Strony

10 lipca 2017

Legenda Rozdział szusty: Spisek

zamek Malonimusa
-Lordzie Xariel, któż to was napadł że straciliście pół oddziału? - pytał król.
Lord stał przed obliczem swego władcy ze wzrokiem utkwionym w ziemię. Dobrze wiedział że odpowiedź nie spodoba się władcy.
-Po drodze spotkaliśmy grupę zwiadowczą księżniczki Abolosu. Niestety oni okazali się lepszymi łucznikami. Ale za to pokonałem w pojedynku generała Ingailora.
-I zabiłeś go, jak mniemam?
-Tak, Wasza Wysokość.
Król zbliżył się do swego rozmówcy uważnie mu się przyglądając.
-To któż tak rozciął ci czoło? Taka rana świadczy o przegranym pojedynku.
Istotnie, Lord miał głowę przewiązaną opatrunkiem a na miejscu prawego łuku brwiowego widniała spora plama krwi.
-...
-Lordzie, któż.
-Lady Mari.
-Ona? Sądziłem żeś lepszy wojownik.
-Jeśli wolno, ciebie przecież też pokonała w bitwie w Dolinie Północy.
-Dla ścisłości. Jej ojciec nie ona.
Lord Xariel milczał.
-Abolos coraz bardziej nam zagraża. - mówił do siebie. - Ta dziewczyna jest coraz bardziej zuchwała, a na domiar złego ma coraz większy wpływ.
-Słyszałem od kupców że król Abolosu niedawno się ożenił. Z Elyssą, księżniczką Mandurii.
-I co z tego?
-Panie, możemy to wykorzystać. Siostra króla nie lubi jego żony. Z wzajemnością. Gdyby udało się pogadać z królową...
-Tego nie możemy zrobić. Ona jest próżna, dumna i gardzi innymi ale nie sądzę żeby chciała z nami gadać.
-Czy mógłbym chociaż spróbować?
-Nie wpuszczą cię do zamku.
-Wyślę szpiega w moim imieniu.
-Zezwalam.
Lord Xariel skłonił się i wyszedł. Nareszcie będzie mógł się zemścić. W imieniu króla za przegraną bitwę oraz we własnym za przegrany pojedynek i pojmanie przed paru laty. Wezwał do siebie swego brata Kastora.
-Pojedziesz incognito do Abolosu. - mówił. - Tam spróbujesz się dowiedzieć czy królowa Elyssa zechce nam pomóc pozbyć się króla i jego siostry.
-Bracie, nie rozumiem po co jeszcze Soloba ciągnie tę wojnę. Nie chcę brać udziału w żadnych spiskach.
-To jest rozkaz a twoim obowiązkiem jest go wykonać. Bez szemrania.
Lord Kastor wyszedł z komnaty brata. Miał wielką ochotę nie wykonać tego rozkazu ale wiedział co go czeka za niesubordynację. Gdyby tylko udało się to jakoś obejść.

Gdy wjechał do Północnego Lasu było południe. Jak dotąd nikt go nie próbował zatrzymywać i Lord Kastor niezauważony zbliżał się do zamku.
Ale nagle tuż obok jego głowy przeleciała strzała. A zaraz potem następna. Wkrótce zorientował się że jest otoczony.
-Kim jesteście? - spytał podnosząc ręce do góry i zsiadając z konia. Otaczało go z pięćdziesięciu ludzi z wycelowanymi w jego pierś strzałami i włóczniami.
-Z armii Abolosu. - odparł jeden z nich. - Pójdziesz z nami.
-Nie mam złych zamiarów. Tylko przejeżdżałem...
-Nie obchodzi mnie to. Wyglądasz na Solobańczyka.
-Nie jestem taki jak moi rodacy.
-Lady Mari zdecyduje co z tobą zrobić. Idziemy. - jeden z żołnierzy przyłożył mu włócznię do pleców, zmuszając do pójścia na przód.
Ale się wpakowałem, pomyślał Lord Kastor.
Żołnierze zaprowadzili go pod bramy zamku. Tam tylko, bo Mari już tam na nich czekała.
-Pani, - zaczął jeden z żołnierzy - znaleźliśmy go w Północnym Lesie. Twierdzi że nie ma złych zamiarów, ale to Solobańczyk, więc...
Księżniczka skinęła głową żołnierzowi, po czym zwróciła się do Lorda Kastora:
-Co twój władca znowu knuje?
Cisza.
-Jesteś na naszej łasce. Lepiej odpowiadaj.
Ale ten nadal milczał. Wiedział że gdyby dowiedzieli się prawdziwego powodu jego wizyty, byłoby jeszcze gorzej.
-Będziesz mówić czy mają cię do tego przekonać lochy tego zamku? - spytała jeszcze raz Mari. Gdy nie uzyskała odpowiedzi kazała go zabrać.
Lord Kastor odprowadzany przez straże do lochów, powiedział w końcu:
-Wolę siedzieć w lochach nawet całe życie niż powiedzieć po co tu przyjechałem. Ale dla własnego dobra nie mówcie nikomu że trzymacie mnie w niewoli. Nie mówcie moim rodakom że w tych lochach jest Lord Kastor.
-Gdybyś powiedział po co cię tu przysłano, mógłbyś tego uniknąć.
-Wierz mi Milady, nie chcę źle dla tego kraju. Nie jestem taki jak inni Solobańczycy.

