Kilka dni później Mari i Ami czekały na placu szkoleniowym na tyłach zamku, na Hiamu.
-On w ogóle przyjdzie? Powinien być godzinę temu. - zastanawiała się Ami.
-Jeśli nie przyjdzie, jeśli mam być szczera, to nawet lepiej. Ale niestety musimy iść i sprawdzić co go zatrzymało.
Zapukały do pokoju Hiamu. Cisza. Otworzyły więc drzwi i weszły do środka.
-No nie. - Mari podeszła do śpiącego nadal chłopaka i ściągnęła z niego kołdrę jednym szarpnięciem. - Żeby mi się to nie powtórzyło! - powiedziała ostro. - Nie toleruję spóźnialstwa.
Hiamu spojrzał na zegar stojący pod ścianą.
-Dopiero dziesiąta rano. - jęknął.
-Zdajesz sobie sprawę że masz godzinę spóźnienia?
-Na co?
"Ludzie, trzymajcie mnie bo zwariuję." - pomyślała Mari, a do Hiamu powiedziała:
-Po pierwsze, wstań, kiedy ze mną rozmawiasz.
Gdy Hiamu zwlókł się z łóżka, dodała:
-Za 10 minut chcę cię widzieć za drzwiami.
Po czym razem z Ami wyszła na korytarz. Minęło jednak znacznie więcej niż 10 minut a Hiamu nadal nie wychodził.
-Nie wierzę. Co on tam jeszcze robi?! - wściekała się Mari.
-Chyba... - zaczęła Ami, ale nie skończyła bo Hiamu nareszcie wyszedł.
-Najwyższy czas. - rzuciła Mari. - Chodź, zobaczymy co umiesz.
-A śniadanie?
-Przespałeś. - odparła Ami, na co księżniczka ukradkiem się uśmiechnęła.
-Najpierw sprawdzimy jak sobie radzisz z łukiem. - Mari podała Hiamu łuk i strzały, gdy wrócili na teren za zamkiem. Ten wziął jedno i drugie i...
-No, strzel do tej tarczy. - powiedziała Ami, wskazując tarczę strzelniczą oddaloną o jakieś 30 metrów.
Hiamu przyłożył strzałę do łuku ale jakoś tak inaczej, grotem do siebie.
-Jak się tego używa? - spytał.
Ami spojrzała rozbawiona na przyjaciółkę a ta skryła twarz w dłoniach.
-Strzałę przede wszystkim skieruj w drugą stronę. - poradziła.
-O tak? - tym razem Hiamu ułożył ją prawidłowo.
-Tak. - Mari zaczęła go ustawiać. - Jeśli strzałę i cięciwę trzymasz prawą ręką, to lewą nogę wysuń do przodu. Ręka bliżej twarzy, druga ma być sztywna i ustaw się bardziej bokiem do celu.
Hiamu wypuścił strzałę, ale ta nawet się nie wbiła w tarczę.
-Może podejdźmy bliżej. - zaproponowała Ami.
Ale mniejsza odległość nie robiła większej różnicy. Strzała i tym razem tylko lekko dotknęła tarczy i spadła na ziemię.
-Mocniej naciągaj cięciwę. - pouczyła Mari. - Spróbuj jeszcze raz.
Bez zmiany. Po trzecim nieudanym strzale, Hiamu odłożył łuk i skierował się stronę zamku.
-A ty dokąd?
-Mam dosyć na dzisiaj! - odparł Hiamu.
-Nie zatrzymujesz go? - zdziwiła się Ami.
-Wiesz, też mam dosyć uczenia go. Pierwszy raz spotykam kogoś kto aż tak kiepsko strzela.
-A czy nie mówisz tak, tylko ze względu że to bratanek Lady Elyssy?
-Możliwe... I na przyszłość, nie wspominaj o niej przy mnie.
-Witaj ciociu. - Hiamu wszedł do komnaty Lady Elyssy.
-I jak Hiamu, po pierwszej lekcji z panią generał?
-A powiedz mi, czemu wy się nie lubicie?
Królowa strojąca się dotychczas przed lustrem, odwróciła się do swego bratanka.
-Na pewno chcesz wiedzieć? - spytała.
-Tak. Dlaczego zawsze gdy o niej wspominasz, robisz to z taką nienawiścią?
-Winny jest w szczególności jej charakter. Jest arogancka, dumna i nie liczy się z innymi. A poza tym raz się spotkałyśmy jako dzieci. Dopiero pokazała na co ją stać. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie: Jak było na dzisiejszej lekcji?
-No więc, nie omieszkała mi wypomnieć że walka to moja słaba strona... chociaż nie powiedziała tego dosłownie. Mogłabyś jej powiedzieć żeby traktowała mnie łagodniej?
-Zobaczę co da się zrobić. - obiecała, a gdy Hiamu wyszedł z komnaty, uśmiechnęła się złośliwie.
Księżniczkę odnalazła w jej komnacie. Gwałtownie otworzyła drzwi i od progu zawołała:
-Możesz mi coś wytłumaczyć?!
-Nie nauczyli cię pukać?! - Mari nie była zadowolona z jej wizyty.
-Po pierwsze: jak się zwracasz do swojej królowej? Chyba należy mi się trochę szacunku.
-Proszę o wybaczenie, jaśnie pani. - skłoniła się Mari, powstrzymując się od chęci wyproszenia jej stąd.
Ale Lady Elyssa wyczuła w jej głosie sarkazm.
-Lepiej dla ciebie żebyś się wreszcie nauczyła jak się zwracać do królowej. Ale nie po to tu przyszłam. Hiamu opowiedział mi o dzisiejszym treningu. Żądam żebyś lepiej go traktowała. Jesteś dla niego za ostra.
-Co takiego?! - nie wytrzymała Mari. - Przecież on w ogóle nie umie posługiwać się łukiem! O innej broni nawet nie wspomnę.
-Jak śmiesz...! - królowej ze złości zabrakło słów.
Mari skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała wyniośle na swą rozmówczynię.
-Jeśli obwiniasz mnie o to że twój bratanek nie umie walczyć, to nie mamy o czym rozmawiać. Wracaj już lepiej się stroić.
-Ja się nie stroję. - królowa położyła dłoń na klamce od drzwi. Doskonale wiedziała że jest to aluzja do tego że nic całymi dniami nie robi, tylko siedzi przed lustrem i przymierza suknie. - Jeszcze zobaczymy. - szepnęła do siebie i wyszła.
Nie minęło pół godziny jak Mari została wezwana do brata. Gdy weszła do sali tronowej, Lady Elyssa siedziała na tronie, posyłając jej ukradkiem złośliwe uśmieszki. Kryspin opierał się o jedną z kolumn. Na widok siostry powiedział:
-Nie poznaję cię, Mari. Wiesz co mi Elyssa o tobie powiedziała?
-Domyślam się. Czy ona nie mogłaby wyjść? - wskazała ruchem głowy królową.
Król i królowa wymienili spojrzenia.
-Znowu to samo. - Lady Elyssa przyłożyła teatralnym gestem wierzch dłoni do czoła i lekko odchyliła się do tyłu.
Mari skrzywiła się widząc gest królowej.
-Możemy porozmawiać w cztery oczy, Kryspin? Bez niej.
-Nie, wolałbym przy niej. Powinnaś ją chyba przeprosić tak mi się wydaje.
-Raczej błagać o wybaczenie. - wtrąciła się królowa.
-A można wiedzieć za co niby?
-Dobrze wiesz.
-Słuchaj, nie wiem jakich głupot ci naopowiadała, ale nie mam zamiaru jej przeprosić. To raczej ona powinna mnie.
-Elysso, powiedz jej, proszę.
-A więc słuchaj, pamiętasz chyba naszą dzisiejszą rozmowę i lekcję mojego bratanka?
-Kryspin, czy nie widzisz że ona robi awanturę o byle co?!
-To nie jest byle co. - zaprzeczyła królowa. - Prawda kochanie?
-Mari, chciałbym usłyszeć twoją wersję.
-Pokazałam tylko Hiamu, jak się prawidłowo używa łuku. A królowa do mnie z awanturą że niby jestem dla niego za ostra.
-Dobra, będziecie się musiały dogadać. Elysso, Mari postara się traktować ulgowo twojego bratanka.
Mari wyglądała na obrażoną. Zamierzała wyjść z sali tronowej, ale Kryspin dogonił ją przy drzwiach.
-Zaczekaj. - powiedział. - Nie dopuszczaj do takich sytuacji, jeśli nie chcesz mieć kłopotów. Lepiej przemilcz to, jeśli Elyssa powie coś co ci się nie spodoba.
-Dzięki za radę. Sama sobie poradzę.
-Nie mów że jesteś zazdrosna.
-Nie jestem zazdrosna. Nadal uważam że źle wybrałeś sobie żonę.
I zanim Kryspin zdążył coś odpowiedzieć, wyszła na korytarz i poszła prosto do komnaty swojej matki. Nie było tam jednak byłej królowej.
Kiedy Kihidia wróciła do swojej komnaty zastała córkę stojącą przy oknie. Płakała.
-Co się stało, Mari? - spytała podchodząc i przytulając dziewczynę.
-Nic. - odparła tamta. - Tylko dlaczego Kryspin musiał się ożenić akurat z nią?
-Bo akurat ją pokochał. Ale ze względu na jej status społeczny, nie mamy wpływu na jej zachowanie.
-Że ona jest wredna, to mało powiedziane.
-Po prostu unikaj jej kiedy tylko możesz. Ja i jej matka też się nie znosiłyśmy.
-Ale mieszkałyście przecież daleko od siebie. Nie widziałyście się na co dzień.
-Nie wiem co powiedzieć kochanie, po prostu musisz się znieczulić na jej uwagi. Innego wyjścia nie widzę... Proszę. - dodała słysząc pukanie do drzwi.
Wszedł generał Ingailor.
-Powiedziano mi że tu cię znajdę. Mari, lepiej chodź ze mną.
-Co się stało? - Mari ukradkiem otarła łzy z policzków.
-Lepiej idź. - ponagliła córkę Kihidia. - To coś ważnego, generale?
-Jeśli nie chcemy żeby królowa się dowiedziała...
Generał zaprowadził Mari na zamkowy dziedziniec.
-Sprawa dotyczy po części Hiamu, więc królowa tak czy inaczej się dowie. - ostrzegł.
Na dziedzińcu Hiamu i jeden z żołnierz stali otoczeni przez grupkę innych żołnierzy, którzy na widok dowódczyni rozstąpili się na boki, robiąc przejście.
-Co tu się dzieje? - spytała Mari.
-Ci dwaj się kłócą. - wyjaśnił ktoś z grupki, wskazując Hiamu i stojącego obok niego żołnierza. - Próbowaliśmy ich rozdzielić zanim dojdzie do rękoczynów.
-O co poszło? - księżniczka zwróciła się do wskazanej dwójki.
-No bo on... - zaczął Hiamu.
-Wcale nie, to ty zacząłeś!
-Właśnie że ty!
-Nie, ty!
-Spokój! - przerwała im Mari. - Przestańcie się przekrzykiwać. Rins, co się stało?
-Obrażał moją rodzinę, więc kazałem mu odwołać to co powiedział. Wtedy on mnie popchnął i kazał się przepraszać.
-Ty też mnie popchnąłeś. - wtrącił się Hiamu.
-Nic podobnego. Odsunąłem cię tylko, a że nie ruszyłeś nogami, to upadłeś.
-A ty... - zaczął Hiamu.
-Nie chcę słyszeć nic więcej. - przerwała mu Mari. - Podajcie sobie ręce. Jeden ma przeprosić za obrażanie rodziny a drugi za spowodowanie upadku. - widząc że im się nie śpieszy, dodała - w tej chwili.
Rins i Hiamu niechętnie spełnili polecenie, po czym Hiamu bez słowa wrócił do zamku.
-Idzie poskarżyć się ciotce. - Ingailor podszedł do księżniczki.
-Też uważasz że ona się nie nadaje na królową?
-Uważa tak każdy kto widzi jej zachowanie. Niestety nie możemy nic na to poradzić.
Parę minut później królowa otworzyła okno swej komnaty.
-Mari, mogę cię tu prosić na słówko? - spytała przymilnym głosem.
Księżniczka przewróciła oczami i wróciła do zamku.
W komnacie królowej zastała właścicielkę tegoż pomieszczenia i Hiamu.
-Trzeci raz tego samego dnia. Nie dotarło jak mówiłam żebyś była milsza dla Hiamu?!
-Posprzeczał się z jednym z żołnierzy. Musiałam przecież...
-Nie obchodzi mnie co musiałaś. Jesteś siostrą króla, księżniczką i w dodatku generałem. Poza tym Hiamu jest pod twoją opieką. A ty zachowujesz się jak dziecko.
-Królowo, jeśli można, chciałabym zauważyć że...
-Nie można. Jeśli jeszcze raz Hiamu poskarży mi się na ciebie, to...
