa otworzyła okno swej komnaty.
-Mari, mogę cię tu prosić na słówko? - spytała przymilnym głosem.
Księżniczka przewróciła oczami i wróciła do zamku.
W komnacie królowej zastała właścicielkę tegoż pomieszczenia i Hiamu.
-Trzeci raz tego samego dnia. Nie dotarło jak mówiłam żebyś była milsza dla Hiamu?!
-Posprzeczał się z jednym z żołnierzy. Musiałam przecież...
-Nie obchodzi mnie co musiałaś. Jesteś siostrą króla, księżniczką i w dodatku generałem. Poza tym Hiamu jest pod twoją opieką. A ty zachowujesz się jak dziecko.
-Królowo, jeśli można, chciałabym zauważyć że...
-Nie można. Jeśli jeszcze raz Hiamu poskarży mi się na ciebie, to...
-Przepraszam, mam coś do zrobienia. - Mari skierowała się w stronę drzwi.
-Zaczekaj. Słyszałam że jutro jedziecie na zwiady przy granicach.
-Tak. Przy północnej.
-Weź go też ze sobą.
Mari spojrzała na królową.
-A czy zdoła się obronić w razie czego?
-Ty go obronisz.
-Mogę być zbyt daleko.
-I na to będzie rada. Hiamu, trzymaj się blisko niej, dobrze?
-Tak ciociu.
Gdy Mari wyszła, królowa powiedziała:
-Uważnie ją obserwuj. Postaraj się znaleźć jej słabą stronę. Jeśli się jej pozbędziemy, łatwiej będzie przejąć Abolos na własność.

-Mari, mogę jechać z wami? - prosiła Ami.
-To niebezpieczna wyprawa. Niedoświadczeni mogą sobie tam nie poradzić. Już i tak będę mieć na głowie Hiamu.
-Przynajmniej walczę lepiej od niego i umiem się obronić. Oj, proszę cię. Zrób mi tę przyjemność. Nie każ mi zostawać sam na sam z królową.
-Przecież nie zostajecie tylko we dwie.
-Ale ciebie nie będzie. Będę grzeczna, obiecuję.
-No dobrze. Ale pamiętaj, masz na siebie uważać.
-Tak jest. - Ami stanęła na baczność, a widząc uśmiech przyjaciółki, spytała - A dokładnie dokąd jedziemy?
Mari rozłożyła mapę.
-Pojedziemy w stronę północnej granicy. Zbadamy czy niema w tych okolicach Solobańczyków.
-A czy to nie jest zadanie szpiegów? - zauważyła Ami.
-Tak, ale od czasu do czasu też musimy się tam wybrać osobiście. Planuję przejechać przez Północny Las, potem na drugi brzeg tej rzeki.
-Samy, tak?
-Zgadza się, potem na Wielkie Równiny. Czy przekroczymy Góry Graniczne, zobaczę na miejscu.

Legenda Rozdział czwarty: O codzienności słów kilka cz.1

Mari siedziała w swojej komnacie i przeglądała raporty i inne tym podobne papiery, gdy drzwi nagle się otworzyły a przeciąg zrzucił część papierów na posadzkę.
-Mari! Nie uwierzysz! - zawołała Ami od progu.
-W co nie uwierzę? - spytała księżniczka zbierając papiery z ziemi.
Ami podała jej kilka arkuszy które poleciały dalej.
-Twój brat jest królem dopiero od miesiąca, a już władcy sąsiednich państw przysyłają obrazy swoich córek jako kandydatek na żonę.
-To chyba dobrze, nie? Będzie zachowana ciągłość dynastii.
-Mazurkievich... Mazurkieów... Jak to się odmienia?
-Mazurkievichów.
-Aha. Co tam masz?
-Raporty szpiegów. Jak na razie Malonimus siedzi u siebie.
-Ale wiesz że jedną z kandydatek na żonę jest córka króla Mandurii?
-Manduria? Oni nigdy niczego od nas nie chcieli. I to są ich słowa. A z tego co wiem o córce króla Mandurii, jest ładna ale próżna i niezbyt lubiana.
-Jej obraz chyba najbardziej spodobał się królowi.
-Spotkałam ją tylko raz w życiu i nie powtórzę tego co powiedziała na mój temat. Jeśli Kryspin ją wybierze, to...
-Ej, gdzie idziesz? - zawołała Ami, widząc że przyjaciółka otwiera drzwi.
-Pogadać z moim bratem.

Gdy Kryspin przechodził zamkowym korytarzem, nagle zatrzymała go siostra.
-To prawda? - spytała.
-O czym ty mówisz?
-Nie radzę ci się żenić z Lady Elyssą.
-Słuchaj, wiem że jej nie lubisz, ale...
-Możemy mieć przez nią same kłopoty.
-Znam ją od trochę innej strony a na pewno dłużej niż ty.
-Zakochałeś się.
-Co? Wcale nie.
-Akurat. Czemu jej tak bronisz? Ładny wygląd to jej przykrywka. Każda ale nie akurat ona. Księżniczka Mandurii nie nadaje się na królową.
-Skąd możesz to wiedzieć? Jesteś zazdrosna i tyle. Nie mam czasu się z tobą spierać.
Kryspin chciał wyminąć siostrę ale ta zagrodziła mu drogę.
-Co jeszcze? - spytał znudzonym głosem
-Nie będę cię zmuszać do zmiany decyzji ale ostatni raz cię ostrzegam: jeśli się z nią ożenisz, ściągniesz kłopoty na ten kraj.
-Zmienisz zdanie jak ją poznasz. - król poszedł w swoją stronę nie oglądając się na siostrę.
"Nie sądzę." - pomyślała Mari.
Nagle Kryspin jeszcze raz się odwrócił.
-Już wszystko zaplanowane, - zawołał za siostrą - Lady Elyssa przyjeżdża tu za tydzień.
-Nie mów potem że cię nie ostrzegałam. - odparła Mari.

Tydzień później cały zamek był przygotowany na przyjazd swej przyszłej królowej. Wszyscy się radowali i dokańczali ostatnie szczegóły jak na przykład dobieranie repertuaru weselnej muzyki czy sprzątanie przez wieśniaków swoich domów.
W dzień ślubu Lady Elyssa przyjechała wczesnym popołudniem wraz ze swoją świtą i służbą. W posagu wniosła kilka skrzyń złota i klejnotów, choć tego akurat w Abolos nie brakowało.
Gdy dworzanie z królem na czele wyszli żeby powitać przyjezdnych, Mari trzymała się na uboczu. Zerkając na księżniczkę wychodzącą z bogato zdobionego powozu, z trudem powstrzymywała wyraz obrzydzenia cisnący się jej na twarz.
-Miej ją na oku. - szepnęła do Ami. - Nie ufam jej.
Tym czasem król, wziąwszy pod rękę narzeczoną, skierował się do zamku, po drodze przedstawiając jej swoją siostrę.
-Najdroższa, poznaj mą siostrę Mari. Mari, to jest właśnie Lady Elyssa.
-My się już znamy. - odpowiedziała Mari posyłając księżniczce dumne spojrzenie.
-Prawda, - odparła tamta - poznaj mojego bratanka, Hiamu. Jest, no... Kryspin mówił że jesteś generałem... weź go pod swoją komendę, może wyjdzie na ludzi.
Mari popatrzyła na stojącą przed nią trójkę. Na pierwszy rzut oka było widać że Hiamu to kompletny żółtodziób który miecza na oczy nie widział. A w słowach Lady Elyssy, a szczególnie w "jesteś generałem", było tyle jadu że...nie miała ochoty szkolić nikogo z rodziny swej przyszłej królowej. Jednak ze względu na brata, odpowiedziała:
-Będzie to dla mnie zaszczyt, pani, szkolić twego bratanka. - sztywno się skłoniła.
-Pamiętaj, jeśli stanie mu się coś złego, pożałujesz. - syknęła jej do ucha przyszła królowa.
Jeszcze tego wieczoru odbył się uroczysty ślub, a po nim wesele mające trwać do rana. Ami, która na poważnie podjęła się zadania pilnowania królowej, obserwowała ukradkiem młodą parę. Jej zdaniem wyglądali na szczęśliwych. Nigdzie jednak nie mogła znaleźć przyjaciółki. Zobaczyła ją dopiero na balkonie.
-Nie bawisz się z innymi? - spytała podchodząc.
-Nie mam ochoty. - Mari patrzyła na horyzont.
-Nie obraź się ale dlaczego nie ufasz Lady Elyssie?
-Dlaczego? - Mari gwałtownie się do niej odwróciła. - Trochę ją znam. To, jak się teraz zachowuje to pozory. Pobędzie tu trochę, to zrozumiesz co mam na myśli.
-Może i tak. - zamyśliła się Ami. - Ale nie pozwolę ci spędzić tu całego wesela. - złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę drzwi balkonowych. - Idziemy.
Mari niechętnie poszła za nią. Przez resztę nocy ona i młoda królowa traktowały się jak powietrze.