Lord Kastor siedział w swojej celi i zastanawiał się jak wytłumaczyć swoją misję. Wiedział że jeśli jej nie wykona a jego brat albo - jeszcze gorzej - król się o tym dowie, będzie miał poważne kłopoty. Ale bał się też że gdy powie prawdę Abolończykom, też nie będzie za dobrze. A kłamać nikomu nie chciał. Zwłaszcza księżniczce. Księżniczka... widział ją tylko raz ale czuł że nigdy nie zapomni jej widoku. Ile by dał by zechciała z nim porozmawiać. By mu uwierzyła. Wiedział jednak że nie może na to liczyć. Pochodzili z różnych rodów od pokoleń ze sobą skłóconych. Byli napiętnowani choćby pamięcią o zatargach przodków. Mimo wszystko postanowił jednak spróbować ryzyka. Podszedł do krat i zwrócił się do jednego z pilnujących go strażników:
-Czy mógłbym porozmawiać z księżniczką?
Strażnik mu nie odpowiedział.
-Proszę, mam ważne wieści.
-Ważne wieści?! - strażnik w końcu się odezwał. - Gdy cię tu wsadziliśmy nie chciałeś nic mówić.
-Przemyślałem to. A jeśli nie wrócę do kraju, Malonimus przyjedzie tu z wojskiem.
-Słuchaj no, mamy powody by ci nie wierzyć.
-Nie proszę żebyście mi uwierzyli tylko wysłuchali.
-Dobra zawołamy ją, ale pamiętaj: jeśli kłamiesz to marny twój los. - wtrącił się drugi strażnik ignorując piorunujące spojrzenie kolegi. - I czekaj, jak ty ją nazwałeś? Milady?
Wiezień spuścił wzrok zawstydzony.
Parę minut później przy jego celi stała Mari.
-Masz 10 minut. - powiedziała.
-Nie mogę powiedzieć prawdy ani skłamać. - zaczął Lord Kastor. - Jeśli nie zrobię tego po co mnie tu przysłano a Malonimus dowie się o tym, będę miał kłopoty. Jeśli wy dowiecie się prawdy, także będę miał kłopoty. Nie chcę okłamywać ani ich ani was, a tym bardziej ciebie, pani.
-Więc powiedz prawdę.
-Lord Xariel... to mój brat. Przysłał mnie tu żebym zorientował się czy... czy... królowa... nie zechce współpracować z władcą Soloby. Oni zamierzają pozbyć się ciebie i twojego brata.
-To akurat nie jest nowość. - odparła księżniczka. - Ale ojczyzna królowej nie specjalnie przepada za Solobą.
Kastor odetchnął z ulgą. Najgorsze ma za sobą a reakcja Mari mile go zaskoczyła. Kontynouwał więc dalej.
-Jeśli nie wrócę będą mnie szukać. Przyślą tu wojsko. Ale jeśli wrócę będę miał kłopoty.
-Nie bój się. Nie wypuszczę cię tak szybko. Skąd mogę wiedzieć że nie kłamiesz? Sam powiedziałeś że przyjechałeś tu na przeszpiegi.
-Taki dostałem rozkaz ale oddałbym wszystko żeby nie musieć go wykonać. Mam prośbę pani, nie pozwólcie żeby Malonimus przybył tu z wojskiem.
-Tego na ogół nie da się uniknąć.
-Nie chodziło mi o to. Czy ty nie mogłabyś wypytać królowej jakie ma zdanie na temat Soloby?
-To się okaże. - odparła Mari i odeszła.