-Przepraszam, mam coś do zrobienia. - Mari skierowała się w stronę drzwi.
-Zaczekaj. Słyszałam że jutro jedziecie na zwiady przy granicach.
-Tak. Przy północnej.
-Weź go też ze sobą.
Mari spojrzała na królową.
-A czy zdoła się obronić w razie czego?
-Ty go obronisz.
-Mogę być zbyt daleko.
-I na to będzie rada. Hiamu, trzymaj się blisko niej, dobrze?
-Tak ciociu.
Gdy Mari wyszła, królowa powiedziała:
-Uważnie ją obserwuj. Postaraj się znaleźć jej słabą stronę. Jeśli się jej pozbędziemy, łatwiej będzie przejąć Abolos na własność.
-Mari, mogę jechać z wami? - prosiła Ami.
-To niebezpieczna wyprawa. Niedoświadczeni mogą sobie tam nie poradzić. Już i tak będę mieć na głowie Hiamu.
-Przynajmniej walczę lepiej od niego i umiem się obronić. Oj, proszę cię. Zrób mi tę przyjemność. Nie każ mi zostawać sam na sam z królową.
-Przecież nie zostajecie tylko we dwie.
-Ale ciebie nie będzie. Będę grzeczna, obiecuję.
-No dobrze. Ale pamiętaj, masz na siebie uważać.
-Tak jest. - Ami stanęła na baczność, a widząc uśmiech przyjaciółki, spytała - A dokładnie dokąd jedziemy?
Mari rozłożyła mapę.
-Pojedziemy w stronę północnej granicy. Zbadamy czy niema w tych okolicach Solobańczyków.
-A czy to nie jest zadanie szpiegów? - zauważyła Ami.
-Tak, ale od czasu do czasu też musimy się tam wybrać osobiście. Planuję przejechać przez Północny Las, potem na drugi brzeg tej rzeki.
-Samy, tak?
-Zgadza się, potem na Wielkie Równiny. Czy przekroczymy Góry Graniczne, zobaczę na miejscu.
29 czerwca 2017
Legenda Rozdział czwarty: O codzienności słów kilka cz.1
Mari siedziała w swojej komnacie i przeglądała raporty i inne tym podobne papiery, gdy drzwi nagle się otworzyły a przeciąg zrzucił część papierów na posadzkę.
-Mari! Nie uwierzysz! - zawołała Ami od progu.
-W co nie uwierzę? - spytała księżniczka zbierając papiery z ziemi.
Ami podała jej kilka arkuszy które poleciały dalej.
-Twój brat jest królem dopiero od miesiąca, a już władcy sąsiednich państw przysyłają obrazy swoich córek jako kandydatek na żonę.
-To chyba dobrze, nie? Będzie zachowana ciągłość dynastii.
-Mazurkievich... Mazurkieów... Jak to się odmienia?
-Mazurkievichów.
-Aha. Co tam masz?
-Raporty szpiegów. Jak na razie Malonimus siedzi u siebie.
-Ale wiesz że jedną z kandydatek na żonę jest córka króla Mandurii?
-Manduria? Oni nigdy niczego od nas nie chcieli. I to są ich słowa. A z tego co wiem o córce króla Mandurii, jest ładna ale próżna i niezbyt lubiana.
-Jej obraz chyba najbardziej spodobał się królowi.
-Spotkałam ją tylko raz w życiu i nie powtórzę tego co powiedziała na mój temat. Jeśli Kryspin ją wybierze, to...
-Ej, gdzie idziesz? - zawołała Ami, widząc że przyjaciółka otwiera drzwi.
-Pogadać z moim bratem.
Gdy Kryspin przechodził zamkowym korytarzem, nagle zatrzymała go siostra.
-To prawda? - spytała.
-O czym ty mówisz?
-Nie radzę ci się żenić z Lady Elyssą.
-Słuchaj, wiem że jej nie lubisz, ale...
-Możemy mieć przez nią same kłopoty.
-Znam ją od trochę innej strony a na pewno dłużej niż ty.
-Zakochałeś się.
-Co? Wcale nie.
-Akurat. Czemu jej tak bronisz? Ładny wygląd to jej przykrywka. Każda ale nie akurat ona. Księżniczka Mandurii nie nadaje się na królową.
-Skąd możesz to wiedzieć? Jesteś zazdrosna i tyle. Nie mam czasu się z tobą spierać.
Kryspin chciał wyminąć siostrę ale ta zagrodziła mu drogę.
-Co jeszcze? - spytał znudzonym głosem
-Nie będę cię zmuszać do zmiany decyzji ale ostatni raz cię ostrzegam: jeśli się z nią ożenisz, ściągniesz kłopoty na ten kraj.
-Zmienisz zdanie jak ją poznasz. - król poszedł w swoją stronę nie oglądając się na siostrę.
"Nie sądzę." - pomyślała Mari.
Nagle Kryspin jeszcze raz się odwrócił.
-Już wszystko zaplanowane, - zawołał za siostrą - Lady Elyssa przyjeżdża tu za tydzień.
-Nie mów potem że cię nie ostrzegałam. - odparła Mari.
Tydzień później cały zamek był przygotowany na przyjazd swej przyszłej królowej. Wszyscy się radowali i dokańczali ostatnie szczegóły jak na przykład dobieranie repertuaru weselnej muzyki czy sprzątanie przez wieśniaków swoich domów.
W dzień ślubu Lady Elyssa przyjechała wczesnym popołudniem wraz ze swoją świtą i służbą. W posagu wniosła kilka skrzyń złota i klejnotów, choć tego akurat w Abolos nie brakowało.
Gdy dworzanie z królem na czele wyszli żeby powitać przyjezdnych, Mari trzymała się na uboczu. Zerkając na księżniczkę wychodzącą z bogato zdobionego powozu, z trudem powstrzymywała wyraz obrzydzenia cisnący się jej na twarz.
-Miej ją na oku. - szepnęła do Ami. - Nie ufam jej.
Tym czasem król, wziąwszy pod rękę narzeczoną, skierował się do zamku, po drodze przedstawiając jej swoją siostrę.
-Najdroższa, poznaj mą siostrę Mari. Mari, to jest właśnie Lady Elyssa.
-My się już znamy. - odpowiedziała Mari posyłając księżniczce dumne spojrzenie.
-Prawda, - odparła tamta - poznaj mojego bratanka, Hiamu. Jest, no... Kryspin mówił że jesteś generałem... weź go pod swoją komendę, może wyjdzie na ludzi.
Mari popatrzyła na stojącą przed nią trójkę. Na pierwszy rzut oka było widać że Hiamu to kompletny żółtodziób który miecza na oczy nie widział. A w słowach Lady Elyssy, a szczególnie w "jesteś generałem", było tyle jadu że...nie miała ochoty szkolić nikogo z rodziny swej przyszłej królowej. Jednak ze względu na brata, odpowiedziała:
-Będzie to dla mnie zaszczyt, pani, szkolić twego bratanka. - sztywno się skłoniła.
-Pamiętaj, jeśli stanie mu się coś złego, pożałujesz. - syknęła jej do ucha przyszła królowa.
Jeszcze tego wieczoru odbył się uroczysty ślub, a po nim wesele mające trwać do rana. Ami, która na poważnie podjęła się zadania pilnowania królowej, obserwowała ukradkiem młodą parę. Jej zdaniem wyglądali na szczęśliwych. Nigdzie jednak nie mogła znaleźć przyjaciółki. Zobaczyła ją dopiero na balkonie.
-Nie bawisz się z innymi? - spytała podchodząc.
-Nie mam ochoty. - Mari patrzyła na horyzont.
-Nie obraź się ale dlaczego nie ufasz Lady Elyssie?
-Dlaczego? - Mari gwałtownie się do niej odwróciła. - Trochę ją znam. To, jak się teraz zachowuje to pozory. Pobędzie tu trochę, to zrozumiesz co mam na myśli.
-Może i tak. - zamyśliła się Ami. - Ale nie pozwolę ci spędzić tu całego wesela. - złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę drzwi balkonowych. - Idziemy.
Mari niechętnie poszła za nią. Przez resztę nocy ona i młoda królowa traktowały się jak powietrze.
-Mari! Nie uwierzysz! - zawołała Ami od progu.
-W co nie uwierzę? - spytała księżniczka zbierając papiery z ziemi.
Ami podała jej kilka arkuszy które poleciały dalej.
-Twój brat jest królem dopiero od miesiąca, a już władcy sąsiednich państw przysyłają obrazy swoich córek jako kandydatek na żonę.
-To chyba dobrze, nie? Będzie zachowana ciągłość dynastii.
-Mazurkievich... Mazurkieów... Jak to się odmienia?
-Mazurkievichów.
-Aha. Co tam masz?
-Raporty szpiegów. Jak na razie Malonimus siedzi u siebie.
-Ale wiesz że jedną z kandydatek na żonę jest córka króla Mandurii?
-Manduria? Oni nigdy niczego od nas nie chcieli. I to są ich słowa. A z tego co wiem o córce króla Mandurii, jest ładna ale próżna i niezbyt lubiana.
-Jej obraz chyba najbardziej spodobał się królowi.
-Spotkałam ją tylko raz w życiu i nie powtórzę tego co powiedziała na mój temat. Jeśli Kryspin ją wybierze, to...
-Ej, gdzie idziesz? - zawołała Ami, widząc że przyjaciółka otwiera drzwi.
-Pogadać z moim bratem.
Gdy Kryspin przechodził zamkowym korytarzem, nagle zatrzymała go siostra.
-To prawda? - spytała.
-O czym ty mówisz?
-Nie radzę ci się żenić z Lady Elyssą.
-Słuchaj, wiem że jej nie lubisz, ale...
-Możemy mieć przez nią same kłopoty.
-Znam ją od trochę innej strony a na pewno dłużej niż ty.
-Zakochałeś się.
-Co? Wcale nie.
-Akurat. Czemu jej tak bronisz? Ładny wygląd to jej przykrywka. Każda ale nie akurat ona. Księżniczka Mandurii nie nadaje się na królową.
-Skąd możesz to wiedzieć? Jesteś zazdrosna i tyle. Nie mam czasu się z tobą spierać.
Kryspin chciał wyminąć siostrę ale ta zagrodziła mu drogę.
-Co jeszcze? - spytał znudzonym głosem
-Nie będę cię zmuszać do zmiany decyzji ale ostatni raz cię ostrzegam: jeśli się z nią ożenisz, ściągniesz kłopoty na ten kraj.
-Zmienisz zdanie jak ją poznasz. - król poszedł w swoją stronę nie oglądając się na siostrę.
"Nie sądzę." - pomyślała Mari.
Nagle Kryspin jeszcze raz się odwrócił.
-Już wszystko zaplanowane, - zawołał za siostrą - Lady Elyssa przyjeżdża tu za tydzień.
-Nie mów potem że cię nie ostrzegałam. - odparła Mari.
Tydzień później cały zamek był przygotowany na przyjazd swej przyszłej królowej. Wszyscy się radowali i dokańczali ostatnie szczegóły jak na przykład dobieranie repertuaru weselnej muzyki czy sprzątanie przez wieśniaków swoich domów.
W dzień ślubu Lady Elyssa przyjechała wczesnym popołudniem wraz ze swoją świtą i służbą. W posagu wniosła kilka skrzyń złota i klejnotów, choć tego akurat w Abolos nie brakowało.
Gdy dworzanie z królem na czele wyszli żeby powitać przyjezdnych, Mari trzymała się na uboczu. Zerkając na księżniczkę wychodzącą z bogato zdobionego powozu, z trudem powstrzymywała wyraz obrzydzenia cisnący się jej na twarz.
-Miej ją na oku. - szepnęła do Ami. - Nie ufam jej.
Tym czasem król, wziąwszy pod rękę narzeczoną, skierował się do zamku, po drodze przedstawiając jej swoją siostrę.
-Najdroższa, poznaj mą siostrę Mari. Mari, to jest właśnie Lady Elyssa.
-My się już znamy. - odpowiedziała Mari posyłając księżniczce dumne spojrzenie.
-Prawda, - odparła tamta - poznaj mojego bratanka, Hiamu. Jest, no... Kryspin mówił że jesteś generałem... weź go pod swoją komendę, może wyjdzie na ludzi.
Mari popatrzyła na stojącą przed nią trójkę. Na pierwszy rzut oka było widać że Hiamu to kompletny żółtodziób który miecza na oczy nie widział. A w słowach Lady Elyssy, a szczególnie w "jesteś generałem", było tyle jadu że...nie miała ochoty szkolić nikogo z rodziny swej przyszłej królowej. Jednak ze względu na brata, odpowiedziała:
-Będzie to dla mnie zaszczyt, pani, szkolić twego bratanka. - sztywno się skłoniła.
-Pamiętaj, jeśli stanie mu się coś złego, pożałujesz. - syknęła jej do ucha przyszła królowa.