Legenda Rozdział trzeci: Nowe czasy - "Złoty Wiek"

Od jakiegoś czasu nikt w Abolos nie mógł spać spokojnie. Coraz częściej przychodziły pogłoski o wojsku Soloby szykującym się do napaści. I tak dobrze że od ostatniej groźby minęło 5 lat, ale to jednocześnie znaczyło że król Malonimus był lepiej przygotowany.
Przez ostatnie 5 lat, odkąd została generałem, Mari zdążyła pokazać na co ją stać. Świetnie walczyła i trafnie przewidywała strategię przeciwnika, dostosowując własną. Ludzie ją uwielbiali a przeciwnicy zaczęli doceniać jej umiejętności. Miała prawdziwy talent.
Jednak król Soloby był zdania że wojsko z dziewczyną jako wodzem jest słabe i bardzo łatwo je pokonać. Nie słuchał swoich doradców, którzy ostrzegali go żeby nie lekceważył umiejętności Mari. Postanowił dać nauczkę młodej księżniczce, która jego zdaniem, nigdy nie powinna objąć tego stanowiska. Więc pewny swego triumfu szykował się do najazdu na Abolos. Szykował się pięć lat, mając na uwadze że król też weźmie udział w tej bitwie, a może mając nadzieję że umrze a młody następca, niedoświadczony, nie zdoła odeprzeć ataku.
Gdy do zamku dotarła wiadomość że wojska Malonimusa przekroczyły granicę Abolosu, król Ramadantys zebrał swoich żołnierzy i wyruszył im na przeciw. Mari i Kryspin objęli dowództwo nad mniejszymi oddziałami. W czasie gdy armia Soloby przekraczała rozległą dolinę, oddziały Mari i Kryspina, które wyruszyły jako pierwsze, zajęły pozycje po jej bokach. Tak że szli równolegle do nich, kryjąc się w lesie rosnącym na stokach doliny. Gdy reszta armii Abolosu podeszła bliżej, żołnierze Soloby zostali zaatakowani bez uprzedzenia z trzech strom równocześnie. Tego Malonimus się nie spodziewał. Nie miał nawet czasu uformować szyków.
Dumny władca został pokonany. Gdy zrozumiał że bitwę ma przegraną, z garstką swoich którzy ocaleli uszedł do ojczyzny, w duchu poprzysięgając zemstę za swą porażkę.
Jednak Abolos, mimo wspaniałego zwycięstwa, nie miał powodów do radości. W tej bitwie zginął król Ramadantys. Bitwę nazwano "bitwą w dolinie północy".
Po pogrzebie szykowano się do kolejnej uroczystości jaką była koronacja nowego króla. Nie była ona jednak tak uroczysta, ze względu na panującą w całym kraju żałobę.
Kryspin od dawna wiedział że zostanie królem, ale teraz przed koronacją nie był pewny czy sobie poradzi.
W pewnej chwili do jego komnaty weszły Ami i Mari.
-Co ty tu jeszcze robisz? Wszyscy już się zgromadzili. - spytała Mari.
-Nie dam rady. Ojciec został królem mając 40 lat. Ja mam tylko 25.
-A ja mając 15 zostałam generałem. Musiałam sobie poradzić.
-Ale ty masz do tego talent. Bycie królem to całkiem inna bajka.
-Nikt nie powiedział że będzie lekko. - zauważyła Ami. - No chodź już, nie wypada żeby przyszły król spóźnił się na swoją koronację.

Koronacja nie różniła się zbytnio od nadawania stopni rycerskich. Tylko tyle że przewodniczył duchowny a nie król.
Kryspin uklęknął przed duchownym, a ten wypowiadając oficjalną formułę włożył mu na głowę koronę na oczach zebranych.

Legenda Rozdział drugi: Przełom cz.3

Na krótko przed północą Mari narzuciła na siebie płaszcz i szczelnie się im okryła, pilnując żeby nie było widać szat. Na głowę nałożyła kaptur który skrył jej twarz w mroku. Wyszła na korytarz i zręcznie unikając tych którzy o tej porze jeszcze nie spali, dotarła do ogrodowej furtki. Ami już tam czekała.
-Już myślałam że nie przyjdziesz.
-Znasz mnie przecież. - odparła księżniczka. - Nie przegapiłabym nocnej wycieczki.
-Przynajmniej nie muszę iść sama. A Kryspin przyjdzie?
-Przyjdę. - podbiegł do nich książę. - Strażnicy zatrzymali się na pogawędkę. Musiałem poczekać aż sobie pójdą.
-Dobra popraw sobie kaptur bo ci się zsunął.
Cała trójka weszła przez wiecznie otwartą furtkę. Według umowy, Kryspin podkradł się pod okno chatki ogrodnika, a gdy dał znak że ten nie zabiera się do wyjścia na zewnątrz, dziewczyny weszły do szklarni.
-Gdzie to dokładnie było? - spytała Mari.
Ami przez chwilę przepatrywała ziemię pod ścianami.
-Tam. - wskazała miejsce pod jedną z dużych donic.
Rozgarnęły ziemię i wyciągnęły  szkatułkę. Była płytko zakopana i bardzo lekka, ale trzeba było zdobyć od niej klucz.
-Chyba wiem kto go ma. - powiedziała Ami. Wróciły do Kryspina.
-I co?
-Mamy szkatułkę ale trzeba ją jeszcze otworzyć.
-A ja dam głowę że klucz od niej ma ogrodnik.
-Chyba w szopie widziałem sporo kluczy. Może któryś z nich będzie pasował.
Tym razem Mari pilnowała Lostesa a Kryspin i Ami poszli do szopy.
Wrócili po niecałych 10 minutach.
-Pokaż pozostałe klucze, sprawdzimy czy ten jest taki sam. - powiedziała Ami.
-Ja je mam. - przypomniał Kryspin. - Ale, tak... są identyczne.
-To teraz do komnaty Lady Luizy.
-Mari, a czy ona przypadkiem nie wyzionęła ducha właśnie w tej komnacie? - Ami wyglądała na przestraszoną.
-Tak.
-To może pójdziemy tam za dnia, co?
-Czemu nie teraz? Boisz się?
-Jeśli teraz... to beze mnie. Za nic nie wejdę w nocy do pomieszczenia w którym ktoś umarł.
-W dzień mogą nas nakryć. - odparł Kryspin.
-A z resztą nie będziesz sama. - Mari wzięła przyjaciółkę za rękę. - Chodźmy. To wszystko wydarzyło się dawno temu.

Prowadzeni przez księżniczkę szybko, cicho i sprawnie dotarli do drzwi zamkniętej komnaty. Na szczęście rdza z kluczy nie utrudniła otwarcia zamka. Drzwi otwierające się do wewnątrz okazały się na wpół spróchniałe a zawiasy potwornie skrzypiały. Żeby nie postawić na nogi połowy zamku trzeba było otwierać je bardzo wolno.
Mari i Kryspin weszli śmiało do środka ale Ami została na zewnątrz. Książę odgarnął pajęczyny i zapalił świeczki w świecznikach wiszących na ścianach komnaty. Jednak ze względu na brudne szyby niewiele to rozjaśniło panujący tu mrok.
-Niewiele tu widać. - stwierdziła Mari. - Może faktycznie lepiej przyjść tu za dnia... i może choć trochę wyczyścić to okno.
-Skoro już tu jesteśmy to możemy je teraz wyczyścić. Jest dość wysoko. Ludzie chyba nie zauważą różnicy... mam nadzieję.
-A macie czym to zrobić? - spytała z korytarza Ami.
-Nie bardzo. Czekajcie, może u mnie są jakieś niepotrzebne szmatki. - Mari wyszła na korytarz.
-To weź i wodę. - zawołał jej brat.
-Mógłbyś chociaż pomóc. - odparła księżniczka już z niższego piętra.
Po jakimś czasie wróciła z kawałkami materiału.
-Miska z wodą stoi na dole. - powiedziała. - Ja wzięłam ścierki. - wręczyła każdemu po jednej. - Niech któreś z was przyniesie tu wodę.
-To ja pójdę. - ofiarowała się Ami.
-Jakby nas służba zobaczyła... - zastanawiał się Kryspin.
-Lepiej żeby nie. Teraz mamy co innego do roboty niż wymyślanie co by kto powiedział.
-Ale ja naprawdę boję się tam wejść w nocy. - przypomniała Ami gdy wróciła z wodą.
-A gdybyś zamknęła oczy? - podsunął myśl Kryspin.
-To nic nie da. - pokręciła głową Ami. - Za bardzo się boję.
Mari i Kryspin wyczyścili więc sami okno a Ami pilnowała żeby nikt ich nie nakrył.
-Dobra. Rano sprawdzimy jak to wygląda z dołu i dokończymy później to dochodzenie. - powiedział Kryspin gdy skończyli. - Dla pewności, niech każde z nas będzie miało przy sobie po jednym kluczu. Jeśli u kogoś znajdą wszystkie trzy, może to wzbudzić podejrzenia.
-Mamy szczęście że po tym korytarzu nie kręci się zbyt wiele osób, ale i tak lepiej być ostrożnym. - ostrzegła Mari.