Tydzień później księżniczka złożyła więźniowi niezapowiedzianą wizytę.
-Jeśli chcesz wiedzieć, - zaczęła - prosiłam służbę by podpytała ukradkiem królową. Według ich relacji raczej nie zanosi się na współpracę Mandurii i Soloby, ale nie można brać tego za pewnik.
-A czy... kiedy mnie uwolnicie?
-Gdy przyjdzie na to czas. - księżniczka chciała już odejść ale lord Kastor widząc to, powiedział:
-Pani, co mam zrobić żebyś uwierzyła Solobańczykowi który przysięga że jest inny niż jego rodacy? Że chciałby zakończyć tę wojnę?
-A przysiągłbyś?
-Choćby teraz. - Lord uklęknął na jedno kolano, przyłożył prawą rękę do serca i powiedział: - Ja, lord Kastor, oficer armii Soloby, przyrzekam uroczyście, tobie milady, że nie podzielam wojowniczych zapędów mych rodaków i nie chcę zguby Abolosu.
-A czy dla Solobańczyka przysięga ma jakiekolwiek znaczenie? O ile wiem, nie.
-Pozwól mi udowodnić że mówię prawdę.
Wtem przybiegł do nich strażnik.
-Pani, - powiedział zdyszany - król Soloby... tu jest. Pod murami. Z wojskiem.
Mari pobiegła na dziedziniec za strażnikiem a lord Kastor wyjrzał przez zakratowane okienko w celi.
-Po mnie przyjechali. - powiedział do siebie.
Istotnie. Widział jak Mari i Kryspin rozmawiają z Malonimusem. A jego po chwili wyprowadzili strażnicy.
-A, jednak jesteś. - odezwał się władca Soloby na widok swego podwładnego. - I jak? Rozkaz wykonany?
Lord Kastor milczał.
-Jeśli uważasz że moja żona będzie ci pomagać, to jesteś w błędzie. - powiedział Kryspin.
Król Malonimus aż zaniemówił gdy usłyszał te słowa. Z wściekłością zwrócił się do Kastora:
-Skąd oni wiedzą o twojej misji, zdrajco?! Miałeś być incognito!
-Sam im powiedziałem. - odparł hardo lord.
-Gdybym wiedział że mój brat zwróci się przeciwko swym rodakom, przeciwko własnej rodzinie, przeciwko mnie... - powiedział Xariel stojący obok swego króla.
-Mówiłem ci bracie że nie warto ciągnąć dalej tej wojny.
-Nie mów tak do mnie więcej. Ja już nie mam brata.
-I do kraju nie masz prawa wracać. Skazuję cię na banicję. - dodał król i odjechał ze swoimi ludźmi.

Po ostatnich wydarzeniach lorda Kastora uwolniono i dano mu wolną rękę. Ale ten nie mogąc wrócić do ojczyzny postanowił zostać w Abolos. Przy swej ukochanej. Był pewny że żadnej innej nie pokocha tak bardzo jak pięknej Mari. Ale dotąd ona nic nie wiedziała o jego uczuciach a wszyscy w zamku nie do końca mu ufali.

Tymczasem władca Soloby i jego zaufany doradca lord Xariel w drodze do ojczyzny przysięgli sobie że nie odpuszczą.
-Z porozumienia z królową nici. Do tego jeden z naszych zdradził. Trzeba wymyślić coś lepszego. A ty mogłeś znaleźć lepszego szpiega.
-Myślałem że można mu ufać.