Jeszcze tego wieczoru odbył się uroczysty ślub, a po nim wesele mające trwać do rana. Ami, która na poważnie podjęła się zadania pilnowania królowej, obserwowała ukradkiem młodą parę. Jej zdaniem wyglądali na szczęśliwych. Nigdzie jednak nie mogła znaleźć przyjaciółki. Zobaczyła ją dopiero na balkonie.
-Nie bawisz się z innymi? - spytała podchodząc.
-Nie mam ochoty. - Mari patrzyła na horyzont.
-Nie obraź się ale dlaczego nie ufasz Lady Elyssie?
-Dlaczego? - Mari gwałtownie się do niej odwróciła. - Trochę ją znam. To, jak się teraz zachowuje to pozory. Pobędzie tu trochę, to zrozumiesz co mam na myśli.
-Może i tak. - zamyśliła się Ami. - Ale nie pozwolę ci spędzić tu całego wesela. - złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę drzwi balkonowych. - Idziemy.
Mari niechętnie poszła za nią. Przez resztę nocy ona i młoda królowa traktowały się jak powietrze.
Legenda Rozdział trzeci: Nowe czasy - "Złoty Wiek"
Od jakiegoś czasu nikt w Abolos nie mógł spać spokojnie. Coraz częściej przychodziły pogłoski o wojsku Soloby szykującym się do napaści. I tak dobrze że od ostatniej groźby minęło 5 lat, ale to jednocześnie znaczyło że król Malonimus był lepiej przygotowany.
Przez ostatnie 5 lat, odkąd została generałem, Mari zdążyła pokazać na co ją stać. Świetnie walczyła i trafnie przewidywała strategię przeciwnika, dostosowując własną. Ludzie ją uwielbiali a przeciwnicy zaczęli doceniać jej umiejętności. Miała prawdziwy talent.
Jednak król Soloby był zdania że wojsko z dziewczyną jako wodzem jest słabe i bardzo łatwo je pokonać. Nie słuchał swoich doradców, którzy ostrzegali go żeby nie lekceważył umiejętności Mari. Postanowił dać nauczkę młodej księżniczce, która jego zdaniem, nigdy nie powinna objąć tego stanowiska. Więc pewny swego triumfu szykował się do najazdu na Abolos. Szykował się pięć lat, mając na uwadze że król też weźmie udział w tej bitwie, a może mając nadzieję że umrze a młody następca, niedoświadczony, nie zdoła odeprzeć ataku.
Gdy do zamku dotarła wiadomość że wojska Malonimusa przekroczyły granicę Abolosu, król Ramadantys zebrał swoich żołnierzy i wyruszył im na przeciw. Mari i Kryspin objęli dowództwo nad mniejszymi oddziałami. W czasie gdy armia Soloby przekraczała rozległą dolinę, oddziały Mari i Kryspina, które wyruszyły jako pierwsze, zajęły pozycje po jej bokach. Tak że szli równolegle do nich, kryjąc się w lesie rosnącym na stokach doliny. Gdy reszta armii Abolosu podeszła bliżej, żołnierze Soloby zostali zaatakowani bez uprzedzenia z trzech strom równocześnie. Tego Malonimus się nie spodziewał. Nie miał nawet czasu uformować szyków.
Dumny władca został pokonany. Gdy zrozumiał że bitwę ma przegraną, z garstką swoich którzy ocaleli uszedł do ojczyzny, w duchu poprzysięgając zemstę za swą porażkę.
Jednak Abolos, mimo wspaniałego zwycięstwa, nie miał powodów do radości. W tej bitwie zginął król Ramadantys. Bitwę nazwano "bitwą w dolinie północy".
Po pogrzebie szykowano się do kolejnej uroczystości jaką była koronacja nowego króla. Nie była ona jednak tak uroczysta, ze względu na panującą w całym kraju żałobę.
Kryspin od dawna wiedział że zostanie królem, ale teraz przed koronacją nie był pewny czy sobie poradzi.
W pewnej chwili do jego komnaty weszły Ami i Mari.
-Co ty tu jeszcze robisz? Wszyscy już się zgromadzili. - spytała Mari.
-Nie dam rady. Ojciec został królem mając 40 lat. Ja mam tylko 25.
-A ja mając 15 zostałam generałem. Musiałam sobie poradzić.
-Ale ty masz do tego talent. Bycie królem to całkiem inna bajka.
-Nikt nie powiedział że będzie lekko. - zauważyła Ami. - No chodź już, nie wypada żeby przyszły król spóźnił się na swoją koronację.
Koronacja nie różniła się zbytnio od nadawania stopni rycerskich. Tylko tyle że przewodniczył duchowny a nie król.
Kryspin uklęknął przed duchownym, a ten wypowiadając oficjalną formułę włożył mu na głowę koronę na oczach zebranych.
Przez ostatnie 5 lat, odkąd została generałem, Mari zdążyła pokazać na co ją stać. Świetnie walczyła i trafnie przewidywała strategię przeciwnika, dostosowując własną. Ludzie ją uwielbiali a przeciwnicy zaczęli doceniać jej umiejętności. Miała prawdziwy talent.
Jednak król Soloby był zdania że wojsko z dziewczyną jako wodzem jest słabe i bardzo łatwo je pokonać. Nie słuchał swoich doradców, którzy ostrzegali go żeby nie lekceważył umiejętności Mari. Postanowił dać nauczkę młodej księżniczce, która jego zdaniem, nigdy nie powinna objąć tego stanowiska. Więc pewny swego triumfu szykował się do najazdu na Abolos. Szykował się pięć lat, mając na uwadze że król też weźmie udział w tej bitwie, a może mając nadzieję że umrze a młody następca, niedoświadczony, nie zdoła odeprzeć ataku.
Gdy do zamku dotarła wiadomość że wojska Malonimusa przekroczyły granicę Abolosu, król Ramadantys zebrał swoich żołnierzy i wyruszył im na przeciw. Mari i Kryspin objęli dowództwo nad mniejszymi oddziałami. W czasie gdy armia Soloby przekraczała rozległą dolinę, oddziały Mari i Kryspina, które wyruszyły jako pierwsze, zajęły pozycje po jej bokach. Tak że szli równolegle do nich, kryjąc się w lesie rosnącym na stokach doliny. Gdy reszta armii Abolosu podeszła bliżej, żołnierze Soloby zostali zaatakowani bez uprzedzenia z trzech strom równocześnie. Tego Malonimus się nie spodziewał. Nie miał nawet czasu uformować szyków.
Dumny władca został pokonany. Gdy zrozumiał że bitwę ma przegraną, z garstką swoich którzy ocaleli uszedł do ojczyzny, w duchu poprzysięgając zemstę za swą porażkę.
Jednak Abolos, mimo wspaniałego zwycięstwa, nie miał powodów do radości. W tej bitwie zginął król Ramadantys. Bitwę nazwano "bitwą w dolinie północy".
Po pogrzebie szykowano się do kolejnej uroczystości jaką była koronacja nowego króla. Nie była ona jednak tak uroczysta, ze względu na panującą w całym kraju żałobę.
Kryspin od dawna wiedział że zostanie królem, ale teraz przed koronacją nie był pewny czy sobie poradzi.
W pewnej chwili do jego komnaty weszły Ami i Mari.
-Co ty tu jeszcze robisz? Wszyscy już się zgromadzili. - spytała Mari.
-Nie dam rady. Ojciec został królem mając 40 lat. Ja mam tylko 25.
-A ja mając 15 zostałam generałem. Musiałam sobie poradzić.
-Ale ty masz do tego talent. Bycie królem to całkiem inna bajka.
-Nikt nie powiedział że będzie lekko. - zauważyła Ami. - No chodź już, nie wypada żeby przyszły król spóźnił się na swoją koronację.
Koronacja nie różniła się zbytnio od nadawania stopni rycerskich. Tylko tyle że przewodniczył duchowny a nie król.
Kryspin uklęknął przed duchownym, a ten wypowiadając oficjalną formułę włożył mu na głowę koronę na oczach zebranych.
Legenda Rozdział drugi: Przełom cz.3
Na krótko przed północą Mari narzuciła na siebie płaszcz i szczelnie się im okryła, pilnując żeby nie było widać szat. Na głowę nałożyła kaptur który skrył jej twarz w mroku. Wyszła na korytarz i zręcznie unikając tych którzy o tej porze jeszcze nie spali, dotarła do ogrodowej furtki. Ami już tam czekała.
-Już myślałam że nie przyjdziesz.
-Znasz mnie przecież. - odparła księżniczka. - Nie przegapiłabym nocnej wycieczki.
-Przynajmniej nie muszę iść sama. A Kryspin przyjdzie?
-Przyjdę. - podbiegł do nich książę. - Strażnicy zatrzymali się na pogawędkę. Musiałem poczekać aż sobie pójdą.
-Dobra popraw sobie kaptur bo ci się zsunął.
Cała trójka weszła przez wiecznie otwartą furtkę. Według umowy, Kryspin podkradł się pod okno chatki ogrodnika, a gdy dał znak że ten nie zabiera się do wyjścia na zewnątrz, dziewczyny weszły do szklarni.
-Gdzie to dokładnie było? - spytała Mari.
Ami przez chwilę przepatrywała ziemię pod ścianami.
-Tam. - wskazała miejsce pod jedną z dużych donic.
Rozgarnęły ziemię i wyciągnęły szkatułkę. Była płytko zakopana i bardzo lekka, ale trzeba było zdobyć od niej klucz.
-Chyba wiem kto go ma. - powiedziała Ami. Wróciły do Kryspina.
-I co?
-Mamy szkatułkę ale trzeba ją jeszcze otworzyć.
-A ja dam głowę że klucz od niej ma ogrodnik.
-Chyba w szopie widziałem sporo kluczy. Może któryś z nich będzie pasował.
Tym razem Mari pilnowała Lostesa a Kryspin i Ami poszli do szopy.
Wrócili po niecałych 10 minutach.
-Pokaż pozostałe klucze, sprawdzimy czy ten jest taki sam. - powiedziała Ami.
-Ja je mam. - przypomniał Kryspin. - Ale, tak... są identyczne.
-To teraz do komnaty Lady Luizy.
-Mari, a czy ona przypadkiem nie wyzionęła ducha właśnie w tej komnacie? - Ami wyglądała na przestraszoną.
-Tak.
-To może pójdziemy tam za dnia, co?
-Czemu nie teraz? Boisz się?
-Jeśli teraz... to beze mnie. Za nic nie wejdę w nocy do pomieszczenia w którym ktoś umarł.
-W dzień mogą nas nakryć. - odparł Kryspin.
-A z resztą nie będziesz sama. - Mari wzięła przyjaciółkę za rękę. - Chodźmy. To wszystko wydarzyło się dawno temu.
Prowadzeni przez księżniczkę szybko, cicho i sprawnie dotarli do drzwi zamkniętej komnaty. Na szczęście rdza z kluczy nie utrudniła otwarcia zamka. Drzwi otwierające się do wewnątrz okazały się na wpół spróchniałe a zawiasy potwornie skrzypiały. Żeby nie postawić na nogi połowy zamku trzeba było otwierać je bardzo wolno.
Mari i Kryspin weszli śmiało do środka ale Ami została na zewnątrz. Książę odgarnął pajęczyny i zapalił świeczki w świecznikach wiszących na ścianach komnaty. Jednak ze względu na brudne szyby niewiele to rozjaśniło panujący tu mrok.
-Niewiele tu widać. - stwierdziła Mari. - Może faktycznie lepiej przyjść tu za dnia... i może choć trochę wyczyścić to okno.
-Skoro już tu jesteśmy to możemy je teraz wyczyścić. Jest dość wysoko. Ludzie chyba nie zauważą różnicy... mam nadzieję.
-A macie czym to zrobić? - spytała z korytarza Ami.
-Nie bardzo. Czekajcie, może u mnie są jakieś niepotrzebne szmatki. - Mari wyszła na korytarz.
-To weź i wodę. - zawołał jej brat.
-Mógłbyś chociaż pomóc. - odparła księżniczka już z niższego piętra.
Po jakimś czasie wróciła z kawałkami materiału.
-Miska z wodą stoi na dole. - powiedziała. - Ja wzięłam ścierki. - wręczyła każdemu po jednej. - Niech któreś z was przyniesie tu wodę.
-To ja pójdę. - ofiarowała się Ami.
-Jakby nas służba zobaczyła... - zastanawiał się Kryspin.
-Lepiej żeby nie. Teraz mamy co innego do roboty niż wymyślanie co by kto powiedział.
-Ale ja naprawdę boję się tam wejść w nocy. - przypomniała Ami gdy wróciła z wodą.
-A gdybyś zamknęła oczy? - podsunął myśl Kryspin.
-To nic nie da. - pokręciła głową Ami. - Za bardzo się boję.
Mari i Kryspin wyczyścili więc sami okno a Ami pilnowała żeby nikt ich nie nakrył.