Ze względu na to że każdy miał jakieś obowiązki, trójka przyjaciół miała czas dopiero po pary dniach. Późnym popołudniem udało im się zmówić i poszli do komnaty Lady Luizy.
-Przynajmniej teraz więcej widać. - zauważyła Mari zapalając świece w świecznikach. - Z dołu nie widać różnicy.
-Oj, wiecie o czym zapomnieliśmy? - spytał Kryspin. - Z dołu będzie widać zapalone światła.
Ami zsunęła zasłony, zostawiając tylko niewielką szparę żeby wpuścić światło.
-Problem z głowy. - odparła.
Mari rozsunęła kotary nad łóżkiem.
-Słuchajcie, skoro nigdzie nie znaleziono śladów przyczyny śmierci, jak myślicie, jak zginęła?
-Trzeba by z nią pogadać. - zażartował Kryspin.
-Nawet tak nie mów. - ostrzegła Ami.
-No bo słuchajcie, - kontynuowała Mari. - śladów po zatruciu nie ma. A wtedy nie robili sekcji zwłok. A co jeśli te ślady były w niej?
-Blee. - skrzywiła się Ami.
-Raczej już za późno na sprawdzenie tego.
-Tak... - Mari przyjrzała się poduszce. - Czy to jest krew? - spytała wskazując ciemne plamy na niegdyś białej poduszce.
-Na nic innego to nie wygląda. - pochyliła się nad znaleziskiem Ami.
-Czekajcie, to równie dobrze mogła być śmierć naturalna. - zauważył Kryspin.
-Miała 20 lat. Jakoś nie sądzę.
-To może była chora. Na przykład na serce albo coś w tym stylu. - podsunęła pomysł Ami.
-Raczej nie mamy kogo się spytać. Za dużo czasu minęło. Wie ktoś z was może, czy zawsze zmarłemu leci krew z kącika ust?
-Z tego co wiem, nie zawsze.
-Ale przypuśćmy. Była na coś chora, o czym nikt nie wiedział, łącznie z nią samą...
-W większości możemy się tylko domyślać. Dobra, załóżmy że była na coś chora. Ale tylko tyle, bo wszyscy którzy ją znali osobiście, też już od dawna nie żyją.

26 czerwca 2017

Legenda Rozdział drugi: Przełom cz.2

-Moja córka znalazła cię na terenie Abolosu razem z twoim oddziałem. Jakie mieliście zadanie? - król Ramadantys przesłuchiwał dopiero co złapanego Solobańczyka.
-Jaśnie oświecony król Malonimus upomni si ę o mnie. Ostrzegam. - jeniec zignorował pytanie.
-Pytam jeszcze raz: jakie miałeś rozkazy? Nie radzę wykręcać się od odpowiedzi.
-Skoro nie chcesz mnie słuchać...
-Odpowiadaj!
-Wolę zginąć. - odparł dumnie złapany Solobańczyk.
-Skoro tak, pomyślisz nad odpowiedzią w lochach.
Nim jeniec się obejrzał, za ramiona trzymało go dwóch strażników. O ucieczce nie było nowy, zwłaszcza że księżniczka odebrała mu wcześniej broń. Popchnęli go do tyły zmuszając do pójścia ze sobą.
-A co z moim oddziałem?! - krzyknął jeszcze.
-Niebawem do nich dołączysz.

tymczasem w zamku króla Malonimusa
-Panie, mam pilne wieści! - do króla podszedł jeden z rycerzy.
-Jakie wieści z wyprawy? Gdzie Lord Xariel... i reszta oddziału?
-Panie, wszyscy inni zginęli albo zostali schwytani.
-Lord Xariel...żyje?
-Schwytany. Czy żyje? Nie wiem.
-Dobrze. Przez kogo?
-...
-Mowę ci odjęło, czy jak?! Zadałem pytanie!
-Eeee, i tu jest problem. Pojmała go... Lady Mari.
-Ta panna jest przecież księżniczką. Jakim cudem mogła go pojmać?!
-Od niedawna jest też generałem. - powiedział cicho rycerz, bojąc się reakcji króla.
-Kim? Mówże głośniej!
-Generałem.
-Co?! Przecież według prawa... nie, tak nie będzie. Każ siodłać konia!
Rycerz skłonił się i wyszedł przekazać rozkazy.
-Czas przemówić ci do rozumu, Ramadantysie. - powiedział do siebie król.

zamek króla Ramadantysa
-Powiedz mi co tam widzisz. - jeden ze strażników podał lunetę towarzyszowi stojącemu razem z nim na zamkowej wierzy.
Ten popatrzył przez chwilę.
-Król Malonimus z wojskiem lub jego częścią, jeśli się nie mylę.
-Czyli się nie przewidziałem. Co on tu robi?
-Patrz, chyba chcą tylko pogadać. Mają białą flagę.
-Tak czy inaczej trzeba poinformować króla.

Gdy oddział króla Malonimusa podjechał do bramy, strażnicy skrzyżowali miecze, zagradzając dalszą drogę.
-Chcę się widzieć z waszym królem. - rzekł dowódca przybyszów.
-Ojciec zaraz tu będzie. - podeszła do nich Mari.
-Ty! Jak śmiesz! Prawo zabrania.
-Nie podlegam twojemu prawu. Tak jak każdy mieszkaniec Abolosu.
-Ach tak? Ale wkrótce będziecie.
-Ona ma rację, Malonimusie. Twoje prawo tu nie sięga. - obok córki stanął król Ramadantys.
-Ramadantysie, żądam uwolnienia moich ludzi.
-Zostali schwytani na moich ziemiach. Podlegają więc prawom Abolosu.
-Jak widzę przyprowadziłeś ze sobą sporą grupę. Ludzi więc pewnie ci nie brakuje. A w naszych lochach jest ich garstka. - strąciła się Mari. - Trzech rycerzy i ich dowódca.
-Żądam ich uwolnienia... chyba że chcecie wojnę.A z nią na czele raczej jej nie wygracie. - wskazał na księżniczkę.
-Ojcze, ten ich dowódca jest kimś ważnym, że...? - spytała Mari.
-To Lord Xariel. Jeden z jego najlojalniejszych ludzi.
-Jeżeli z nami nie wrócą, zastrzegam ŻYWI, będzie wojna. To ostatnie ostrzeżenie.
-Wojnę mamy od wielu pokoleń, przypominam. Dobrze...uwolnić ich!
Mari patrzyła jak czwórka jeńców jest niezbyt łagodnie wyprowadzana z lochów.
-Serio?
-Tak czy inaczej nas zaatakują. Wykorzystują byle pretekst.

Ami biegła przez zamkowy korytarz.
-Mari! Kryspin! Gdzie jesteście?! Mam pilną sprawę! No, gdzie oni się podziali? - nagle poczuła że z kimś się zderzyła. - Och, przepraszam, trochę się spieszę. - powiedziała na widok jednego ze służby. Pomogła mu wstać. - Widziałeś gdzieś może księcia i księżniczkę?
-Nie, niestety.
-Co jest takie pilne że biegasz po całym zamku i się drzesz? - spytał Kryspin z wyższego piętra.
-A, tu jesteś. - Ami do niego podbiegła. - Gdzie Mari?
-Chyba u siebie.
-Ami chwyciła go za rękę i pociągnęła. Chcąc nie chcąc, książę musiał za nią pobiec.
-Co się stało? - spytał po drodze.
-Dowiesz się jak tylko znajdziemy twoją siostrę.
Dobiegli do komnaty księżniczki. Ami otworzyła drzwi i wpadła do środka.
-Mari, mam wieści!
-Jakie?
Dziewczyna zamknęła drzwi, wcześniej sprawdziwszy czy korytarzem nikt nie idzie. Uspokoiła oddech i wypaliła:
-Wiem gdzie jest trzeci klucz. - wskazała na sufit.
-Gdzie? - spytali na raz Mari i Krispin.
-U ogrodnika.
-U Lostesa?
-Tak. Przechodziłam obok szklarni. W środku, blisko przy ścianie jest zakopana jakaś szkatułka. Ale nie zdążyłam się przyjrzeć bo Lostes mnie pogonił.
-To akurat nie nowość. On nielubi towarzystwa. Skąd wiesz że w tej szkatułce jest klucz?
-Podejrzewam. Gdy się spytałam o to ogrodnika, zbył mnie. Cytuję: "Nie twoja sprawa. Zawartość pozostanie tajemnicą!".
-Musimy to sprawdzić . - zdecydowała Mari.
-Chyba nie w nocy?
-A niby kiedy? W dzień ktoś musiałby go czymś zająć, a to raczej nie będzie łatwe.
-Przecież możemy poczekać jak gdzieś pójdzie.
-A jak nigdzie nie pójdzie? Zostaje tylko noc. Dzisiaj, o północy przy bramie do ogrodu. Gdyby ktoś was zatrzymał, reszta czeka pół godziny. Po tym czasie idziemy bez spóźnialskich.

Legenda Rozdział drugi: Przełom cz.1

5 lat później
-Tak z ciekawości, generale, jak wy to zamierzacie zrobić? - dopytywał się Kryspin.
-Jak już mówiłem twojemu ojcu, Mari musi mnie zastąpić. Po ostatnim wypadku jazda konno odpada. Czas by moje miejsce zajął ktoś młodszy.
-Zakładam że Mari jeszcze nic nie wie?
-Król miał jej powiedzieć.
Książę wychylił się przez okno przy którym stali w jednym z zamkowych korytarzy.
-A co jeśli nie będzie chciała? Dlaczego w rodzinach królewskich nikt nie pyta o zdanie dzieci?
-Na przykład?
-Ja, moja siostra i chociażby Lady Luiza.
-Ona akurat naprawdę zakochała się w tym za kogo wydali ją rodzice.
-Ej! To może gdyby ustalić przyczynę jej śmierci, skończyłaby się ta wojna z Solobą?
-Wielu próbowało, wierz mi, wątpię czy to jest jeszcze możliwe.
-Gdyby można było przeszukać jej komnatę... - zastanawiał się Kryspin.
Ingailor uśmiechnął się i podał mu stary, pokryty rdzą klucz.
-Gdy Lady Luiza zmarła, - powiedział - jej mąż kazał zamknąć komnatę na specjalny zamek otwierany trzema kluczami które ukrył w tym zamku. Dwa były przekazywane z pokolenia na pokolenie wśród dworzan ale nikt nie wie gdzie dokładnie znajduje się trzeci. To jeden z nich. Jeśli chcesz tam wejść, musisz odnaleźć pozostałe dwa. Nie sądzę jednak żeby to przekonało króla Soloby do zmiany zdania o nas. W końcu minęło ze dwadzieścia pokoleń.