05 lipca 2017

Legenda Rozdział piąty: Wyprawa cz.2

Góry zobaczyli na horyzoncie dopiero po tygodniu wędrówki przez Wielkie Równiny. Mari poinformowała resztę że do gór dotrą za jakieś dwa dni, oczywiście pod warunkiem że Hiamu oszczędzi sobie takich cyrków jak po przekroczeniu Samy. Zamierzała przejść przez przełęcz na drugą stronę gór. Czy jednak się to uda? Czy nie zaskoczą ich Solobańczycy? Tego nikt nie mógł przewidzieć.
Teraz albo dołów było mniej albo Hiamu był ostrożniejszy. Dość że wpadał coraz rzadziej.
W pewnej chwili trawa zaczęła być niższa a teren zaczynał się podnosić. I to dosyć gwałtownie. Wchodzili już na górskie stoki, choć szczyty były jeszcze daleko. Drugiego dnia od ukazania się gór na horyzoncie, tu i tam drużyna zaczęła napotykać skalne granitowe bloki a jeszcze tego samego wieczoru mieli po bokach ściany gór. Weszli w przełęcz. Rano byli już po drugiej stronie. Jednak do tej pory nie spotkali ani jednej ludzkiej istoty, co niepokoiło Mari. W najgorszym wypadku urządzili zasadzkę. Albo też nie spodziewali się nikogo i po prostu te tereny niebyły strzeżone.
Pas zielonej trawy nagle się urywał. Przed sobą mieli bagna. Ogromne bagna. Południowe Bagna Soloby.
-Wchodzimy tam? - spytała Ami.
-Myślę że nie ma potrzeby. Jesteśmy na granicy. Niech sobie robią tu co chcą. Chciałabym wiedzieć czy nie zaczaili się na nas w wyższych partiach gór. - Mari spojrzała w górę na szczyty. - Teraz pojedziemy na wschód, wzdłuż pasma. Wrócimy na około i przy okazji sprawdzimy większy teren.
-A na wschód od nas są ciągle te równiny? - spytał Hiamu.
-Nie. Na wschód od nas jest labirynt korytarzy, jaskiń i grot, które dawno temu wyżłobiły rzeki o wyjątkowo silnych nurtach. Ściany tego labiryntu mają, jeśli się nie mylę, jakieś 100 metrów wysokości. Na południe od niego natomiast płynie rzeka Sama, a na jej południowym brzegu, na wschód od Północnego Lasu, są Łąki.
-A dalej?
-A dalej sam się przekonasz.
Drużyna wyszła z przełęczy i ruszyła na wschód mając góry i krainę Soloby po lewej stronie. Jeszcze kawałek mieli iść przez Wielkie Równiny zanim dotrą do Labiryntu Kresowego.