-Dobra. Rano sprawdzimy jak to wygląda z dołu i dokończymy później to dochodzenie. - powiedział Kryspin gdy skończyli. - Dla pewności, niech każde z nas będzie miało przy sobie po jednym kluczu. Jeśli u kogoś znajdą wszystkie trzy, może to wzbudzić podejrzenia.
-Mamy szczęście że po tym korytarzu nie kręci się zbyt wiele osób, ale i tak lepiej być ostrożnym. - ostrzegła Mari.
Ze względu na to że każdy miał jakieś obowiązki, trójka przyjaciół miała czas dopiero po pary dniach. Późnym popołudniem udało im się zmówić i poszli do komnaty Lady Luizy.
-Przynajmniej teraz więcej widać. - zauważyła Mari zapalając świece w świecznikach. - Z dołu nie widać różnicy.
-Oj, wiecie o czym zapomnieliśmy? - spytał Kryspin. - Z dołu będzie widać zapalone światła.
Ami zsunęła zasłony, zostawiając tylko niewielką szparę żeby wpuścić światło.
-Problem z głowy. - odparła.
Mari rozsunęła kotary nad łóżkiem.
-Słuchajcie, skoro nigdzie nie znaleziono śladów przyczyny śmierci, jak myślicie, jak zginęła?
-Trzeba by z nią pogadać. - zażartował Kryspin.
-Nawet tak nie mów. - ostrzegła Ami.
-No bo słuchajcie, - kontynuowała Mari. - śladów po zatruciu nie ma. A wtedy nie robili sekcji zwłok. A co jeśli te ślady były w niej?
-Blee. - skrzywiła się Ami.
-Raczej już za późno na sprawdzenie tego.
-Tak... - Mari przyjrzała się poduszce. - Czy to jest krew? - spytała wskazując ciemne plamy na niegdyś białej poduszce.
-Na nic innego to nie wygląda. - pochyliła się nad znaleziskiem Ami.
-Czekajcie, to równie dobrze mogła być śmierć naturalna. - zauważył Kryspin.
-Miała 20 lat. Jakoś nie sądzę.
-To może była chora. Na przykład na serce albo coś w tym stylu. - podsunęła pomysł Ami.
-Raczej nie mamy kogo się spytać. Za dużo czasu minęło. Wie ktoś z was może, czy zawsze zmarłemu leci krew z kącika ust?
-Z tego co wiem, nie zawsze.
-Ale przypuśćmy. Była na coś chora, o czym nikt nie wiedział, łącznie z nią samą...
-W większości możemy się tylko domyślać. Dobra, załóżmy że była na coś chora. Ale tylko tyle, bo wszyscy którzy ją znali osobiście, też już od dawna nie żyją.
-Już myślałam że nie przyjdziesz.
-Znasz mnie przecież. - odparła księżniczka. - Nie przegapiłabym nocnej wycieczki.
-Przynajmniej nie muszę iść sama. A Kryspin przyjdzie?
-Przyjdę. - podbiegł do nich książę. - Strażnicy zatrzymali się na pogawędkę. Musiałem poczekać aż sobie pójdą.
-Dobra popraw sobie kaptur bo ci się zsunął.
Cała trójka weszła przez wiecznie otwartą furtkę. Według umowy, Kryspin podkradł się pod okno chatki ogrodnika, a gdy dał znak że ten nie zabiera się do wyjścia na zewnątrz, dziewczyny weszły do szklarni.
-Gdzie to dokładnie było? - spytała Mari.
Ami przez chwilę przepatrywała ziemię pod ścianami.
-Tam. - wskazała miejsce pod jedną z dużych donic.
Rozgarnęły ziemię i wyciągnęły szkatułkę. Była płytko zakopana i bardzo lekka, ale trzeba było zdobyć od niej klucz.
-Chyba wiem kto go ma. - powiedziała Ami. Wróciły do Kryspina.
-I co?
-Mamy szkatułkę ale trzeba ją jeszcze otworzyć.
-A ja dam głowę że klucz od niej ma ogrodnik.
-Chyba w szopie widziałem sporo kluczy. Może któryś z nich będzie pasował.
Tym razem Mari pilnowała Lostesa a Kryspin i Ami poszli do szopy.
Wrócili po niecałych 10 minutach.
-Pokaż pozostałe klucze, sprawdzimy czy ten jest taki sam. - powiedziała Ami.
-Ja je mam. - przypomniał Kryspin. - Ale, tak... są identyczne.
-To teraz do komnaty Lady Luizy.
-Mari, a czy ona przypadkiem nie wyzionęła ducha właśnie w tej komnacie? - Ami wyglądała na przestraszoną.
-Tak.
-To może pójdziemy tam za dnia, co?
-Czemu nie teraz? Boisz się?
-Jeśli teraz... to beze mnie. Za nic nie wejdę w nocy do pomieszczenia w którym ktoś umarł.
-W dzień mogą nas nakryć. - odparł Kryspin.
-A z resztą nie będziesz sama. - Mari wzięła przyjaciółkę za rękę. - Chodźmy. To wszystko wydarzyło się dawno temu.
Prowadzeni przez księżniczkę szybko, cicho i sprawnie dotarli do drzwi zamkniętej komnaty. Na szczęście rdza z kluczy nie utrudniła otwarcia zamka. Drzwi otwierające się do wewnątrz okazały się na wpół spróchniałe a zawiasy potwornie skrzypiały. Żeby nie postawić na nogi połowy zamku trzeba było otwierać je bardzo wolno.
Mari i Kryspin weszli śmiało do środka ale Ami została na zewnątrz. Książę odgarnął pajęczyny i zapalił świeczki w świecznikach wiszących na ścianach komnaty. Jednak ze względu na brudne szyby niewiele to rozjaśniło panujący tu mrok.
-Niewiele tu widać. - stwierdziła Mari. - Może faktycznie lepiej przyjść tu za dnia... i może choć trochę wyczyścić to okno.
-Skoro już tu jesteśmy to możemy je teraz wyczyścić. Jest dość wysoko. Ludzie chyba nie zauważą różnicy... mam nadzieję.
-A macie czym to zrobić? - spytała z korytarza Ami.
-Nie bardzo. Czekajcie, może u mnie są jakieś niepotrzebne szmatki. - Mari wyszła na korytarz.
-To weź i wodę. - zawołał jej brat.
-Mógłbyś chociaż pomóc. - odparła księżniczka już z niższego piętra.
Po jakimś czasie wróciła z kawałkami materiału.
-Miska z wodą stoi na dole. - powiedziała. - Ja wzięłam ścierki. - wręczyła każdemu po jednej. - Niech któreś z was przyniesie tu wodę.
-To ja pójdę. - ofiarowała się Ami.
-Jakby nas służba zobaczyła... - zastanawiał się Kryspin.
-Lepiej żeby nie. Teraz mamy co innego do roboty niż wymyślanie co by kto powiedział.
-Ale ja naprawdę boję się tam wejść w nocy. - przypomniała Ami gdy wróciła z wodą.
-A gdybyś zamknęła oczy? - podsunął myśl Kryspin.
-To nic nie da. - pokręciła głową Ami. - Za bardzo się boję.
Mari i Kryspin wyczyścili więc sami okno a Ami pilnowała żeby nikt ich nie nakrył.
-Dobra. Rano sprawdzimy jak to wygląda z dołu i dokończymy później to dochodzenie. - powiedział Kryspin gdy skończyli. - Dla pewności, niech każde z nas będzie miało przy sobie po jednym kluczu. Jeśli u kogoś znajdą wszystkie trzy, może to wzbudzić podejrzenia.
-Mamy szczęście że po tym korytarzu nie kręci się zbyt wiele osób, ale i tak lepiej być ostrożnym. - ostrzegła Mari.
Ze względu na to że każdy miał jakieś obowiązki, trójka przyjaciół miała czas dopiero po pary dniach. Późnym popołudniem udało im się zmówić i poszli do komnaty Lady Luizy.
-Przynajmniej teraz więcej widać. - zauważyła Mari zapalając świece w świecznikach. - Z dołu nie widać różnicy.
-Oj, wiecie o czym zapomnieliśmy? - spytał Kryspin. - Z dołu będzie widać zapalone światła.
Ami zsunęła zasłony, zostawiając tylko niewielką szparę żeby wpuścić światło.
-Problem z głowy. - odparła.
Mari rozsunęła kotary nad łóżkiem.
-Słuchajcie, skoro nigdzie nie znaleziono śladów przyczyny śmierci, jak myślicie, jak zginęła?
-Trzeba by z nią pogadać. - zażartował Kryspin.
-Nawet tak nie mów. - ostrzegła Ami.
-No bo słuchajcie, - kontynuowała Mari. - śladów po zatruciu nie ma. A wtedy nie robili sekcji zwłok. A co jeśli te ślady były w niej?
-Blee. - skrzywiła się Ami.
-Raczej już za późno na sprawdzenie tego.
-Tak... - Mari przyjrzała się poduszce. - Czy to jest krew? - spytała wskazując ciemne plamy na niegdyś białej poduszce.
-Na nic innego to nie wygląda. - pochyliła się nad znaleziskiem Ami.
-Czekajcie, to równie dobrze mogła być śmierć naturalna. - zauważył Kryspin.
-Miała 20 lat. Jakoś nie sądzę.
-To może była chora. Na przykład na serce albo coś w tym stylu. - podsunęła pomysł Ami.
-Raczej nie mamy kogo się spytać. Za dużo czasu minęło. Wie ktoś z was może, czy zawsze zmarłemu leci krew z kącika ust?
-Z tego co wiem, nie zawsze.
-Ale przypuśćmy. Była na coś chora, o czym nikt nie wiedział, łącznie z nią samą...
-W większości możemy się tylko domyślać. Dobra, załóżmy że była na coś chora. Ale tylko tyle, bo wszyscy którzy ją znali osobiście, też już od dawna nie żyją.
26 czerwca 2017
Legenda Rozdział drugi: Przełom cz.2
-Moja córka znalazła cię na terenie Abolosu razem z twoim oddziałem. Jakie mieliście zadanie? - król Ramadantys przesłuchiwał dopiero co złapanego Solobańczyka.
-Jaśnie oświecony król Malonimus upomni si ę o mnie. Ostrzegam. - jeniec zignorował pytanie.
-Pytam jeszcze raz: jakie miałeś rozkazy? Nie radzę wykręcać się od odpowiedzi.
-Skoro nie chcesz mnie słuchać...
-Odpowiadaj!
-Wolę zginąć. - odparł dumnie złapany Solobańczyk.
-Skoro tak, pomyślisz nad odpowiedzią w lochach.
Nim jeniec się obejrzał, za ramiona trzymało go dwóch strażników. O ucieczce nie było nowy, zwłaszcza że księżniczka odebrała mu wcześniej broń. Popchnęli go do tyły zmuszając do pójścia ze sobą.
-A co z moim oddziałem?! - krzyknął jeszcze.
-Niebawem do nich dołączysz.
tymczasem w zamku króla Malonimusa
-Panie, mam pilne wieści! - do króla podszedł jeden z rycerzy.
-Jakie wieści z wyprawy? Gdzie Lord Xariel... i reszta oddziału?
-Panie, wszyscy inni zginęli albo zostali schwytani.
-Lord Xariel...żyje?
-Schwytany. Czy żyje? Nie wiem.
-Dobrze. Przez kogo?
-...
-Mowę ci odjęło, czy jak?! Zadałem pytanie!
-Eeee, i tu jest problem. Pojmała go... Lady Mari.
-Ta panna jest przecież księżniczką. Jakim cudem mogła go pojmać?!
-Od niedawna jest też generałem. - powiedział cicho rycerz, bojąc się reakcji króla.
-Kim? Mówże głośniej!
-Generałem.
-Co?! Przecież według prawa... nie, tak nie będzie. Każ siodłać konia!
Rycerz skłonił się i wyszedł przekazać rozkazy.
-Czas przemówić ci do rozumu, Ramadantysie. - powiedział do siebie król.
zamek króla Ramadantysa
-Powiedz mi co tam widzisz. - jeden ze strażników podał lunetę towarzyszowi stojącemu razem z nim na zamkowej wierzy.
Ten popatrzył przez chwilę.
-Król Malonimus z wojskiem lub jego częścią, jeśli się nie mylę.
-Czyli się nie przewidziałem. Co on tu robi?
-Patrz, chyba chcą tylko pogadać. Mają białą flagę.
-Tak czy inaczej trzeba poinformować króla.
Gdy oddział króla Malonimusa podjechał do bramy, strażnicy skrzyżowali miecze, zagradzając dalszą drogę.
-Chcę się widzieć z waszym królem. - rzekł dowódca przybyszów.
-Ojciec zaraz tu będzie. - podeszła do nich Mari.
-Ty! Jak śmiesz! Prawo zabrania.