-Mari, jesteś tam? - król zapukał do drzwi komnaty córki.
-O co chodzi? Jeśli o moją ostatnią wycieczkę, to od razu mówię że...
-Nie, nie o to. Jesteś już dorosła...
-Raptem od tygodnia.
-Zapewne już wiesz że Ingailor szuka kogoś kto mógłby go zastąpić?
-Słyszałam. Ale po co mi to mówisz?
-Zdajesz sobie sprawę że od swoich 15 urodzin możesz wychodzić sama z zamku?
-Na szczęście.
Król podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
-Generał ciebie widzi na tym stanowisku. - powiedział i odwrócił się do córki. - Co ty na to?
-Od jak dawna to planowaliście? - Mari skrzyżowała ręce na piersi. - Oczywiście, lubię jazdę konną, ale...dowodzić armią? Jesteś pewien że Ingailor mówił o mnie? Ja nie umiem dowodzić.
-Przemyśl to.
-Jak zwykle. Nikt nie pyta mnie o zdanie! - Mari wyszła z komnaty, trzasnąwszy drzwiami.
Po drodze minął ją wystraszony strażnik.
-Panienko, wiesz może gdzie jest król?
-Jestem.
-Panie, - strażnik się skłonił. - jacyś rozbójnicy napadli na jedną ze wsi. Spalili chaty, a mieszkańcy...
-Generał z wami jedzie?
-Musi.
-Mari, pojedziesz z nimi.

Gdy księżniczka wyprowadziła ze stajni konia wszyscy już na nią czekali.
-Słyszałam że nie możesz jeździć konno, generale?
-A mam inne wyjście?
Oddział i Mari skierowali się ku napadniętej wsi. Droga nie była daleka i po półgodzinie byli na miejscu. A to co księżniczka zobaczyła...
Wszędzie były spalone chaty, zgliszcza i popiół. Gdzie nie gdzie leżeli zabici i ranni a ci którzy przeżyli... Mari wiedziała że jeśli ona nie obejmie dowództwa cały kraj wkrótce będzie wyglądał tak samo wskutek najazdów Solobańczyków. Nie zmieniało to jednak faktu że bała się podjąć takiej odpowiedzialności.
Tych którzy przeżyli trzeba było wziąć do zamku na czas odbudowy wioski, żeby nie pomarli z głodu. Wszelkie uprawy na polach także zostały zniszczone.
Jeden z wieśniaków podszedł do konia księżniczki.
-To znowu Solobańczycy - powiedział. - Jeszcze parę takich ich najazdów i nie wiem co z nami będzie.
-Dopilnuję żeby więcej się tu nie pojawili. - odparła Mari. Spojrzała ukradkiem na Ingailora. Podjęła już decyzję. Ta perspektywa nadal ją przerażała ale skoro tylu ludzi pokładało w niej nadzieję to nie mogła ich zawieść.

tydzień później
Mari stała w oknie swojej komnaty i patrzyła zamyślona na dziedziniec. Zbliżał się czas ceremonii. Już za chwilę stanie na czele armii i weźmie na siebie dużą odpowiedzialność. Nie wiedziała czy podoła temu zadaniu ale wiedziała że nie ma odwrotu.
-Możemy pogadać?
Księżniczka odwróciła się zaskoczona, ale po chwili się uśmiechnęła.
-Nie strasz mnie tak, Kryspin.
Książę wyciągnął klucz.
-Wiesz co to jest? - spytał.
-Klucz, no i?
-Ale nie zwyczajny klucz. - dodała Ami, która właśnie weszła. - To jeden z trzech kluczy do komnaty Lady Luizy.
-Skąd go macie?
-Generał mi go dał jakiś czas temu. Przecież obydwie znacie tę historię, nie?
-Znamy. - Mari i Ami zgodnie pokiwały głowami.
-Jeszcze zostały nam dwa klucze. - powiedziała Ami.
Nagle Mari coś sobie przypomniała. Podeszła do szafki i pogrzebała chwilę w szufladzie. Po chwili odwróciła się do brata i koleżanki.
-Abo i jeden. - pokazała im duży, ciężki klucz pokryty rdzą. - Dała mi go kiedyś mama. Nie powiedziała od czego on jest, tylko że mam go pilnować jak oka w głowie i kiedyś dać swoim dzieciom lub bratankom. Założę się że to ten którego szukamy.
Kryspin wziął klucz od siostry i przez chwilę porównywał ze swoim.
-Są identyczne. - powiedział.
-Czyli został jeszcze jeden. - stwierdziła Ami.
W tym momencie wszedł strażnik.
-Milady?
-Już idziemy. - odparła Mari.

Gdy Mari weszła do sali tronowej, wszyscy już się zgromadzili. Wzdłuż ścian od wejścia do tronu stał tłum ludzi, a ci którzy się nie zmieścili, stali na balkonie oraz na schodach które na niego prowadziły. Kryspin wszedł tylnymi drzwiami trochę wcześniej i zajął miejsce obok ojca. Król stał przy skraju wzniesienia na którym stał tron i wspierał się na mieczu, służącym do pasowania. Ami popchnęła lekko do przodu księżniczkę.
-No idź. - szepnęła i wycofała się pod ścianę.
Mari przeszła przez salę wolnym krokiem. Uklękła na jedno kolano przed ojcem. Ten dotykając płazem miecza jej ramion, powiedział parę słów których dziewczyna raczej nie zrozumiała.
-Czy przyjmujesz i przyrzekasz? - spytał na koniec jak nakazywała ceremonia.
-To przyrzekam i zaświadczam swym słowem. - powiedziała Mari. Wstała a król nałożył jej szkarłatny generalski płaszcz i przypiął do sukni odznakę świadczącą o tym że od dziś jest generałem.

-Wszędzie pusto. Ani śladu Solobańczyków.
-Nie bądź taka pewna, Ami. Oni wiedzą że nie są tu mile widziani.
Zaledwie kilka dni po awansie Mari już miała pełne ręce roboty. Z małą grupą wyruszyła w celu przeszukania okolic wsi. Ami oczywiście uparła się żeby jej towarzyszyć. Jechali już jednak kilka godzin i nie natrafili na ani jednego mieszkańca północy. Ami zaczynała marudzić i już miała powiedzieć coś jeszcze, gdy Mari zatrzymała wszystkich unosząc otwartą dłoń na wysokość głowy. Zsiadła z konia, przygotowała łuk i schyliła się w zaroślach. Reszta także ukryła się wśród drzew. Ami podeszła do przyjaciółki.
-Co się stało? - szepnęła.
Mari wskazała grotem strzały na pobliski strumień.
-Ktoś rozbił tam obóz. - odpowiedziała również szeptem.
Podszedł do nich kapitan straży.
-Dokładniej Solobańczycy. - uściślił.
-Skąd to wiecie? - szepnęła Ami.
-Nie są zbyt ostrożni. Wywiesili flagi. Poziome czarno-białe pasy to ich godło. - wytłumaczyła księżniczka.
-Trzeba się pozbyć tego oddziału, nie wzbudzając podejrzeń. - powiedział kapitan. Ze względu na to że Mari dopiero zaczynała swoją karierę jako generał, miał jej pomagać.
Księżniczka wypuściła strzałę i najbliższy Solobańczyk legł martwy. Wymieniła z Ami spojrzenia. Nikt nie zareagował. Wypuściła drugą strzałę. Znowu brak jakiejkolwiek reakcji.
-Trochę to dziwne. - powiedziała do siebie Mari. - A może... - przy ognisku siedzieli dwaj żołnierze. Posłała strzałę prosto w szyję jednego z nich. Jego towarzysz nie wykazał najmniejszego zainteresowania.
-Czy to aby nie jest jakiś podstęp? - podsunęła pomysł Ami.
-Niewykluczone. - zgodził się kapitan straży. - Ale lepiej nie ryzykować i nie podchodzić bliżej.
-Dobra, Mari, to co robimy? Bo to raczej chyba nie są kukły. Proponuję ich otoczyć.
-Nie. Jeśli to zasadzka, to wtedy my możemy zostać otoczeni. - odparła Mari. - Lepiej obejść ten obóz i sprawdzić dokładnie co gdzie jest. No i jeśli to są żywi udzie to dlaczego nie reagują na śmierć towarzyszy?
-Powiem ci dlaczego. Bo to zasadzka.
-Coś ty się tak uczepiła tej zasadzki?
-No, na pijanych raczej nie wyglądają. Kilku stoi, kilku siedzi, kilu jest pewnie w namiocie... Masz lepszy pomysł niż zasadzkę?
-Podejdziemy z tyłu namiotu. - odparła Mari.
Grupa przeszła we wskazane miejsce i Ami przyłożyła miecz do ściany namiotu.
-Mogę? - spytała.
Mari skinęła głową.
W rozcięciu zrobionym przez Ami ukazał się mężczyzna w płaszczu w czarno-białe poziome pasy. Zapewne dowódca tego oddziału.
-Czekałem na was. - uśmiechnął się na widok szoku na twarzach przybyszów.
-Czekałeś? Co to ma znaczyć? - spytała Mari celując w niego grotem strzały. - Wracajcie natychmiast do siebie, inaczej powiem ojcu że tu jesteście.
-A kim ty jesteś że stawiasz mi takie warunki? - zerknął na diadem na jej głowie. - Aha, księżniczka. Nie powinnaś siedzieć w zamku? A twoi rodzice to Ramadantys i Kihidia, tak?
-Powinieneś mieć więcej szacunku dla króla i królowej. - powiedział kapitan straży.
-Nie im służę a te tereny już niedługo nie będą należały do nich.
-Ale przed nimi będziesz się tłumaczyć. - Mari dała znak i dwóch strażników związało mu ręce z tyłu. Nie opierał się.
-Naprawdę sądzisz że uda ci się mnie pojmać? - zwrócił się do Ami - miałaś rację moja droga, wpadliście w zasadzkę. Ciężko być obojętnym na widok śmierci towarzysza ale taki mieliśmy plan.
-Nas jest o wiele więcej. - zakończyła Mari. - Pójdziecie z nami.