-Jakim cudem od początku podróży nie spotkaliśmy ani jednego człowieka? - zastanawiała się Ami.
-Widocznie nikt nie chce mieszkać na takim odludziu. - podsunął myśl Hiamu. - A zmieniając temat, jak zamierzacie po tym przejść?
Grupa stała właśnie przy Labiryncie Kresowym. Pod nimi rozciągał się gąszcz przejść, a pofalowane wysokie ściany, z góry nie wydawały się zbyt bezpieczne.
-Chyba nie będziemy schodzić na dół? - dodał po chwili.
-Nie, jeśli tam zejdziemy, możemy już nigdy nie wyjść. Trzeba przejść górą.
-Szkoda, chciałabym pozwiedzać te jaskinie. Ale, Mari, jeśli uważasz że lepiej przejść górą, to lepiej uważaj na Hiamu. Znając go, będzie pierwszym który tam zleci.
Stanęło na tym że Mari poszła pierwsza, za nią Hiamu, potem Ami i reszta grupy. To był rzeczywiście labirynt. Często okazywało się że dochodzili do ślepego zaułka i cała grupa musiała się wycofywać. Czasem półki skalne były bardzo wąskie, czasem trochę szersze. Czasem musieli też przeskakiwać nad przepaścią. Na szczęście nikt nie spadł ale dojście do rzeki zajęło im cały dzień. Widocznie tu Góry Graniczne kierowały się na południowy-wschód. Nagle labirynt się urywał a od rzeki płynącej w wąwozie dzielił ich tylko metrowy pas ziemi. Na szczęście tutaj most był. Problem był tylko z końmi bo po tym labiryncie nie dałyby rady przejść, więc Mari kazała kilku ludziom przeprowadzić je na około. Droga ich była dłuższa i jeszcze nie dołączyli do reszty. Trzeba było na nich poczekać z przejściem przez most.
Ale gdy dołączyli następnego ranka, pojawił się kolejny problem. Grupa zatrzymała się na postój i po upływie doby od dołączenia koni, mieli zamiar ruszyć dalej.
I dopiero gdy miał wejść na wiszący nad kilkudziesięciometrową przepaścią most, Hiamu się zawahał. Złapał się sznurów imitujących barierki i stał w miejscu.
-Co jest, no idź. - ponagliła Ami a Mari, która szła przed Hiamu, odwróciła się.
-Nie mogłeś powiedzieć wcześniej że masz lęk wysokości?
Hiamu nie odpowiedział.
-A nad Labiryntem Kresowym przeszedłeś bez problemów. - zauważyła Ami.
-Tam nie było wody na dole.
-Nie patrz w dół i nie myśl. - poradziła Ami.
Gdy jakimś cudem Hiamu udało się przejść na drugi brzeg, a tym samym i całej reszcie, znaleźli się na Łąkach. Tutaj trawa również była wysoka, jednak nie tak bardzo jak na Wielkich Równinach. Teren był pagórkowaty, od czasu do czasu poprzecinany ciekami wodnymi, a oprócz trawy rosły tu też polne kwiaty. Po drzewach jednak nadal ani śladu.
Dalej pojechali już konno.
Po kilku godzinach jeden z żołnierzy zrównał się z Mari.
-Pani, spójrz tam na prawo od nas, między tymi dwoma pagórkami. - powiedział cicho.
Mari spojrzała we skazanym kierunku. Zdjęła łuk z pleców. Ami także podjechała bliżej przyjaciółki.
-Co się stało? - spytała.
-Mamy towarzystwo. - Mari wskazała dolinkę na prawo od nich.
-Solobańczycy?
-Nie widzisz ich sztandaru? Na szczęście to mały oddział. Może kilkunastu ludzi, ale kto wie czy dalej nie kryją się pozostali. Udawajcie że ich nie widzicie. Przejedziemy obok i zobaczymy co zrobią.
Gdy jednak grupa znalazła się przed ukrytymi w trawie, ci zaczęli ostrzał z łuków. Odział Mari odpowiedział tym samym. Na szczęście Solobańczycy nie byli dobrymi łucznikami i ich strzały były niecelne. W przeciwieństwie do Abolończyków. Gdy dowódca atakujących zorientował się że przegrywa, wyszedł przed szereg i zarządził koniec ataku. Mari zrobiła to samo.
-Jest nas więcej. Dobrze wam radzę poddajcie się. - powiedział.
-Co ty znowu robisz na ziemiach mojego brata, Lordzie Xariel? - spytała Mari.
-To znowu ty?
-Wracaj do ojczyzny a unikniesz kłopotów. Czy mamy wystrzelać cały twój oddział?
-Jesteś zbyt pewna siebie. To źle. Ingailor też taki był i drogo za to zapłacił.
-O czym ty mówisz ? - wtrąciła się Ami.
-A zapomniałem. Przecież wy jeszcze nic nie wiecie. - powiedział teatralnym głosem. Po chwili spoważniał i dodał: - Osobiście go zabiłem.
Na początku nikt mu nie uwierzył więc Lord Xariel kontynuował:
-Wjeżdżam do jednej ze wsi Abolosu a ten wychodzi mi na spotkanie. Od słowa do słowa i przegrał pojedynek ze mną. A teraz ciebie, moja droga, czeka ten sam los.
-A co robiłeś w tej wsi? - spytała Mari.
-A czy to ważne? I tak zaraz zginiesz. - Lord Xariel wyciągnął miecz.
Mari zsiadła z konia.
-Jeśli wygram, odejdziecie stąd.
-Może i tak być. Ale nie wygrasz. Nie ze mną.
-Mam nadzieję że wiesz co robisz. - szepnęła Ami, a głośniej dodała: - Pamiętasz jak trafiłeś do naszych lochów pięć lat temu?
Dowódca Solobańczyków zignorował pytanie dziewczyny. Obserwował księżniczkę która jakoś nie spieszyła się z wyciągnięciem broni.
-Na co czekasz? - spytał podchodząc bliżej. - Skoro chcesz ze mną walczyć to przynajmniej okaż trochę honoru. - Zamachnął się mieczem, ale broń ze zgrzytem została zatrzymana.
Mari odparowała cios. Nim przeciwnik zdał sobie sprawę co się dzieje, opuściła miecz i płazem uderzyła go pod kolanami. Ten zachwiał się ale nie upadł. Błyskawicznie się odwrócił przodem do Mari, akurat by zablokować jej uderzenie. Miecze się skrzyżowały, żadne nie chciało odpuścić. Ale po chwili Solobańczyk zrobił parę kroków do tyłu a miecz księżniczki zsunął się do rękojeści jego miecza. Mari popchnęła w lewo jego prawą rękę, wytrącając przeciwnikowi miecz.
-Podnieś. - powiedziała.
Lord schylił się po broń, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Poniósł ją i natychmiast ciął poziomo na wysokości pasa. Mari jednak była szybsza - uchyliła się i wykonała mieczem ruch tak błyskawiczny że nikt go nie zarejestrował, po czym odsunęła się kilka kroków od przeciwnika.
Ten stał przez chwilę jakby w szoku a potem osunął się na kolana i upadł. Z jego skroni pociekła stróżka krwi.
Na widok przegranej swojego dowódcy, Solobańczycy rzucili się do ataku ale łuki ich przeciwników skutecznie zatrzymały ich w pół kroku.
-Co to miało być? - zwróciła się do nich Mari. - Umowa była jasna: jeśli wygram odejdziecie stąd. Opatrzcie go - wskazała na pokonanego - i nie chcę was tu więcej widzieć.
Gdy Solobańczycy odjeżdżali  w swoją stronę, słychać było jeszcze krzyki ich dowódcy poprzysięgającego zemstę.
Dalsza droga przez Łąki była już spokojna. Także później w Dolinie Północy obyło się bez tego typu niespodzianek. Wreszcie po wyjechaniu z Doliny ujrzeli w oddali zamek a po lewej stronie mieli wieś Amberę. Wracali do domu. Nie było ich jakieś 2 tygodnie i Mari się bała co Lady Elyssa nawyprawiała pod jej nieobecność. Hiamu natomiast zastanawiał się co powiedzieć ciotce. Jak jej wytłumaczyć że nie udało mu się podczas tej wyprawy znaleźć słabej strony księżniczki, i to w ten sposób żeby jej nie zdenerwować.