-Nie podlegam twojemu prawu. Tak jak każdy mieszkaniec Abolosu.
-Ach tak? Ale wkrótce będziecie.
-Ona ma rację, Malonimusie. Twoje prawo tu nie sięga. - obok córki stanął król Ramadantys.
-Ramadantysie, żądam uwolnienia moich ludzi.
-Zostali schwytani na moich ziemiach. Podlegają więc prawom Abolosu.
-Jak widzę przyprowadziłeś ze sobą sporą grupę. Ludzi więc pewnie ci nie brakuje. A w naszych lochach jest ich garstka. - strąciła się Mari. - Trzech rycerzy i ich dowódca.
-Żądam ich uwolnienia... chyba że chcecie wojnę.A z nią na czele raczej jej nie wygracie. - wskazał na księżniczkę.
-Ojcze, ten ich dowódca jest kimś ważnym, że...? - spytała Mari.
-To Lord Xariel. Jeden z jego najlojalniejszych ludzi.
-Jeżeli z nami nie wrócą, zastrzegam ŻYWI, będzie wojna. To ostatnie ostrzeżenie.
-Wojnę mamy od wielu pokoleń, przypominam. Dobrze...uwolnić ich!
Mari patrzyła jak czwórka jeńców jest niezbyt łagodnie wyprowadzana z lochów.
-Serio?
-Tak czy inaczej nas zaatakują. Wykorzystują byle pretekst.
Ami biegła przez zamkowy korytarz.
-Mari! Kryspin! Gdzie jesteście?! Mam pilną sprawę! No, gdzie oni się podziali? - nagle poczuła że z kimś się zderzyła. - Och, przepraszam, trochę się spieszę. - powiedziała na widok jednego ze służby. Pomogła mu wstać. - Widziałeś gdzieś może księcia i księżniczkę?
-Nie, niestety.
-Co jest takie pilne że biegasz po całym zamku i się drzesz? - spytał Kryspin z wyższego piętra.
-A, tu jesteś. - Ami do niego podbiegła. - Gdzie Mari?
-Chyba u siebie.
-Ami chwyciła go za rękę i pociągnęła. Chcąc nie chcąc, książę musiał za nią pobiec.
-Co się stało? - spytał po drodze.
-Dowiesz się jak tylko znajdziemy twoją siostrę.
Dobiegli do komnaty księżniczki. Ami otworzyła drzwi i wpadła do środka.
-Mari, mam wieści!
-Jakie?
Dziewczyna zamknęła drzwi, wcześniej sprawdziwszy czy korytarzem nikt nie idzie. Uspokoiła oddech i wypaliła:
-Wiem gdzie jest trzeci klucz. - wskazała na sufit.
-Gdzie? - spytali na raz Mari i Krispin.
-U ogrodnika.
-U Lostesa?
-Tak. Przechodziłam obok szklarni. W środku, blisko przy ścianie jest zakopana jakaś szkatułka. Ale nie zdążyłam się przyjrzeć bo Lostes mnie pogonił.
-To akurat nie nowość. On nielubi towarzystwa. Skąd wiesz że w tej szkatułce jest klucz?
-Podejrzewam. Gdy się spytałam o to ogrodnika, zbył mnie. Cytuję: "Nie twoja sprawa. Zawartość pozostanie tajemnicą!".
-Musimy to sprawdzić . - zdecydowała Mari.
-Chyba nie w nocy?
-A niby kiedy? W dzień ktoś musiałby go czymś zająć, a to raczej nie będzie łatwe.
-Przecież możemy poczekać jak gdzieś pójdzie.
-A jak nigdzie nie pójdzie? Zostaje tylko noc. Dzisiaj, o północy przy bramie do ogrodu. Gdyby ktoś was zatrzymał, reszta czeka pół godziny. Po tym czasie idziemy bez spóźnialskich.
-Jaśnie oświecony król Malonimus upomni si ę o mnie. Ostrzegam. - jeniec zignorował pytanie.
-Pytam jeszcze raz: jakie miałeś rozkazy? Nie radzę wykręcać się od odpowiedzi.
-Skoro nie chcesz mnie słuchać...
-Odpowiadaj!
-Wolę zginąć. - odparł dumnie złapany Solobańczyk.
-Skoro tak, pomyślisz nad odpowiedzią w lochach.
Nim jeniec się obejrzał, za ramiona trzymało go dwóch strażników. O ucieczce nie było nowy, zwłaszcza że księżniczka odebrała mu wcześniej broń. Popchnęli go do tyły zmuszając do pójścia ze sobą.
-A co z moim oddziałem?! - krzyknął jeszcze.
-Niebawem do nich dołączysz.
tymczasem w zamku króla Malonimusa
-Panie, mam pilne wieści! - do króla podszedł jeden z rycerzy.
-Jakie wieści z wyprawy? Gdzie Lord Xariel... i reszta oddziału?
-Panie, wszyscy inni zginęli albo zostali schwytani.
-Lord Xariel...żyje?
-Schwytany. Czy żyje? Nie wiem.
-Dobrze. Przez kogo?
-...
-Mowę ci odjęło, czy jak?! Zadałem pytanie!
-Eeee, i tu jest problem. Pojmała go... Lady Mari.
-Ta panna jest przecież księżniczką. Jakim cudem mogła go pojmać?!
-Od niedawna jest też generałem. - powiedział cicho rycerz, bojąc się reakcji króla.
-Kim? Mówże głośniej!
-Generałem.
-Co?! Przecież według prawa... nie, tak nie będzie. Każ siodłać konia!
Rycerz skłonił się i wyszedł przekazać rozkazy.
-Czas przemówić ci do rozumu, Ramadantysie. - powiedział do siebie król.
zamek króla Ramadantysa
-Powiedz mi co tam widzisz. - jeden ze strażników podał lunetę towarzyszowi stojącemu razem z nim na zamkowej wierzy.
Ten popatrzył przez chwilę.
-Król Malonimus z wojskiem lub jego częścią, jeśli się nie mylę.
-Czyli się nie przewidziałem. Co on tu robi?
-Patrz, chyba chcą tylko pogadać. Mają białą flagę.
-Tak czy inaczej trzeba poinformować króla.
Gdy oddział króla Malonimusa podjechał do bramy, strażnicy skrzyżowali miecze, zagradzając dalszą drogę.
-Chcę się widzieć z waszym królem. - rzekł dowódca przybyszów.
-Ojciec zaraz tu będzie. - podeszła do nich Mari.
-Ty! Jak śmiesz! Prawo zabrania.
-Nie podlegam twojemu prawu. Tak jak każdy mieszkaniec Abolosu.
-Ach tak? Ale wkrótce będziecie.
-Ona ma rację, Malonimusie. Twoje prawo tu nie sięga. - obok córki stanął król Ramadantys.
-Ramadantysie, żądam uwolnienia moich ludzi.
-Zostali schwytani na moich ziemiach. Podlegają więc prawom Abolosu.
-Jak widzę przyprowadziłeś ze sobą sporą grupę. Ludzi więc pewnie ci nie brakuje. A w naszych lochach jest ich garstka. - strąciła się Mari. - Trzech rycerzy i ich dowódca.
-Żądam ich uwolnienia... chyba że chcecie wojnę.A z nią na czele raczej jej nie wygracie. - wskazał na księżniczkę.
-Ojcze, ten ich dowódca jest kimś ważnym, że...? - spytała Mari.
-To Lord Xariel. Jeden z jego najlojalniejszych ludzi.
-Jeżeli z nami nie wrócą, zastrzegam ŻYWI, będzie wojna. To ostatnie ostrzeżenie.
-Wojnę mamy od wielu pokoleń, przypominam. Dobrze...uwolnić ich!
Mari patrzyła jak czwórka jeńców jest niezbyt łagodnie wyprowadzana z lochów.
-Serio?
-Tak czy inaczej nas zaatakują. Wykorzystują byle pretekst.
Ami biegła przez zamkowy korytarz.
-Mari! Kryspin! Gdzie jesteście?! Mam pilną sprawę! No, gdzie oni się podziali? - nagle poczuła że z kimś się zderzyła. - Och, przepraszam, trochę się spieszę. - powiedziała na widok jednego ze służby. Pomogła mu wstać. - Widziałeś gdzieś może księcia i księżniczkę?
-Nie, niestety.
-Co jest takie pilne że biegasz po całym zamku i się drzesz? - spytał Kryspin z wyższego piętra.
-A, tu jesteś. - Ami do niego podbiegła. - Gdzie Mari?
-Chyba u siebie.
-Ami chwyciła go za rękę i pociągnęła. Chcąc nie chcąc, książę musiał za nią pobiec.
-Co się stało? - spytał po drodze.
-Dowiesz się jak tylko znajdziemy twoją siostrę.
Dobiegli do komnaty księżniczki. Ami otworzyła drzwi i wpadła do środka.
-Mari, mam wieści!
-Jakie?
Dziewczyna zamknęła drzwi, wcześniej sprawdziwszy czy korytarzem nikt nie idzie. Uspokoiła oddech i wypaliła:
-Wiem gdzie jest trzeci klucz. - wskazała na sufit.
-Gdzie? - spytali na raz Mari i Krispin.
-U ogrodnika.
-U Lostesa?
-Tak. Przechodziłam obok szklarni. W środku, blisko przy ścianie jest zakopana jakaś szkatułka. Ale nie zdążyłam się przyjrzeć bo Lostes mnie pogonił.
-To akurat nie nowość. On nielubi towarzystwa. Skąd wiesz że w tej szkatułce jest klucz?
-Podejrzewam. Gdy się spytałam o to ogrodnika, zbył mnie. Cytuję: "Nie twoja sprawa. Zawartość pozostanie tajemnicą!".
-Musimy to sprawdzić . - zdecydowała Mari.
-Chyba nie w nocy?
-A niby kiedy? W dzień ktoś musiałby go czymś zająć, a to raczej nie będzie łatwe.
-Przecież możemy poczekać jak gdzieś pójdzie.
-A jak nigdzie nie pójdzie? Zostaje tylko noc. Dzisiaj, o północy przy bramie do ogrodu. Gdyby ktoś was zatrzymał, reszta czeka pół godziny. Po tym czasie idziemy bez spóźnialskich.
Legenda Rozdział drugi: Przełom cz.1
5 lat później
-Tak z ciekawości, generale, jak wy to zamierzacie zrobić? - dopytywał się Kryspin.
-Jak już mówiłem twojemu ojcu, Mari musi mnie zastąpić. Po ostatnim wypadku jazda konno odpada. Czas by moje miejsce zajął ktoś młodszy.
-Zakładam że Mari jeszcze nic nie wie?
-Król miał jej powiedzieć.
Książę wychylił się przez okno przy którym stali w jednym z zamkowych korytarzy.
-A co jeśli nie będzie chciała? Dlaczego w rodzinach królewskich nikt nie pyta o zdanie dzieci?
-Na przykład?
-Ja, moja siostra i chociażby Lady Luiza.
-Ona akurat naprawdę zakochała się w tym za kogo wydali ją rodzice.
-Ej! To może gdyby ustalić przyczynę jej śmierci, skończyłaby się ta wojna z Solobą?
-Wielu próbowało, wierz mi, wątpię czy to jest jeszcze możliwe.
-Gdyby można było przeszukać jej komnatę... - zastanawiał się Kryspin.
Ingailor uśmiechnął się i podał mu stary, pokryty rdzą klucz.
-Gdy Lady Luiza zmarła, - powiedział - jej mąż kazał zamknąć komnatę na specjalny zamek otwierany trzema kluczami które ukrył w tym zamku. Dwa były przekazywane z pokolenia na pokolenie wśród dworzan ale nikt nie wie gdzie dokładnie znajduje się trzeci. To jeden z nich. Jeśli chcesz tam wejść, musisz odnaleźć pozostałe dwa. Nie sądzę jednak żeby to przekonało króla Soloby do zmiany zdania o nas. W końcu minęło ze dwadzieścia pokoleń.
-Mari, jesteś tam? - król zapukał do drzwi komnaty córki.
-O co chodzi? Jeśli o moją ostatnią wycieczkę, to od razu mówię że...
-Nie, nie o to. Jesteś już dorosła...
-Raptem od tygodnia.
-Zapewne już wiesz że Ingailor szuka kogoś kto mógłby go zastąpić?
-Słyszałam. Ale po co mi to mówisz?
-Zdajesz sobie sprawę że od swoich 15 urodzin możesz wychodzić sama z zamku?
-Na szczęście.
Król podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
-Generał ciebie widzi na tym stanowisku. - powiedział i odwrócił się do córki. - Co ty na to?
-Od jak dawna to planowaliście? - Mari skrzyżowała ręce na piersi. - Oczywiście, lubię jazdę konną, ale...dowodzić armią? Jesteś pewien że Ingailor mówił o mnie? Ja nie umiem dowodzić.
-Przemyśl to.
-Jak zwykle. Nikt nie pyta mnie o zdanie! - Mari wyszła z komnaty, trzasnąwszy drzwiami.