Całe zajście widział niezauważony przez nikogo członek oddziału wysłanego z Soloby, który siedział na drzewie. Gdy wszyscy odjechali zszedł z drzewa i pobiegł na północ z wieściami dla króla. Księżniczka generałem? Soloba może mieć kłopoty.

23 czerwca 2017

Legenda Rozdział pierwszy: Dzieciństwo cz. 2

-Nie słyszałaś? Nie wolno ci za nimi jechać. Poza tym wsi jest dużo. Skąd będziesz wiedzieć w której akurat są?
-Znam te tereny, wyobraź sobie.
-Dostaniesz szlaban.
-Mam to gdzieś! Ami, jedziesz ze mną?
Jednak dziewczynka była niezdecydowana.
-Sama słyszałaś że ojciec ci zabronił. - powiedziała powoli.
-Ok, pojadę sama. Rodzice nawet nie zauważą. A ty, braciszku - pogroziła Kryspinowi palcem - nie waż się mnie wydać.
-Czyli jednak obawiasz się szlabanu. - odparł złośliwie chłopak.
-Chyba ty. - Mari wyszła z sali.

Generał Ingailor objechał ze swoim oddziałem wszystkie wioski z których nadeszło zgłoszenie, ale nikogo z Soloby nie znaleźli. "Być może uciekli zanim tu przyjechaliśmy." - zastanawiał się dowódca. Żołnierze wracali już do zamku, gdy w pewnej chwili w oddali pojawiła się sylwetka na koniu. Gdy nieznajomy podjechał bliżej, Ingailor zaklął pod nosem. Księżniczka zbyt często, jego zdaniem, wymykała się z zamku. Gdy się do nich zbliżyła, powiedział:
-Powiedz, Lady Mari, czy ojciec pozwolił ci za nami pojechać? Dziesięcioletnia dziewczynka nie jest bezpieczna sama na tych terenach.
-Nie jestem sama. - odparła z uśmiechem Mari. - Ale nie mówcie nic rodzicom.
-Tego niestety nie mogę zrobić.
-Dobra, może się tylko skończy na awanturze. - mruknęła pod nosem Mari. - A co z tymi Solobańczykami? - spytała głośniej.
-Od kiedy to księżniczkę interesuje wojna?
-Mnie? Od zawsze. Dlatego wymykam się z zamku...niestety ojciec tego nie rozumie.
-Mari, wiem że nie wątpisz w swoje siły i że potrafiłabyś się obronić ale z całą hordą napastników nikt nie ma szans w pojedynkę.

Gdy odstawiali konie do zamkowej stajni, podszedł do nich Kryspin.
-Mari, ojciec cię wzywa. - powiedział bez ceregieli.
-Czyli sam się już dowiedział. - stwierdziła księżniczka i odeszła z bratem.
-Zły jest? - spytała po drodze.
-Szlaban dostaniesz na bank. - odparł Kryspin. - Albo coś gorszego.
-Dobrze wiem że lubisz się ze mną drażnić.
-Może też być areszt domowy.
-A to nie to samo co szlaban?
-Idź to się przekonasz. - książę wskazał drzwi komnaty Mari i poszedł w swoją stronę.
-Jemu jakoś wolno wychodzić bez pytania. - powiedziała do siebie Mari. - I co z tego że jest pełnoletni. - Nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi by potem otworzyć je szerzej. Stanęła w progu, nie weszła do środka.
Ojciec stał przy oknie plecami do niej. Matka siedziała na łóżku. Mari weszła do komnaty i zamknęła drzwi.
-Tato, ja... - zaczęła.
-Zabroniłem ci tam jechać. Nie posłuchałaś.
-Przecież nic mi się nie stało. A poza tym Kryspinowi jakoś nie zabraniacie.
-Kochanie, twój brat jest dorosły. Ty w jego wieku też będziesz mogła. - tłumaczyła królowa.
-I tak mnie nie rozumiecie. Nie chcę cały czas siedzieć w murach. To nie dla mnie. Wolę otwarte przestrzenie.
-Ramadantysie, - rzekła królowa - ja to załatwię. - Posłuchaj, - zwróciła się do córki. - może faktycznie cię nie rozumiemy, ale złamałaś zakaz. Dostaniesz areszt domowy do odwołania.
-Ale mamo, proszę...
Królowa podeszła do Mari i szepnęła:
-Uprosiłam ojca żeby nie robił ci awantury. Ale kary ci nie odpuści.
Gdy rodzice wyszli i zamknęli drzwi na klucz, Mari usiadła na parapecie okna. Teraz gdy ona ma szlaban przestało padać. A "do odwołania" u jej rodziców znaczyło jakąś dobę. Pewnie jak ją wypuszczą, znowu się rozpada. Myślała o tym co rano opowiedziała Ami. Co by było gdyby udało im się znaleźć klucz i dowiedzieć się jak zginęła Lady Luiza? Może udałoby się pogodzić Solobę z jej ojczyzną? Chociaż dopóki krajem na północy rządził król Malonimus, szanse na rozejm niebyły zbyt wielkie.

-Nie sądzę żeby ona się do tego nadawała. - król nie był przekonany co do pomysłu generała.
-Ramadantysie, to dopiero za pięć lat. Ja jestem już stary. Wolałbym mieć pewność że gdyby coś mi się stało, jest ktoś kto przejmie po mnie obowiązki. Mari świetnie walczy a wojna to jej pasja. Nie wiem kto by się lepiej nadawał.
-Będzie zbyt młoda.
-Jest rozważna. Doświadczenie każdy zdobywa z czasem.
-Jakoś nie widzę mojej córki na stanowisku generała Abolosu.
-Oczywiście ostateczna decyzja, którą będziesz musiał podjąć za pięć lat, należy do ciebie, ale nie znajdę lepszego kandydata ani kandydatki. Moim zdaniem Mari świetnie sobie poradzi.
-To jeszcze dziecko.
-Ale za pięć lat będzie dorosła. Wtedy ona zdecyduje czy podejmie się tego zadania. Nadal jednak będzie musiała mieć twoją zgodę.
-Moją? Przecież ona mało kogo się słucha. A gdy będzie dorosła, to...
-A kto pasuje na stopień generała?
-Król, ale co to ma...
-A kim ty jesteś?
-Dobrze wiem o co ci chodzi, Ingailorze, ale nadal nie jestem przekonany.
-Skoro tak, wrócimy do tej rozmowy za pięć lat.