Gdy tylko Mari przekroczyła próg zamku, zawołał ją brat:
-Możemy pogadać?
Gdy siostra podeszła do niego, kontynuował:
-Dwie sprawy. Po pierwsze, spotkałaś może po drodze generała Ingailora?
-Nie. I posłuchaj...
-Daj mi skończyć. Odradzałem mu ale uparł się jechać do wsi.
-Po co?
-Nie powiedział. Ale dawno powinien już wrócić.
-Nie wiem ile w tym prawdy. Spotkałam na Łąkach Lorda Xariela z jego oddziałem.
-Co on tam robił?
-Też chciałabym wiedzieć. Mówił że osobiście go zabił.
-Co?!
-Cytuję: "Wjeżdżam do jednej ze wsi Abolosu a ten wychodzi mi na spotkanie. Od słowa do słowa i przegrał pojedynek ze mną."
-Myślisz że wiedział że on tam będzie?
-Niewykluczone. A ta druga sprawa?
-No właśnie... nie wiem czy ci o tym mówić, teraz gdy i generał nie żyje.
-"I"?
Kryspin wstrzymał na chwilę oddech.
-Mama... kilka dni temu... zmarła.
-Ale przecież nic jej nie dolegało. Nie była chora.
-No właśnie wiem. Wieczorem źle się poczuła a następnego dnia... już się nie obudziła.