Po drodze minął ją wystraszony strażnik.
-Panienko, wiesz może gdzie jest król?
-Jestem.
-Panie, - strażnik się skłonił. - jacyś rozbójnicy napadli na jedną ze wsi. Spalili chaty, a mieszkańcy...
-Generał z wami jedzie?
-Musi.
-Mari, pojedziesz z nimi.
Gdy księżniczka wyprowadziła ze stajni konia wszyscy już na nią czekali.
-Słyszałam że nie możesz jeździć konno, generale?
-A mam inne wyjście?
Oddział i Mari skierowali się ku napadniętej wsi. Droga nie była daleka i po półgodzinie byli na miejscu. A to co księżniczka zobaczyła...
Wszędzie były spalone chaty, zgliszcza i popiół. Gdzie nie gdzie leżeli zabici i ranni a ci którzy przeżyli... Mari wiedziała że jeśli ona nie obejmie dowództwa cały kraj wkrótce będzie wyglądał tak samo wskutek najazdów Solobańczyków. Nie zmieniało to jednak faktu że bała się podjąć takiej odpowiedzialności.
Tych którzy przeżyli trzeba było wziąć do zamku na czas odbudowy wioski, żeby nie pomarli z głodu. Wszelkie uprawy na polach także zostały zniszczone.
Jeden z wieśniaków podszedł do konia księżniczki.
-To znowu Solobańczycy - powiedział. - Jeszcze parę takich ich najazdów i nie wiem co z nami będzie.
-Dopilnuję żeby więcej się tu nie pojawili. - odparła Mari. Spojrzała ukradkiem na Ingailora. Podjęła już decyzję. Ta perspektywa nadal ją przerażała ale skoro tylu ludzi pokładało w niej nadzieję to nie mogła ich zawieść.
tydzień później
Mari stała w oknie swojej komnaty i patrzyła zamyślona na dziedziniec. Zbliżał się czas ceremonii. Już za chwilę stanie na czele armii i weźmie na siebie dużą odpowiedzialność. Nie wiedziała czy podoła temu zadaniu ale wiedziała że nie ma odwrotu.
-Możemy pogadać?
Księżniczka odwróciła się zaskoczona, ale po chwili się uśmiechnęła.
-Nie strasz mnie tak, Kryspin.
Książę wyciągnął klucz.
-Wiesz co to jest? - spytał.
-Klucz, no i?
-Ale nie zwyczajny klucz. - dodała Ami, która właśnie weszła. - To jeden z trzech kluczy do komnaty Lady Luizy.
-Skąd go macie?
-Generał mi go dał jakiś czas temu. Przecież obydwie znacie tę historię, nie?
-Znamy. - Mari i Ami zgodnie pokiwały głowami.
-Jeszcze zostały nam dwa klucze. - powiedziała Ami.
Nagle Mari coś sobie przypomniała. Podeszła do szafki i pogrzebała chwilę w szufladzie. Po chwili odwróciła się do brata i koleżanki.
-Abo i jeden. - pokazała im duży, ciężki klucz pokryty rdzą. - Dała mi go kiedyś mama. Nie powiedziała od czego on jest, tylko że mam go pilnować jak oka w głowie i kiedyś dać swoim dzieciom lub bratankom. Założę się że to ten którego szukamy.
Kryspin wziął klucz od siostry i przez chwilę porównywał ze swoim.
-Są identyczne. - powiedział.
-Czyli został jeszcze jeden. - stwierdziła Ami.
W tym momencie wszedł strażnik.
-Milady?
-Już idziemy. - odparła Mari.
Gdy Mari weszła do sali tronowej, wszyscy już się zgromadzili. Wzdłuż ścian od wejścia do tronu stał tłum ludzi, a ci którzy się nie zmieścili, stali na balkonie oraz na schodach które na niego prowadziły. Kryspin wszedł tylnymi drzwiami trochę wcześniej i zajął miejsce obok ojca. Król stał przy skraju wzniesienia na którym stał tron i wspierał się na mieczu, służącym do pasowania. Ami popchnęła lekko do przodu księżniczkę.
-No idź. - szepnęła i wycofała się pod ścianę.
Mari przeszła przez salę wolnym krokiem. Uklękła na jedno kolano przed ojcem. Ten dotykając płazem miecza jej ramion, powiedział parę słów których dziewczyna raczej nie zrozumiała.
-Czy przyjmujesz i przyrzekasz? - spytał na koniec jak nakazywała ceremonia.
-To przyrzekam i zaświadczam swym słowem. - powiedziała Mari. Wstała a król nałożył jej szkarłatny generalski płaszcz i przypiął do sukni odznakę świadczącą o tym że od dziś jest generałem.
-Wszędzie pusto. Ani śladu Solobańczyków.
-Nie bądź taka pewna, Ami. Oni wiedzą że nie są tu mile widziani.
Zaledwie kilka dni po awansie Mari już miała pełne ręce roboty. Z małą grupą wyruszyła w celu przeszukania okolic wsi. Ami oczywiście uparła się żeby jej towarzyszyć. Jechali już jednak kilka godzin i nie natrafili na ani jednego mieszkańca północy. Ami zaczynała marudzić i już miała powiedzieć coś jeszcze, gdy Mari zatrzymała wszystkich unosząc otwartą dłoń na wysokość głowy. Zsiadła z konia, przygotowała łuk i schyliła się w zaroślach. Reszta także ukryła się wśród drzew. Ami podeszła do przyjaciółki.
-Co się stało? - szepnęła.
Mari wskazała grotem strzały na pobliski strumień.
-Ktoś rozbił tam obóz. - odpowiedziała również szeptem.
Podszedł do nich kapitan straży.
-Dokładniej Solobańczycy. - uściślił.
-Skąd to wiecie? - szepnęła Ami.
-Nie są zbyt ostrożni. Wywiesili flagi. Poziome czarno-białe pasy to ich godło. - wytłumaczyła księżniczka.
-Trzeba się pozbyć tego oddziału, nie wzbudzając podejrzeń. - powiedział kapitan. Ze względu na to że Mari dopiero zaczynała swoją karierę jako generał, miał jej pomagać.
Księżniczka wypuściła strzałę i najbliższy Solobańczyk legł martwy. Wymieniła z Ami spojrzenia. Nikt nie zareagował. Wypuściła drugą strzałę. Znowu brak jakiejkolwiek reakcji.
-Trochę to dziwne. - powiedziała do siebie Mari. - A może... - przy ognisku siedzieli dwaj żołnierze. Posłała strzałę prosto w szyję jednego z nich. Jego towarzysz nie wykazał najmniejszego zainteresowania.
-Czy to aby nie jest jakiś podstęp? - podsunęła pomysł Ami.
-Niewykluczone. - zgodził się kapitan straży. - Ale lepiej nie ryzykować i nie podchodzić bliżej.
-Dobra, Mari, to co robimy? Bo to raczej chyba nie są kukły. Proponuję ich otoczyć.
-Nie. Jeśli to zasadzka, to wtedy my możemy zostać otoczeni. - odparła Mari. - Lepiej obejść ten obóz i sprawdzić dokładnie co gdzie jest. No i jeśli to są żywi udzie to dlaczego nie reagują na śmierć towarzyszy?
-Powiem ci dlaczego. Bo to zasadzka.
-Coś ty się tak uczepiła tej zasadzki?
-No, na pijanych raczej nie wyglądają. Kilku stoi, kilku siedzi, kilu jest pewnie w namiocie... Masz lepszy pomysł niż zasadzkę?
-Podejdziemy z tyłu namiotu. - odparła Mari.
Grupa przeszła we wskazane miejsce i Ami przyłożyła miecz do ściany namiotu.
-Mogę? - spytała.
Mari skinęła głową.
W rozcięciu zrobionym przez Ami ukazał się mężczyzna w płaszczu w czarno-białe poziome pasy. Zapewne dowódca tego oddziału.
-Czekałem na was. - uśmiechnął się na widok szoku na twarzach przybyszów.
-Czekałeś? Co to ma znaczyć? - spytała Mari celując w niego grotem strzały. - Wracajcie natychmiast do siebie, inaczej powiem ojcu że tu jesteście.
-A kim ty jesteś że stawiasz mi takie warunki? - zerknął na diadem na jej głowie. - Aha, księżniczka. Nie powinnaś siedzieć w zamku? A twoi rodzice to Ramadantys i Kihidia, tak?
-Powinieneś mieć więcej szacunku dla króla i królowej. - powiedział kapitan straży.
-Nie im służę a te tereny już niedługo nie będą należały do nich.
-Ale przed nimi będziesz się tłumaczyć. - Mari dała znak i dwóch strażników związało mu ręce z tyłu. Nie opierał się.
-Naprawdę sądzisz że uda ci się mnie pojmać? - zwrócił się do Ami - miałaś rację moja droga, wpadliście w zasadzkę. Ciężko być obojętnym na widok śmierci towarzysza ale taki mieliśmy plan.
-Nas jest o wiele więcej. - zakończyła Mari. - Pójdziecie z nami.
Całe zajście widział niezauważony przez nikogo członek oddziału wysłanego z Soloby, który siedział na drzewie. Gdy wszyscy odjechali zszedł z drzewa i pobiegł na północ z wieściami dla króla. Księżniczka generałem? Soloba może mieć kłopoty.
-Tak z ciekawości, generale, jak wy to zamierzacie zrobić? - dopytywał się Kryspin.
-Jak już mówiłem twojemu ojcu, Mari musi mnie zastąpić. Po ostatnim wypadku jazda konno odpada. Czas by moje miejsce zajął ktoś młodszy.
-Zakładam że Mari jeszcze nic nie wie?
-Król miał jej powiedzieć.
Książę wychylił się przez okno przy którym stali w jednym z zamkowych korytarzy.
-A co jeśli nie będzie chciała? Dlaczego w rodzinach królewskich nikt nie pyta o zdanie dzieci?
-Na przykład?
-Ja, moja siostra i chociażby Lady Luiza.
-Ona akurat naprawdę zakochała się w tym za kogo wydali ją rodzice.
-Ej! To może gdyby ustalić przyczynę jej śmierci, skończyłaby się ta wojna z Solobą?
-Wielu próbowało, wierz mi, wątpię czy to jest jeszcze możliwe.
-Gdyby można było przeszukać jej komnatę... - zastanawiał się Kryspin.
Ingailor uśmiechnął się i podał mu stary, pokryty rdzą klucz.
-Gdy Lady Luiza zmarła, - powiedział - jej mąż kazał zamknąć komnatę na specjalny zamek otwierany trzema kluczami które ukrył w tym zamku. Dwa były przekazywane z pokolenia na pokolenie wśród dworzan ale nikt nie wie gdzie dokładnie znajduje się trzeci. To jeden z nich. Jeśli chcesz tam wejść, musisz odnaleźć pozostałe dwa. Nie sądzę jednak żeby to przekonało króla Soloby do zmiany zdania o nas. W końcu minęło ze dwadzieścia pokoleń.
-Mari, jesteś tam? - król zapukał do drzwi komnaty córki.
-O co chodzi? Jeśli o moją ostatnią wycieczkę, to od razu mówię że...
-Nie, nie o to. Jesteś już dorosła...
-Raptem od tygodnia.
-Zapewne już wiesz że Ingailor szuka kogoś kto mógłby go zastąpić?
-Słyszałam. Ale po co mi to mówisz?
-Zdajesz sobie sprawę że od swoich 15 urodzin możesz wychodzić sama z zamku?
-Na szczęście.
Król podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
-Generał ciebie widzi na tym stanowisku. - powiedział i odwrócił się do córki. - Co ty na to?
-Od jak dawna to planowaliście? - Mari skrzyżowała ręce na piersi. - Oczywiście, lubię jazdę konną, ale...dowodzić armią? Jesteś pewien że Ingailor mówił o mnie? Ja nie umiem dowodzić.
-Przemyśl to.
-Jak zwykle. Nikt nie pyta mnie o zdanie! - Mari wyszła z komnaty, trzasnąwszy drzwiami.
Po drodze minął ją wystraszony strażnik.
-Panienko, wiesz może gdzie jest król?
-Jestem.
-Panie, - strażnik się skłonił. - jacyś rozbójnicy napadli na jedną ze wsi. Spalili chaty, a mieszkańcy...
-Generał z wami jedzie?
-Musi.
-Mari, pojedziesz z nimi.
Gdy księżniczka wyprowadziła ze stajni konia wszyscy już na nią czekali.
-Słyszałam że nie możesz jeździć konno, generale?
-A mam inne wyjście?
Oddział i Mari skierowali się ku napadniętej wsi. Droga nie była daleka i po półgodzinie byli na miejscu. A to co księżniczka zobaczyła...