Legenda Rozdział pierwszy: Dzieciństwo cz. 1

W jednej z wsi leżących na terenie Abolosu życie toczyło się monotonnie. Chłopi pracowali w polu, kobiety dbały o gospodarstwo a dzieci bawiły się na dworze lub pomagały rodzicom. Był ciepły wiosenny dzień. Dzieci bawiące się na drodze wiejskiej zebrały się w pewnej chwili w ciasną grupkę. Od strony pól nadjeżdżał bowiem wóz wyładowany sianem i ciągnięty przez konia. Był to codzienny widok. Ale dzisiaj woźnica miał towarzystwo. Z boku wozu jechał na białym koniu młody chłopak. Miał może 15 lat. Czarne, błyszczące oczy w których czaiło się poczucie humoru ale też powaga i inteligencja. Czarne włosy opadały mu na czoło, częściowo je przykrywając. Obok niego na także białym choć nieco mniejszym koniu, jechała 10-letnia dziewczynka. W jej ciemnozielonych oczach można było dostrzec inteligencję i odwagę ale w większości malowała się w nich obecnie dziecięca ciekawość. Kasztanowo-rude włosy spływały lokami na ramiona.
Obydwoje byli bogato ubrani. Wieśniacy z tej wioski nie mieli jeszcze okazji zobaczyć księcia i księżniczki a tym bardziej gościć ich w swoich skromnych progach.
Gdy wjechali do wioski, na przeciw nim wyszła jedna z wieśniaczek, skłoniła się i powiedziała:
-Nie często tu przychodzicie. Czym zawdzięczamy tę wizytę?
-Po prostu Mari uparła się a ja muszę jej pilnować. - uśmiechnął się Kryspin. Posłał przelotne spojrzenie siostrze która zsiadła lekko z konia i podeszła do dziewczynki stojącej z dala od reszty dzieci. Tutejsi ludzie byli biedni ale chleba im nie brakowało. Natomiast ta jedna dziewczynka wyglądała gorzej od innych dzieci. Jakby była niedożywiona. Ale przede wszystkim była nieśmiała. Na widok idącej w jej stronę księżniczki, schowała się za rogiem chaty obok której stała.
Mari podeszła do niej i chwilę porozmawiały. Po chwili zwróciła się do zgromadzonych:
-Jeżeli nikt nie ma nic przeciwko, to Ami chciałaby wróci z nami do zamku.
Słowa siostry kompletnie zaskoczyły Kryspina. Wszystkiego się po niej spodziewał ale...
-Mari - odparł - nie możesz. Nie ty o tym decydujesz...
-Posłuchaj...
-...a na pewno nie w tym wieku.
-Ami jest sierotą. - wyjaśniła księżniczka. - Mówi że jej rodzice nie mieszkali w żadnej wsi, ale z dala od innych ludzi. Ostatniej zimy zmarli a ona chodzi od wsi do wsi ale nikt jej nie chce przyjąć. A poza tym jest w moim wieku. - posłała bratu jeden ze swoich uroczych uśmiechów.
-Ale... - Kryspin nie był przekonany.
-Weźmiemy ją, później ojciec zdecyduje. Ona niema nikogo.
Księżniczka nie czekając na odpowiedź brata pomogła wsiąść Ami na konia a potem poszła w jej ślady.

Generał Ingailor stał na blankach muru i patrzył na drogę przed zamkiem. Mari i Kryspin już dawno powinni wrócić. Po części za nich odpowiadał ale tej dwójki nie dało się upilnować. Zobaczywszy że wracają zszedł do bramy.
-Gdzieście byli tak długo? - spytał.
-Ojciec jest w zamku, generale, tak? - Mari jakby nie usłyszała poprzedniego pytania.
-Tak. Ale... - zaczął generał spoglądając na dziewczynkę stojącą obok księżniczki.
-Nawet nie pytaj. - odparł Kryspin i cała trójka weszła przez bramę, odprowadzana zdumionymi spojrzeniami strażników oraz ich dowódcy.

-Więc czy Ami może zostać na zamku? - spytała Mari po wyjaśnieniu rodzicom całej sprawy. - Sami przecież mówiliście że królewska rodzina powinna się troszczyć o poddanych, a ona jest sierotą.
-Zdaję sobie z tego sprawę, ale... - zaczął król.
Lecz żona wpadła mu w słowo:
-Jest w wieku naszej córki a w dodatku nie ma nikogo. Spytajmy jej o zdanie. Mari, - zwróciła się do córki - nauczysz ją wszystkiego, dobrze? Kryspin mówił że znacie się raptem od godzimy a już świetnie się dogadujecie.
Król posłał żonie zamyślone spojrzenie, po czym skinął na strażników stojących przy wejściu do sali tronowej:
-Wprowadźcie ją.
Ami weszła do środka, zbyt wystraszona żeby choć rozejrzeć się w około. Dopiero gdy napotkała wzrok Mari podniosła trochę głowę.
-Zapewne wiesz już o co chodzi? - zwróciła się do dziewczynki królowa. - Powiedz nam tylko czy się zgadzasz tu zostać.
-Wasza Wysokość, jeśli to możliwe...chciałabym mieć dom, odkąd zmarli moi rodzice krótki czas mieszkałam z ciotką, ale ona mnie nie lubiła.
-Chodź ze mną. - wtrąciła się nagle Mari. - Pokażę ci twój pokój.

Kilka dni później Mari i Ami siedziały w komnacie księżniczki. Siedząca na parapecie okna Ami patrzyła na dziedziniec. Od rana padał deszcz więc dziewczynki miały nie wiele do roboty. Ami cieszyła się że wreszcie nie musi marznąć na dworze nie mając dachu nad głową. Po raz pierwszy od wielu tygodni mogła się schować przed deszczem i zimnem i miała pewność że nikt jej nie wygoni. Nagle zobaczyła na dziedzińcu jakiś ruch. Żołnierze ustawiali się w szyku.
-Co się dzieje? - spytała, spoglądając na koleżankę.
Mari podeszła do okna.
-Gdzieś wyruszają. - odparła. - Ale poza tym wiem tyle co i ty. Może otrzymali jakieś wezwanie. Założę się - zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu - że mieszkańcy Soloby znowu coś kombinują. Ich władca, Malonimus, to prawdziwy tyram... przynajmniej ojciec tak mówił.
-Co to jest Soloba? - spytała Ami.
Mari spojrzała na nią zaskoczona.
-Naprawdę nie wiesz?
-Jakoś nie spotkałam nikogo kto opowiedziałby mi historię Aesterry.
-Dobra, to ci opowiem. Nasz świat nazywa się Aesterra, to wiesz, tak?
Ami pokiwała twierdząco głową.
-Ojciec jest władcą Abolosu - kontynuowała Mari. - Zakładam że wiesz jak wygląda krajobraz naszej ojczyzny. Oprócz kilku pomniejszych państewek, na północ od nas leży Soloba. Kraj ten mimo że jest spustoszony i prawie wcale nie ma na jego terenie żyznej ziemi, jest potężny i dobrze się rozwija. Jego władca Malonimus to największy nasz wróg. Z tym że nie zawsze tak było. Kiedyś Abolos i Soloba były sojusznikami.
-A co się stało?
-Kiedyś, wieki temu księżniczka Soloby wyszła za mąż za króla Abolosu. W celu odnowienia dawnego już wówczas sojuszu. Ale kilka dni po zaślubinach panna młoda zmarła. Nikt nie mógł ustalić przyczyny zgonu. Na jej ciele ani w jej komnacie nie znaleziono niczego co pomogłoby ustalić jak zginęła. Król Abolosu długo rozpaczał po stracie ukochanej. Nie pomogły żadne tłumaczenia. Soloba uznała całe zajście za spisek i oskarżając mieszkańców Abolosu o zdradę zerwała sojusz. Do dziś władcy tego państwa mają do nas wielki uraz i traktują jak wrogów a przyczyny śmierci Lady Luizy do tej pory nie ustalono. Jej dawna komnata to jedyne miejsce w tym zamku do którego od pokoleń nikt nie wchodził.
-Jest zakaz, tak?
-Tak ale oprócz tego zaginął klucz od jej komnaty. Znajduje się dokładnie nad nami. Te szare okna o które wczoraj pytałaś są właśnie w jej komnacie. Po prostu pokrywa je warstwa kurzu i pajęczyn. Ostatni raz sprzątano tam jakieś paręset lat temu. A tak wracając do tematu, król Malonimus nigdy nie odpuszcza. Niewykluczone że dojdzie do wojny. - Mari podeszła do przeciwległej ściany i zdjęła z niej zawieszony na hakach krótki miecz. Podała go Ami. - Lepiej żebyś umiała się obronić.
-Mam z tobą walczyć?
-Pokażę ci parę chwytów. - Mari wyciągnęła zza pasa swój miecz. - Spróbuj mnie zablokować.
Ami się bała; oprócz tego że pierwszy raz miała w ręku miecz, to jeszcze ten miecz był prawdziwy.
-A to na pewno bezpieczne? - spytała jeszcze.
-Walka nigdy nie jest bezpieczna. - Mari wykonała szybki ruch i miecz Ami wypadł jej z ręki. - Lekcja pierwsza: mocniej trzymaj broń ale jednocześnie nie ściskaj jej kurczowo. I nie spuszczaj przeciwnika z oczu. Nie dawaj mu ulg bo i wróg nie będzie miał ich dla ciebie.
-Skąd ty to wszystko wiesz? - spytała Ami oddając broń.
Mari cofnęła jej rękę.
-Zatrzymaj go. Może ci się kiedyś przydać. Co do mojej wiedzy, uczył mnie generał Ingailor. A właśnie, chodź, spytamy się ojca co dokładnie się dzieje.
Mari i Ami wyszły na korytarz, skierowały się na schody i zeszły na dół do sali tronowej. Z pomieszczenia dochodziły jakieś głosy.
-Kryspin jest następcą tronu. - wyjaśniła księżniczka. - Jak on to mówi?: "Kolejna nudna lekcja, która na niewiele mi się przyda."
-Aż takie to nudne?
-Jego zdaniem tak. On chce być królem na własnych zasadach. - uśmiechnęła się do Ami. - Zrobimy im najście.
To mówiąc gwałtownie otworzyła drzwi i weszła do środka. Za nią nieśmiało wślizgnęła się Ami.
-Tato, masz chwilę? - spytała Mari.
-Mari, - skarcił córkę król - tyle razy ci mówiłem że księżniczce nie przystoi...
-Tato błagam, słyszałam to setki tysięcy razy.
-Więc czemu się nie słuchasz?
-Bo woli konne wyprawy poza zamek niż siedzenie w murach. - wtrącił się Kryspin.
Mari posłała mu spojrzenie pod tytułem "Zamknij się".
-Gdzie pojechał Ingailor? - spytała ojca.
-Sprawdzić co się dzieje w okolicznych wsiach. Szpiedzy donoszą że ostatnio widziano tam Solobańczyków.
-Mogę pojechać za nimi? Będę uważać na siebie, proszę.
-Nie ma nawet mowy, Mari. To niebezpieczne.
-Poradzę sobie. A poza tym mam dość siedzenia w zamku. Dlaczego nie wolno mi wyjść na dwór?
-Bo pada deszcz? - odparł Kryspin.
-To nie jest argument!
-Dobrze, jeśli zamierzacie się kłócić to ja wracam do obowiązków. - rzucił król i wyszedł z sali.
-I tak tam pojadę. - postanowiła Mari, gdy za ojcem zamknęły się drzwi.