Legenda Rozdział piąty: Wyprawa cz.1

Następnego dnia, już z samego rana wszystko było gotowe do drogi. Jechał mały oddział łuczników, mających także przy sobie krótkie sztylety. Na jego czele księżniczka z Ami i Hiamu u boku. Łącznie dziesięć koni.
Oddział skierował się na dróżkę prowadzącą w stronę Północnego Lasu.
-Przygotujcie się że droga jest daleka i nie do końca wiemy co nas może tam spotkać... szczególnie bliżej granicy. - ostrzegła Mari.
-Nie wyjdziemy poza granice Abolosu. - zauważyła Ami. - Więc raczej wiemy co nas może spotkać.
-Nikt do końca nie wie. - zaprzeczyła księżniczka. - A poza tym Wielkie Równiny, szczególnie u podnóża gór, są zdradliwe i niebezpieczne.
-A będziemy przechodzić przez góry? - wtrącił się Hiamu.
-Zobaczymy jak to wyjdzie.
Do lasu było całkiem blisko i już po godzinie jazdy grupa stanęła na jego skraju. Las był gęsty ale były wytyczone w nim szlaki i ścieżki, których, jeśli się trzymało, nie dało się zabłądzić. Znali je jednak nieliczni. Z całej grupy tylko księżniczka wiedziała jak się tu nie zgubić.
Nakazała wszystkim trzymać się razem i nie oddalać się i oddział wjechał do lasu. Ze względu na gęste korony drzew docierało tu mało światła. Panował tu półmrok utrudniający orientację w terenie.
Jechali na początku w ciszy. Nikt nie rozmawiał. Wszyscy byli raczej zajęci rozglądaniem się w około. A nuż natkną się na Solobańczyka?
W pewnej chwili zatrzymali się na rozwidleniu dróg.
-Gdzie teraz? - spytał Hiamu.
-Tam. - Mari wskazała ścieżkę biegnącą w lewo.
-A czemu nie pojedziemy tą drugą?
-Jeśli chcesz spaść z urwiska to możesz tamtą pojechać. - odparła i pojechała do przodu a reszta za nią oraz Hiamu z obrażoną miną.
Droga przez las nie była wcale taka długa jak się niektórym wydawało. Tego samego dnia wieczorem stanęli nad rzeką Samą. Tylko że...
-Jak przeprowadzimy konie na drugi brzeg? - spytała Ami spoglądając w dół ze stromego i wysokiego urwiska na rzekę płynącą z dość silnym prądem. Nie wyglądała na płytką.
-No i co? - zaczął Hiamu. - Tu też jest urwisko.
Mari zignorowała tę uwagę. Zsiadła z konia i podeszła bliżej do brzegu.
-Tu powinien być most. - powiedziała do siebie.
-A gdzie jest? - spytała Ami.
-Ktoś go zniszczył. - Mari przyjrzała się pobliskim krzakom. - I to całkiem niedawno.
Rzeczywiście, w krzakach stały jeszcze złamane słupy do których zwykle przyczepiano wiszące mosty.
-Co robimy? - spytała Ami.
-Proponuję wracać. - zaproponował Hiamu.
-Przenocujemy tu. - zarządziła Mari. - Może coś wymyślimy.
-Wymyślimy że lepiej wrócić. - mruknął pod nosem Hiamu.