Wszędzie były spalone chaty, zgliszcza i popiół. Gdzie nie gdzie leżeli zabici i ranni a ci którzy przeżyli... Mari wiedziała że jeśli ona nie obejmie dowództwa cały kraj wkrótce będzie wyglądał tak samo wskutek najazdów Solobańczyków. Nie zmieniało to jednak faktu że bała się podjąć takiej odpowiedzialności.
Tych którzy przeżyli trzeba było wziąć do zamku na czas odbudowy wioski, żeby nie pomarli z głodu. Wszelkie uprawy na polach także zostały zniszczone.
Jeden z wieśniaków podszedł do konia księżniczki.
-To znowu Solobańczycy - powiedział. - Jeszcze parę takich ich najazdów i nie wiem co z nami będzie.
-Dopilnuję żeby więcej się tu nie pojawili. - odparła Mari. Spojrzała ukradkiem na Ingailora. Podjęła już decyzję. Ta perspektywa nadal ją przerażała ale skoro tylu ludzi pokładało w niej nadzieję to nie mogła ich zawieść.
tydzień później
Mari stała w oknie swojej komnaty i patrzyła zamyślona na dziedziniec. Zbliżał się czas ceremonii. Już za chwilę stanie na czele armii i weźmie na siebie dużą odpowiedzialność. Nie wiedziała czy podoła temu zadaniu ale wiedziała że nie ma odwrotu.
-Możemy pogadać?
Księżniczka odwróciła się zaskoczona, ale po chwili się uśmiechnęła.
-Nie strasz mnie tak, Kryspin.
Książę wyciągnął klucz.
-Wiesz co to jest? - spytał.
-Klucz, no i?
-Ale nie zwyczajny klucz. - dodała Ami, która właśnie weszła. - To jeden z trzech kluczy do komnaty Lady Luizy.
-Skąd go macie?
-Generał mi go dał jakiś czas temu. Przecież obydwie znacie tę historię, nie?
-Znamy. - Mari i Ami zgodnie pokiwały głowami.
-Jeszcze zostały nam dwa klucze. - powiedziała Ami.
Nagle Mari coś sobie przypomniała. Podeszła do szafki i pogrzebała chwilę w szufladzie. Po chwili odwróciła się do brata i koleżanki.
-Abo i jeden. - pokazała im duży, ciężki klucz pokryty rdzą. - Dała mi go kiedyś mama. Nie powiedziała od czego on jest, tylko że mam go pilnować jak oka w głowie i kiedyś dać swoim dzieciom lub bratankom. Założę się że to ten którego szukamy.
Kryspin wziął klucz od siostry i przez chwilę porównywał ze swoim.
-Są identyczne. - powiedział.
-Czyli został jeszcze jeden. - stwierdziła Ami.
W tym momencie wszedł strażnik.
-Milady?
-Już idziemy. - odparła Mari.
Gdy Mari weszła do sali tronowej, wszyscy już się zgromadzili. Wzdłuż ścian od wejścia do tronu stał tłum ludzi, a ci którzy się nie zmieścili, stali na balkonie oraz na schodach które na niego prowadziły. Kryspin wszedł tylnymi drzwiami trochę wcześniej i zajął miejsce obok ojca. Król stał przy skraju wzniesienia na którym stał tron i wspierał się na mieczu, służącym do pasowania. Ami popchnęła lekko do przodu księżniczkę.
-No idź. - szepnęła i wycofała się pod ścianę.
Mari przeszła przez salę wolnym krokiem. Uklękła na jedno kolano przed ojcem. Ten dotykając płazem miecza jej ramion, powiedział parę słów których dziewczyna raczej nie zrozumiała.
-Czy przyjmujesz i przyrzekasz? - spytał na koniec jak nakazywała ceremonia.
-To przyrzekam i zaświadczam swym słowem. - powiedziała Mari. Wstała a król nałożył jej szkarłatny generalski płaszcz i przypiął do sukni odznakę świadczącą o tym że od dziś jest generałem.
-Wszędzie pusto. Ani śladu Solobańczyków.
-Nie bądź taka pewna, Ami. Oni wiedzą że nie są tu mile widziani.
Zaledwie kilka dni po awansie Mari już miała pełne ręce roboty. Z małą grupą wyruszyła w celu przeszukania okolic wsi. Ami oczywiście uparła się żeby jej towarzyszyć. Jechali już jednak kilka godzin i nie natrafili na ani jednego mieszkańca północy. Ami zaczynała marudzić i już miała powiedzieć coś jeszcze, gdy Mari zatrzymała wszystkich unosząc otwartą dłoń na wysokość głowy. Zsiadła z konia, przygotowała łuk i schyliła się w zaroślach. Reszta także ukryła się wśród drzew. Ami podeszła do przyjaciółki.
-Co się stało? - szepnęła.
Mari wskazała grotem strzały na pobliski strumień.
-Ktoś rozbił tam obóz. - odpowiedziała również szeptem.
Podszedł do nich kapitan straży.
-Dokładniej Solobańczycy. - uściślił.
-Skąd to wiecie? - szepnęła Ami.
-Nie są zbyt ostrożni. Wywiesili flagi. Poziome czarno-białe pasy to ich godło. - wytłumaczyła księżniczka.
-Trzeba się pozbyć tego oddziału, nie wzbudzając podejrzeń. - powiedział kapitan. Ze względu na to że Mari dopiero zaczynała swoją karierę jako generał, miał jej pomagać.
Księżniczka wypuściła strzałę i najbliższy Solobańczyk legł martwy. Wymieniła z Ami spojrzenia. Nikt nie zareagował. Wypuściła drugą strzałę. Znowu brak jakiejkolwiek reakcji.
-Trochę to dziwne. - powiedziała do siebie Mari. - A może... - przy ognisku siedzieli dwaj żołnierze. Posłała strzałę prosto w szyję jednego z nich. Jego towarzysz nie wykazał najmniejszego zainteresowania.
-Czy to aby nie jest jakiś podstęp? - podsunęła pomysł Ami.
-Niewykluczone. - zgodził się kapitan straży. - Ale lepiej nie ryzykować i nie podchodzić bliżej.
-Dobra, Mari, to co robimy? Bo to raczej chyba nie są kukły. Proponuję ich otoczyć.
-Nie. Jeśli to zasadzka, to wtedy my możemy zostać otoczeni. - odparła Mari. - Lepiej obejść ten obóz i sprawdzić dokładnie co gdzie jest. No i jeśli to są żywi udzie to dlaczego nie reagują na śmierć towarzyszy?
-Powiem ci dlaczego. Bo to zasadzka.
-Coś ty się tak uczepiła tej zasadzki?
-No, na pijanych raczej nie wyglądają. Kilku stoi, kilku siedzi, kilu jest pewnie w namiocie... Masz lepszy pomysł niż zasadzkę?
-Podejdziemy z tyłu namiotu. - odparła Mari.
Grupa przeszła we wskazane miejsce i Ami przyłożyła miecz do ściany namiotu.
-Mogę? - spytała.
Mari skinęła głową.
W rozcięciu zrobionym przez Ami ukazał się mężczyzna w płaszczu w czarno-białe poziome pasy. Zapewne dowódca tego oddziału.
-Czekałem na was. - uśmiechnął się na widok szoku na twarzach przybyszów.
-Czekałeś? Co to ma znaczyć? - spytała Mari celując w niego grotem strzały. - Wracajcie natychmiast do siebie, inaczej powiem ojcu że tu jesteście.
-A kim ty jesteś że stawiasz mi takie warunki? - zerknął na diadem na jej głowie. - Aha, księżniczka. Nie powinnaś siedzieć w zamku? A twoi rodzice to Ramadantys i Kihidia, tak?
-Powinieneś mieć więcej szacunku dla króla i królowej. - powiedział kapitan straży.
-Nie im służę a te tereny już niedługo nie będą należały do nich.
-Ale przed nimi będziesz się tłumaczyć. - Mari dała znak i dwóch strażników związało mu ręce z tyłu. Nie opierał się.
-Naprawdę sądzisz że uda ci się mnie pojmać? - zwrócił się do Ami - miałaś rację moja droga, wpadliście w zasadzkę. Ciężko być obojętnym na widok śmierci towarzysza ale taki mieliśmy plan.
-Nas jest o wiele więcej. - zakończyła Mari. - Pójdziecie z nami.
Całe zajście widział niezauważony przez nikogo członek oddziału wysłanego z Soloby, który siedział na drzewie. Gdy wszyscy odjechali zszedł z drzewa i pobiegł na północ z wieściami dla króla. Księżniczka generałem? Soloba może mieć kłopoty.
23 czerwca 2017
Legenda Rozdział pierwszy: Dzieciństwo cz. 2
-Nie słyszałaś? Nie wolno ci za nimi jechać. Poza tym wsi jest dużo. Skąd będziesz wiedzieć w której akurat są?
-Znam te tereny, wyobraź sobie.
-Dostaniesz szlaban.
-Mam to gdzieś! Ami, jedziesz ze mną?
Jednak dziewczynka była niezdecydowana.
-Sama słyszałaś że ojciec ci zabronił. - powiedziała powoli.
-Ok, pojadę sama. Rodzice nawet nie zauważą. A ty, braciszku - pogroziła Kryspinowi palcem - nie waż się mnie wydać.
-Czyli jednak obawiasz się szlabanu. - odparł złośliwie chłopak.
-Chyba ty. - Mari wyszła z sali.
Generał Ingailor objechał ze swoim oddziałem wszystkie wioski z których nadeszło zgłoszenie, ale nikogo z Soloby nie znaleźli. "Być może uciekli zanim tu przyjechaliśmy." - zastanawiał się dowódca. Żołnierze wracali już do zamku, gdy w pewnej chwili w oddali pojawiła się sylwetka na koniu. Gdy nieznajomy podjechał bliżej, Ingailor zaklął pod nosem. Księżniczka zbyt często, jego zdaniem, wymykała się z zamku. Gdy się do nich zbliżyła, powiedział:
-Powiedz, Lady Mari, czy ojciec pozwolił ci za nami pojechać? Dziesięcioletnia dziewczynka nie jest bezpieczna sama na tych terenach.
-Nie jestem sama. - odparła z uśmiechem Mari. - Ale nie mówcie nic rodzicom.
-Tego niestety nie mogę zrobić.
-Dobra, może się tylko skończy na awanturze. - mruknęła pod nosem Mari. - A co z tymi Solobańczykami? - spytała głośniej.
-Od kiedy to księżniczkę interesuje wojna?
-Mnie? Od zawsze. Dlatego wymykam się z zamku...niestety ojciec tego nie rozumie.
-Mari, wiem że nie wątpisz w swoje siły i że potrafiłabyś się obronić ale z całą hordą napastników nikt nie ma szans w pojedynkę.
Gdy odstawiali konie do zamkowej stajni, podszedł do nich Kryspin.
-Mari, ojciec cię wzywa. - powiedział bez ceregieli.
-Czyli sam się już dowiedział. - stwierdziła księżniczka i odeszła z bratem.
-Zły jest? - spytała po drodze.
-Szlaban dostaniesz na bank. - odparł Kryspin. - Albo coś gorszego.
-Dobrze wiem że lubisz się ze mną drażnić.
-Może też być areszt domowy.
-A to nie to samo co szlaban?
-Idź to się przekonasz. - książę wskazał drzwi komnaty Mari i poszedł w swoją stronę.
-Jemu jakoś wolno wychodzić bez pytania. - powiedziała do siebie Mari. - I co z tego że jest pełnoletni. - Nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi by potem otworzyć je szerzej. Stanęła w progu, nie weszła do środka.
Ojciec stał przy oknie plecami do niej. Matka siedziała na łóżku. Mari weszła do komnaty i zamknęła drzwi.
-Tato, ja... - zaczęła.
-Zabroniłem ci tam jechać. Nie posłuchałaś.
-Przecież nic mi się nie stało. A poza tym Kryspinowi jakoś nie zabraniacie.
-Kochanie, twój brat jest dorosły. Ty w jego wieku też będziesz mogła. - tłumaczyła królowa.
-I tak mnie nie rozumiecie. Nie chcę cały czas siedzieć w murach. To nie dla mnie. Wolę otwarte przestrzenie.
-Ramadantysie, - rzekła królowa - ja to załatwię. - Posłuchaj, - zwróciła się do córki. - może faktycznie cię nie rozumiemy, ale złamałaś zakaz. Dostaniesz areszt domowy do odwołania.
-Ale mamo, proszę...
Królowa podeszła do Mari i szepnęła:
-Uprosiłam ojca żeby nie robił ci awantury. Ale kary ci nie odpuści.
Gdy rodzice wyszli i zamknęli drzwi na klucz, Mari usiadła na parapecie okna. Teraz gdy ona ma szlaban przestało padać. A "do odwołania" u jej rodziców znaczyło jakąś dobę. Pewnie jak ją wypuszczą, znowu się rozpada. Myślała o tym co rano opowiedziała Ami. Co by było gdyby udało im się znaleźć klucz i dowiedzieć się jak zginęła Lady Luiza? Może udałoby się pogodzić Solobę z jej ojczyzną? Chociaż dopóki krajem na północy rządził król Malonimus, szanse na rozejm niebyły zbyt wielkie.