20 czerwca 2017

Legenda "Prolog"

Dwie krainy Abolos i Soloba. Jednocześnie tak podobne i tak różne od siebie. Jedna jest bogata, tworzą ją piękne równiny, gdzieniegdzie poprzecinane pasmami gór i rzek. Druga natomiast w większości leży na terenach nieprzyjaznych człowiekowi. Pokrywają ją pustynie i bagna; nie brak jednakże urodzajnych ziem. Obie krainy są tak samo silne militarnie, gospodarczo, ekonomicznie i politycznie. Obie też nieustannie toczą ze sobą wojny, napełniając lękiem mieszkańców pozostałych krain.
Istnieje legenda głosząca że pojawi się wojownik który zjednoczy zwaśnione kraje i przywróci pokój w Aesterze. Wojny trwają już jednak tak długo że ludzie przestali wierzyć w tą legendę i z pokolenia na pokolenie coraz więcej ludzi zapominało jej słów.

07 lutego 2016

Rozgrywka z sępami

Sofia spacerowała po terenie Warszawskiego zoo, z dwójką swoich półrocznych kociąt - Kalą i Azulem. Urodziły się półtora roku po tym jak Amor pojechał do innego zoo.
Nagle, gdy przechodziła obok wybiegu gibonów, zauważyła jakiegoś lwa który rozmawiał z gibonami. Postanowiła zaryzykować:
-Hej, - wyszła zza krzaków - mogę się włączyć do rozmowy?
-O, cześć Sofia. - powiedziała jedna z małpek.
-Cześć. - odparła lwica.
-Zmieniłaś się. - powiedział nagle lew. Sofia dopiero teraz zauważyła że ten od jakiegoś czasu uważnie się jej przygląda.
-A ty, to nie? - dopiero teraz go poznała. Amor bardzo się zmienił przez ostatnie dwa lata. Lwica zawołała młode.
Lwiątka nieśmiało wyszły z kryjówki i od razu schowały się za matkę.
-To moje dzieci. - przedstawiła maluchy Sofia. - To Azul, a to Kala.
-Znasz go, mamo? - zapytał Azul.
-Oczywiście. To brat waszego ojca...Słuchaj Amor, jeśli nigdzie ci się nie spieszy to może się przejdziemy?
-Nie, nigdzie mi się nie spieszy.
***
Szli główną aleją. Nie wiedzieli jednak że nie są sami. Jakieś 50 metrów za nimi (kryjąc się) szedł Zulus. Miał z bratem dobre relacje ale nie mógł go poznać. W pewnym momencie widocznie się zdradził bo lew odwrócił głowę, a chwilę później zaczął iść w jego stronę. Zulus wyszedł mu na przeciw.
-Łał, zmieniłeś się.
-Amor? Jakim cudem wcześniej cię nie poznałem?
-Tego nie wiem...
-Jaka miła rodzinna scenka. - jakiś głos przerwał Amorowi.
Wszyscy odwrócili się jak na komendę. Przed nimi stał jakiś sęp. A nie było ich w tym zoo.
-Cześć, kim jesteś? - Azul wysunął się do przodu. Ale Amor go zatrzymał stawiając przed nim łapę. Lwiątko spojrzało na Amora ze zdziwieniem. Podobnie jak pozostałe lwy.
-Śledziłeś mnie, Spajk?! - warknął na niego Amor.
-Tak cię to dziwi?
-Dobra, chodźmy stąd. - powiedział Amor.
Ale ptak przefrunął nad nimi i zastąpił im drogę.
-A dokąd się wybieracie? - spytał.
-A ty, dokąd? - powiedział Amor, któremu udało się podejść go od tyłu.
Spajk obejrzał się za siebie. Zauważył że lew trzyma łapę na jego ogonie.
-Ej, Amor, bez żartów.
-Wiesz chyba co to znaczy, hm?
-Może się jakoś dogadamy?
Amor puścił go a Spajk natychmiast odleciał w sobie tylko wiadome miejsce.
-Kto to był? - zapytał Zulus.
-Mój sąsiad z nowego zoo. Mimo że jest strachliwy i na ogół poddaje się jeśli zagrozi mu się utratą piór; nie należy go jednak lekceważyć. Jednych się boi, a inni muszą się bać jego.
Zulus dopiero teraz zauważył że Amor ledwo stał na łapach.
-Sofia, weź dzieci na spacer. - zwrócił się do lwicy. Gdy zostali sami, chwilę przyglądał się bratu, a potem powiedział:
-Musisz mi wszystko opowiedzieć. Ale może najpierw pójdziemy do domu. Nie wyglądasz najlepiej.
-Nie, nic mi nie jest.
-Przecież widzę że ledwo stoisz. Chodź.
***
W grocie Amor z ulgą położył się na zimnej skale. Był zmęczony, ale nie podejrzewał że tak to po nim widać.
-Co się właściwie stało? - spytał w pewnej chwili Zulus.
-Szedłem na około, w razie gdyby Spajk poleciał za mną. Ale jak widać, on i tak mnie znalazł.
-Ale z Płocka do Warszawy nie jest chyba aż tak bardzo daleko? - zdziwił się Zulus.
-Szedłem na około. - powtórzył jego brat. - Przez kilka tygodni i bez większego postoju.
-W jakim sensie "na około"? - nie zrozumiał Zulus.
-Na około Warszawy, na początku w promieniu 100 km, stopniowo zmniejszając odległość od miasta.
-Ale po co tak?
-Poznasz Spajka lepiej, to zrozumiesz. - Amor chciał już zakończyć tą dyskusję.
-Opowiedz mi o nim. - Zulus nie dawał za wygraną.
Amor pomyślał chwilę.
-Dobrze, opowiem ci. - powiedział a po chwili dodał:
- Ale jutro. To długa historia, a sam mówiłeś że "ledwo stoję". Aż tak to było widać?
-Przepraszam. Po prostu byłem ciekaw. Ale powiedz mi jedno. Czy Spajk stanowi zagrożenie dla lwiątek?
-Trudno powiedzieć. Teoretycznie nie powinien, ale lepiej na niego uważać. Na razie do mnie się przyczepił, ale sprawia wrażenie jakby trochę się mnie bał.
Po chwili milczenia Zulus wyszedł na zewnętrzny wybieg i położył się na szklanej kopule, znajdującej się na tymże wybiegu.
Po jakimś czasie dołączyła do niego Sofia z kociętami. Dorośli rozmawiali, dzieci się bawiły.
Nagle Kala krzyknęła:
-Tato, uważaj!
Zulus odwrócił głowę ale w tej samej chwili coś wylądowało mu na grzbiecie. Był to ten sam sęp którego już dzisiaj spotkali.
Lew w mgnieniu oka się podniósł, próbując zrzucić z siebie ptaka.
Po kilku minutach Spajkowi znudziło się drażnienie lwa. Przefrunął na gałąź i powiedział:
-Co to miało znaczyć? Nie znasz się na żartach?
-To niebyły żarty! - warknął Zulus.
-Tak ci się tylko wydaje. - odparł Spajk i gdzieś odleciał.
-O co mu chodziło? - spytała Sofia.
-Nie wiem. - odparł Zulus. - I nie obchodzi mnie to. - Zerknął na gałąź na której przed chwilą siedział ptak. - Ale, możesz mi wierzyć, jeśli on wpadnie w moje łapy, będzie miał poważne kłopoty.
***
Na drugi dzień rano Amor opowiadał reszcie wydarzenia ostatnich dni.
-Przed wyjazdem do Płocka umówiliśmy się z Zulusem że wrócę gdy coś będzie nie tak. Słyszałem rozmowę Kalego i Spajka - dwóch sępów i moich sąsiadów z Płocka. Z kądś wiedzieli gdzie mieszkałem wcześniej i planowali tu przylecieć. A z tego co o nich wiem, wynika że ta dwójka do delikatnych nie należy. Postanowiłem więc ich przypilnować.
-Nie musiałeś. Nie zgubię się.
-Ała!...Mamo!!
Tego się nikt nie spodziewał. Spajk widocznie wkradł się do pawilonu lwów i nagle złapał Kalę za kark i uniósł do góry, poza zasięg kotów. Cała akcja trwała zaledwie 5 sekund.  Dopiero krzyk lwiczki wiszącej w powietrzu w szponach Spajka, zwrócił uwagę pozostałych.
-Postaw ją! - zażądał Zulus.
-Mamy z tym lwem niewyrównane rachunki. - odparł na to Spajk wskazując skrzydłem na Amora. - Puszczę ją jeżeli on wróci ze mną.
-Za dobrze cię znam. - powiedział Amor. - Wcale tego nie zrobisz.
-Zobaczymy. To jak, idziesz?
Amor bez słowa zaczął iść w stronę wyjścia. Sęp poleciał za nim, nadal trzymając w szponach przerażonego kociaka.
Sofia zaczęła iść za nimi ale Zulus zastąpił jej drogę.