Ale następnego dnia nadal nikt nie miał pomysłu jak się przeprawić na drugi brzeg. Do tego doszedł kolejny problem: jak przeprowadzić konie? W dodatku Mari wiedziała że w tej okolicy nie ma brodu ani tym bardziej łagodnego zejścia. A nie chciała zawracać.
-Może dałoby się spuścić na linie? - zastanawiał się jeden z żołnierzy.
-Nie ma gdzie jej przyczepić. - zauważył drugi. - Drzewa rosną zbyt daleko. Te bliższe mogą się złamać. A poza tym konie.
-No tak.
-A może jednak znalazłby się łagodny stok? - Ami podeszła do kępy krzaków rosnących tuż przy krawędzi.
-Ami, uważaj. - ostrzegła przyjaciółkę Mari.
Dziewczyna tylko się uśmiechnęła i rozgarnęła rośliny odsłaniając ścieżkę biegnącą w dół urwiska. Krzaki szczelnie ją osłaniały przed wzrokiem wędrowców.
-Ukryte zejście? - zdziwił się Hiamu.
-Na to wygląda. - uśmiechnęła się Mari. - Konie też dadzą radę tędy zejść.
-Skąd wiedziałaś? - spytał Ami Hiamu.
-Był tam mały prześwit. Obejrzałam dokładnie te krzaki i...
-Na dole jest kilkumetrowa głębia. - Hiamu zwrócił się do Mari.
-Nie przesadzaj. - ofuknął go jeden z żołnierzy. - Widać dno nawet stąd.
-Ej, jestem bratankiem królowej!
-I pod moją komendą. - Mari przerwała kłótnię zanim ta na dobre się zaczęła.
-Dno widać bo pewnie woda jest czysta. Równie dobrze może tam być z 10 metrów. - powiedział Hiamu ale już do siebie.
Gdy zeszli na dół okazało się że Hiamu się przeliczył. Woda niebyła aż tak głęboka - sięgała raptem do pasa. Na drugim brzegu także była ścieżka którą dało się wejść na urwisko.
Na górze przywitała ich idealnie gładka równina porośnięta trawą sięgającą do pasa. Aż po horyzont rozciągnięta, nie rosło na niej ani jedno drzewo, nie było też widać odległego pasma gór. I jak się wkrótce miało okazać teren był tu zdradliwy.
-Żadnych punktów orientacyjnych. Wszystko widać jak na dłoni. Można w ogóle znaleźć drogę w takim terenie? - zastanawiała się Ami.
-Solobańczyków raczej tu nie będzie. - powiedział Hiamu robiąc kilka kroków do przodu. - Nie na takim terenie.
-Uważaj lepiej. - ostrzegła księżniczka. - Nigdy nie wiadomo co się kryje w tak wysokiej trawie.
Hiamu, udając że nie słyszy ostrzeżenia zrobił jeszcze parę kroków, mówiąc: - Nie mają gdzie się tu schować... Aaaa!!
I zniknął w trawie. Gdy reszta grupy podeszła tam gdzie przed chwilą stał Hiamu, zobaczyli go siedzącego w jakimś dole, na tyle głębokim że nie mógł sam stamtąd wyjść.
-Chyba jednak mają gdzie się schować. - sprostowała Ami, szczerząc w uśmiechu zęby na widok naburmuszonej miny towarzysza podróży.
-Mówiłam żebyś uważał? Może tu być więcej takich dołów. - powiedziała Mari, wyciągając do Hiamu rękę by pomóc mu wyjść.
Ten jednak odtrącił jej pomoc mówiąc:
-Poradzę sobie.
Mari cofnęła więc rękę i grupa w milczeniu patrzyła, mniej lub bardziej dokładnie tłumiąc uśmiech, na skazane na porażkę wysiłki Hiamu. Dół miał mniej więcej głębokość równą wzrostowi dorosłego człowieka. Do tego brzegi były strome, niemal pionowe, bez jakichkolwiek wystających korzeni których można by się chwycić.
-Jak właściwie powstają takie doły? - zainteresowała się Ami.
-Pojęcia nie mam. Wiem tylko że mogą mieć różną głębokość. Od kilkunastu centymetrów do kilku metrów.
-Może jednak ci pomóc? - spytał w pewnej chwili jeden z żołnierzy.
-Nie!
-Nie możemy w nieskończoność czekać aż on stąd wylezie. - żołnierz, którego pomoc Hiamu przed chwilą odrzucił, zwrócił się do swojej dowódczyni.
-Nie możemy też go tu zostawić. - odparła Mari.
-Jak dla mnie, bardzo chętnie. Niech ma nauczkę za swoje zachowanie. - wtrąciła się Ami.
-Nie zostawiajcie mnie! - przeraził się Hiamu.
-To pomóc ci?
-Nie!
-Słuchaj, albo przyjmiesz pomoc albo wyciągniemy cię stąd siłą. - zagroziła Mari.
-Sam sobie poradzę. Powiedziałem już.
-Tracimy tylko przez ciebie czas. - powiedziała Ami. - W tej chwili daj mi rękę, to cię wyciągnę!
Na to Hiamu usiadł na dnie dołu, tyłem do wszystkich i skrzyżował ręce na piersi.
Mari w odpowiedzi dotknęła mieczem jego karku.
-Daj sobie pomóc. - Powiedziała ostro.
-Już mówiłem że...
-To jest rozkaz.
Hiamu powoli wstał i obrażoną miną dał się wyciągnąć z dołu. Do wieczora do nikogo się nie odzywał. Grupa, z racji zdradliwego podłoża musiała iść obok koni i uważnie badać grunt. W wysokiej trawie trudno było dostrzec doły, utrudniała także poruszanie się. Tylko Hiamu jeszcze nie raz wpadł do podobnego dołu. Na szczęście nie były one już tak głębokie jak pierwszy. Po nie wiadomo którym z kolei "zanurzeniu się" Hiamu w trawie, zaproponowano mu przejście na koniec grupy, na co ten się nie zgodził i dalej szedł przodem, co jakiś czas wpadając w doły.
Na noc zatrzymali się w jednym z takich właśnie dołów. Był on niezbyt głęboki i rozległy, tak że grupa z łatwością się tam pomieściła.
-To mają być równiny? - spytała Ami już na postoju.
-Może jak nadawano nazwę, nie było tu tych dołów. Może powstały później a nazwa została. - odparł jeden z żołnierzy.