-On porwał naszą córkę! Przepuść mnie!
-Ten ptak nie może cię zobaczyć. Pamiętaj....I nie krzycz tak bo cię usłyszy.
-Nie zobaczy i nie usłyszy. Zostań tu z Azulem.
***
Jechali do Płocka na dachach samochodów. Kala na grzbiecie Spajka; zbyt przerażona by próbować ucieczki, a Amor obok nich.
W pewnej chwili, gdy samochód na dachu którego siedzieli, zatrzymał się na światłach, Amor zauważył na poboczu Sofię. Lwica podeszła do boku pojazdu.
-Pojedź za nami do zoo i ukryj się gdzieś w pobliżu. I pilnuj żeby nikt cię nie zauważył. - szepnął do niej Amor.
-Oby ten twój plan wypalił. - odparła Sofia również szeptem.
***
Gdy tylko przyjechali na miejsce, Spajk zaniósł Kalę na swój wybieg. Lwiczka schowała się w kącie woliery.
Podczas gdy Spajk pokazywał "zdobycz" swemu szefowi  Kalemu; Amor musiał wytłumaczyć parę rzeczy Fionie i Lali, z którymi mieszkał. Nie mógł ich jednak znaleźć a nie chciał oddalać się od bratanicy.
Gdy Kali zauważył w pobliżu lwa, podleciał do niego i usiadł na jego grzbiecie. Kot jednak dość dobrze znał pomysły Kalego i nie bronił się. Wszedł do woliery sępów ale gdy teraz próbował zbliżyć się do lwiątka lub z powrotem do do wyjścia, Kali dziobał go gdzie się dało. Amor położył się więc i ignorował wszelkie próby sępa mające na celu sprowokowanie go. W tym samym czasie drugi sęp ponosił szereg niepowodzeń podczas prób wywabienia lwiątka z kryjówki. Trwało to wszystko dobrych kilkanaście minut.
-Co tu się dzieje? - usłyszeli za sobą czyjś głos. Po chwili oczom zebranych ukazały się dwie lwice. Fiona i Lala. Nie było najmniejszej wątpliwości że to jedna z nich zadała ostatnie pytanie.
-Nie wasza sprawa. - odparł Kali.
-Owszem, nasza. Skąd wy macie to lwiątko?
-Zupełnie nie wiem o czym mówisz. - powiedział Spajk, zasłaniając sobą lwiczkę.
-Amor, może ty nam wyjaśnisz?
-To mnie się pytasz, Fiona? - odparł lew i nieznacznie zerknął na Kalę i Spajka. Lwice wiedziały co to znaczy. W mgnieniu oka rzuciły się na oba ptaki.
Gdy sępy były zajęte walką z lwicami, Amor podszedł do Kali i mimo oporów i protestów lwiczki, ujął ją za kark i zaniósł do jaskini w pawilonie lwów. Kazał jej tam zaczekać a sam poszedł do wyjścia z zoo, gdzie ostatnio zauważył Sofię. Zawołał ją i oboje wrócili do Kali. Lwiczka wyszła dopiero wtedy gdy usłyszała wołanie matki.
***
Cała piątka (trzy lwice, Amor i Kala) siedzieli w jaskini w pawilonie lwów..
-Czekamy na wyjaśnienia. - oznajmiła Lala.
-Więc tak. - zaczęła Sofia. - Jeden z tych ptaków porwał moją córkę...
Sofia opowiedziała całe zajście w Warszawie. Gdy skończyła, Fiona powiedziała:
-Jak coś, możemy wam pomóc. Nie zaszkodzi też jeżeli pojedziemy do was. Ale teraz musimy poczekać. Mała jest chyba zmęczona.
-A tamci?
-Jak dotąd nie próbowali jeszcze wchodzić do jaskini.
Na tym rozmowa się skończyła. Nie była to jeszcze noc ale wszyscy poszli spać.
Jakąś godzinę później do pawilonu lwów zakradł się Spajk. Kala spała najbliżej wyjścia więc Spajk uznał że będzie łatwo. Delikatnie, żeby nie zbudzić lwiątka, złapał go szponami za grzbiet i uniósł do góry, odlatując. Nie zauważył jednak że podczas wykradania Kali, rozkładając skrzydła żeby w razie czego nie zauważyli od razu co się dzieje, nie wiedząc o tym łaskotał piórami Amora po nosie i obudził go.
Amor domyślił się co się dzieje, nadal jednak nie zdradzał że nie śpi. Gdy tylko Spajk poleciał, lew obudził towarzyszki. Umówili się że Sofia, Lala i Fiona zatrzymają Kalego i później także Spajka. Amor miał pójść za Spajkiem i odebrać mu lwiątko a potem wrócić z Kalą do Warszawy. Lwice miały spowolnić oba ptaki i dołączyć po drodze do Amora i Kali.
***
Gdy Amor wyszedł poza wybieg, Spajk był już dość daleko ale lew szybko go zauważył. Śledził go przez całą drogę do parku.
***
Przez park płynął dość głęboki strumień o silnym nurcie. Spajk zostawił swoją "zdobycz" na jednym z większych kamieni znajdujących się pośrodku strumienia i wrócił po swojego szefa.
***
Co prawda strumień był głęboki ale nie dla dorosłego lwa. Amorowi łatwo poszło wydostanie Kali na brzeg. O wiele trudniej było przekonać ją do pójścia za nim. Był dla niej obcy i bała się go. Ciągle dopytywała się o matkę.
-Musimy wsiąść do pociągu jadącego do Warszawy zanim te sępy tu wrócą. - próbował przekonać siostrzenicę. Nie było łatwo ale Kala w końcu zrozumiała że niema wyjścia i że musi zaufać obcemu dla niej lwu.
***
Lwicom udało się dojść na stację w ostatniej chwili.
Jednak, gdy wysiadali w Warszawie, okazało się że przebiegłe ptaki siedziały na dachu. Teraz gdy lwy wyszły z pociągu, oba sępy przypuściły atak.
Gdy tylko zaatakowały, Sofia pobiegła z Kalą do domu. Godzinę później wrócili też Amor, Fiona i Lala.
***
Późnym popołudniem lwice siedziały w pawilonie i rozmawiały, Kala spała między przednimi łapami matki a Azul był zmuszony bawić się sam.
Zulus natomiast siedział na zewnętrznym wybiegu. W pewnym momencie obok niego położył się Amor.
-Wyjaśnisz mi? - Zulus spytał brata po dłuższej chwili.
-Widzisz... - zaczął Amor. - Oni mają coś do mnie chociaż nie wiem co dokładnie. Skądś dowiedzieli się gdzie się urodziłem  i wychowałem i teraz pewnie będą was nachodzić tylko po to żeby zrobić mi na złość...Niezależnie czy będę tu, czy gdzie indziej.
-Czyli będziemy musieli na nich uważać. - podsumował Zulus. - A, powiedz mi, co teraz z nimi się dzieje? - zapytał po chwili.
-Spuściliśmy im małe lanie. - odparł Amor. - Oba uciekły w kierunku Płocka...ale...kto ich tam wie...
-Ale czego właściwie oni chcą od ciebie?
-Sam nie wiem. Wymyślają coś. Jesteśmy sąsiadami więc podejrzewam że to coś chyba w tym kierunku.
Nagle obydwu kotom spadło coś na plecy. Okazało się że to Spajk i Kali.
-Nie no, wam już całkiem odbija. - zdenerwował się Zulus.
-O co ci chodzi? - zdziwił się Kali. - Nam chodzi tylko o niego. - wskazał na Amora. - Do was nic nie mamy.
-A co on wam zrobił? - zapytał Zulus.
-Nam nic. Po prostu się nie lubimy. - odparł Spajk. - Poza tym lubimy robić mu na złość.
-To dobra, my lecimy do domu. Cześć! - powiedział Kali  i oba ptaki wzbiły się w powietrze.
-Nie rozumiem ich. - stwierdził Zulus gdy sępy zniknęły im z oczu.
-Ja też nie.
***
Minął miesiąc. Przez ten czas lwiątka zaprzyjaźniły się z Lalą, Amorem i Fioną. Sępy jak na razie nie wracały do Warszawy, więc Amor, Lala i Fiona zrobili sobie wakacje od Spajka i Kalego.
Gdy wrócili do Płocka, jedną dobrą rzeczą był fakt że sępy jak na razie schodziły lwom z drogi. Mimo to bez sprzeczek się nie obyło.
Amor często przyjeżdżał do brata, razem ze swymi towarzyszkami lub sam. Zulus i Sofia z dziećmi także przyjeżdżali do Amora.
Sępy wiele razy jeszcze próbowały dokuczać lwom; wystarczyło jednak żeby wielkie koty zareagowały ostrzej, oba ptaki czmychały natychmiast w obawie przed kłami i pazurami rozjuszonego lwa. Najczęściej był to Amor.