-Nie sądzę żeby ona się do tego nadawała. - król nie był przekonany co do pomysłu generała.
-Ramadantysie, to dopiero za pięć lat. Ja jestem już stary. Wolałbym mieć pewność że gdyby coś mi się stało, jest ktoś kto przejmie po mnie obowiązki. Mari świetnie walczy a wojna to jej pasja. Nie wiem kto by się lepiej nadawał.
-Będzie zbyt młoda.
-Jest rozważna. Doświadczenie każdy zdobywa z czasem.
-Jakoś nie widzę mojej córki na stanowisku generała Abolosu.
-Oczywiście ostateczna decyzja, którą będziesz musiał podjąć za pięć lat, należy do ciebie, ale nie znajdę lepszego kandydata ani kandydatki. Moim zdaniem Mari świetnie sobie poradzi.
-To jeszcze dziecko.
-Ale za pięć lat będzie dorosła. Wtedy ona zdecyduje czy podejmie się tego zadania. Nadal jednak będzie musiała mieć twoją zgodę.
-Moją? Przecież ona mało kogo się słucha. A gdy będzie dorosła, to...
-A kto pasuje na stopień generała?
-Król, ale co to ma...
-A kim ty jesteś?
-Dobrze wiem o co ci chodzi, Ingailorze, ale nadal nie jestem przekonany.
-Skoro tak, wrócimy do tej rozmowy za pięć lat.
-Znam te tereny, wyobraź sobie.
-Dostaniesz szlaban.
-Mam to gdzieś! Ami, jedziesz ze mną?
Jednak dziewczynka była niezdecydowana.
-Sama słyszałaś że ojciec ci zabronił. - powiedziała powoli.
-Ok, pojadę sama. Rodzice nawet nie zauważą. A ty, braciszku - pogroziła Kryspinowi palcem - nie waż się mnie wydać.
-Czyli jednak obawiasz się szlabanu. - odparł złośliwie chłopak.
-Chyba ty. - Mari wyszła z sali.
Generał Ingailor objechał ze swoim oddziałem wszystkie wioski z których nadeszło zgłoszenie, ale nikogo z Soloby nie znaleźli. "Być może uciekli zanim tu przyjechaliśmy." - zastanawiał się dowódca. Żołnierze wracali już do zamku, gdy w pewnej chwili w oddali pojawiła się sylwetka na koniu. Gdy nieznajomy podjechał bliżej, Ingailor zaklął pod nosem. Księżniczka zbyt często, jego zdaniem, wymykała się z zamku. Gdy się do nich zbliżyła, powiedział:
-Powiedz, Lady Mari, czy ojciec pozwolił ci za nami pojechać? Dziesięcioletnia dziewczynka nie jest bezpieczna sama na tych terenach.
-Nie jestem sama. - odparła z uśmiechem Mari. - Ale nie mówcie nic rodzicom.
-Tego niestety nie mogę zrobić.
-Dobra, może się tylko skończy na awanturze. - mruknęła pod nosem Mari. - A co z tymi Solobańczykami? - spytała głośniej.
-Od kiedy to księżniczkę interesuje wojna?
-Mnie? Od zawsze. Dlatego wymykam się z zamku...niestety ojciec tego nie rozumie.
-Mari, wiem że nie wątpisz w swoje siły i że potrafiłabyś się obronić ale z całą hordą napastników nikt nie ma szans w pojedynkę.
Gdy odstawiali konie do zamkowej stajni, podszedł do nich Kryspin.
-Mari, ojciec cię wzywa. - powiedział bez ceregieli.
-Czyli sam się już dowiedział. - stwierdziła księżniczka i odeszła z bratem.
-Zły jest? - spytała po drodze.
-Szlaban dostaniesz na bank. - odparł Kryspin. - Albo coś gorszego.
-Dobrze wiem że lubisz się ze mną drażnić.
-Może też być areszt domowy.
-A to nie to samo co szlaban?
-Idź to się przekonasz. - książę wskazał drzwi komnaty Mari i poszedł w swoją stronę.
-Jemu jakoś wolno wychodzić bez pytania. - powiedziała do siebie Mari. - I co z tego że jest pełnoletni. - Nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi by potem otworzyć je szerzej. Stanęła w progu, nie weszła do środka.
Ojciec stał przy oknie plecami do niej. Matka siedziała na łóżku. Mari weszła do komnaty i zamknęła drzwi.
-Tato, ja... - zaczęła.
-Zabroniłem ci tam jechać. Nie posłuchałaś.
-Przecież nic mi się nie stało. A poza tym Kryspinowi jakoś nie zabraniacie.
-Kochanie, twój brat jest dorosły. Ty w jego wieku też będziesz mogła. - tłumaczyła królowa.
-I tak mnie nie rozumiecie. Nie chcę cały czas siedzieć w murach. To nie dla mnie. Wolę otwarte przestrzenie.
-Ramadantysie, - rzekła królowa - ja to załatwię. - Posłuchaj, - zwróciła się do córki. - może faktycznie cię nie rozumiemy, ale złamałaś zakaz. Dostaniesz areszt domowy do odwołania.
-Ale mamo, proszę...
Królowa podeszła do Mari i szepnęła:
-Uprosiłam ojca żeby nie robił ci awantury. Ale kary ci nie odpuści.
Gdy rodzice wyszli i zamknęli drzwi na klucz, Mari usiadła na parapecie okna. Teraz gdy ona ma szlaban przestało padać. A "do odwołania" u jej rodziców znaczyło jakąś dobę. Pewnie jak ją wypuszczą, znowu się rozpada. Myślała o tym co rano opowiedziała Ami. Co by było gdyby udało im się znaleźć klucz i dowiedzieć się jak zginęła Lady Luiza? Może udałoby się pogodzić Solobę z jej ojczyzną? Chociaż dopóki krajem na północy rządził król Malonimus, szanse na rozejm niebyły zbyt wielkie.
-Nie sądzę żeby ona się do tego nadawała. - król nie był przekonany co do pomysłu generała.
-Ramadantysie, to dopiero za pięć lat. Ja jestem już stary. Wolałbym mieć pewność że gdyby coś mi się stało, jest ktoś kto przejmie po mnie obowiązki. Mari świetnie walczy a wojna to jej pasja. Nie wiem kto by się lepiej nadawał.
-Będzie zbyt młoda.
-Jest rozważna. Doświadczenie każdy zdobywa z czasem.
-Jakoś nie widzę mojej córki na stanowisku generała Abolosu.
-Oczywiście ostateczna decyzja, którą będziesz musiał podjąć za pięć lat, należy do ciebie, ale nie znajdę lepszego kandydata ani kandydatki. Moim zdaniem Mari świetnie sobie poradzi.
-To jeszcze dziecko.
-Ale za pięć lat będzie dorosła. Wtedy ona zdecyduje czy podejmie się tego zadania. Nadal jednak będzie musiała mieć twoją zgodę.
-Moją? Przecież ona mało kogo się słucha. A gdy będzie dorosła, to...
-A kto pasuje na stopień generała?
-Król, ale co to ma...
-A kim ty jesteś?
-Dobrze wiem o co ci chodzi, Ingailorze, ale nadal nie jestem przekonany.
-Skoro tak, wrócimy do tej rozmowy za pięć lat.
Legenda Rozdział pierwszy: Dzieciństwo cz. 1
W jednej z wsi leżących na terenie Abolosu życie toczyło się monotonnie. Chłopi pracowali w polu, kobiety dbały o gospodarstwo a dzieci bawiły się na dworze lub pomagały rodzicom. Był ciepły wiosenny dzień. Dzieci bawiące się na drodze wiejskiej zebrały się w pewnej chwili w ciasną grupkę. Od strony pól nadjeżdżał bowiem wóz wyładowany sianem i ciągnięty przez konia. Był to codzienny widok. Ale dzisiaj woźnica miał towarzystwo. Z boku wozu jechał na białym koniu młody chłopak. Miał może 15 lat. Czarne, błyszczące oczy w których czaiło się poczucie humoru ale też powaga i inteligencja. Czarne włosy opadały mu na czoło, częściowo je przykrywając. Obok niego na także białym choć nieco mniejszym koniu, jechała 10-letnia dziewczynka. W jej ciemnozielonych oczach można było dostrzec inteligencję i odwagę ale w większości malowała się w nich obecnie dziecięca ciekawość. Kasztanowo-rude włosy spływały lokami na ramiona.
Obydwoje byli bogato ubrani. Wieśniacy z tej wioski nie mieli jeszcze okazji zobaczyć księcia i księżniczki a tym bardziej gościć ich w swoich skromnych progach.
Gdy wjechali do wioski, na przeciw nim wyszła jedna z wieśniaczek, skłoniła się i powiedziała:
-Nie często tu przychodzicie. Czym zawdzięczamy tę wizytę?
-Po prostu Mari uparła się a ja muszę jej pilnować. - uśmiechnął się Kryspin. Posłał przelotne spojrzenie siostrze która zsiadła lekko z konia i podeszła do dziewczynki stojącej z dala od reszty dzieci. Tutejsi ludzie byli biedni ale chleba im nie brakowało. Natomiast ta jedna dziewczynka wyglądała gorzej od innych dzieci. Jakby była niedożywiona. Ale przede wszystkim była nieśmiała. Na widok idącej w jej stronę księżniczki, schowała się za rogiem chaty obok której stała.
Mari podeszła do niej i chwilę porozmawiały. Po chwili zwróciła się do zgromadzonych:
-Jeżeli nikt nie ma nic przeciwko, to Ami chciałaby wróci z nami do zamku.
Słowa siostry kompletnie zaskoczyły Kryspina. Wszystkiego się po niej spodziewał ale...
-Mari - odparł - nie możesz. Nie ty o tym decydujesz...
-Posłuchaj...
-...a na pewno nie w tym wieku.
-Ami jest sierotą. - wyjaśniła księżniczka. - Mówi że jej rodzice nie mieszkali w żadnej wsi, ale z dala od innych ludzi. Ostatniej zimy zmarli a ona chodzi od wsi do wsi ale nikt jej nie chce przyjąć. A poza tym jest w moim wieku. - posłała bratu jeden ze swoich uroczych uśmiechów.
-Ale... - Kryspin nie był przekonany.
-Weźmiemy ją, później ojciec zdecyduje. Ona niema nikogo.
Księżniczka nie czekając na odpowiedź brata pomogła wsiąść Ami na konia a potem poszła w jej ślady.
Generał Ingailor stał na blankach muru i patrzył na drogę przed zamkiem. Mari i Kryspin już dawno powinni wrócić. Po części za nich odpowiadał ale tej dwójki nie dało się upilnować. Zobaczywszy że wracają zszedł do bramy.
-Gdzieście byli tak długo? - spytał.
-Ojciec jest w zamku, generale, tak? - Mari jakby nie usłyszała poprzedniego pytania.
-Tak. Ale... - zaczął generał spoglądając na dziewczynkę stojącą obok księżniczki.
-Nawet nie pytaj. - odparł Kryspin i cała trójka weszła przez bramę, odprowadzana zdumionymi spojrzeniami strażników oraz ich dowódcy.
-Więc czy Ami może zostać na zamku? - spytała Mari po wyjaśnieniu rodzicom całej sprawy. - Sami przecież mówiliście że królewska rodzina powinna się troszczyć o poddanych, a ona jest sierotą.
-Zdaję sobie z tego sprawę, ale... - zaczął król.
Lecz żona wpadła mu w słowo:
-Jest w wieku naszej córki a w dodatku nie ma nikogo. Spytajmy jej o zdanie. Mari, - zwróciła się do córki - nauczysz ją wszystkiego, dobrze? Kryspin mówił że znacie się raptem od godzimy a już świetnie się dogadujecie.
Król posłał żonie zamyślone spojrzenie, po czym skinął na strażników stojących przy wejściu do sali tronowej:
-Wprowadźcie ją.
Ami weszła do środka, zbyt wystraszona żeby choć rozejrzeć się w około. Dopiero gdy napotkała wzrok Mari podniosła trochę głowę.
-Zapewne wiesz już o co chodzi? - zwróciła się do dziewczynki królowa. - Powiedz nam tylko czy się zgadzasz tu zostać.
-Wasza Wysokość, jeśli to możliwe...chciałabym mieć dom, odkąd zmarli moi rodzice krótki czas mieszkałam z ciotką, ale ona mnie nie lubiła.
-Chodź ze mną. - wtrąciła się nagle Mari. - Pokażę ci twój pokój.
Kilka dni później Mari i Ami siedziały w komnacie księżniczki. Siedząca na parapecie okna Ami patrzyła na dziedziniec. Od rana padał deszcz więc dziewczynki miały nie wiele do roboty. Ami cieszyła się że wreszcie nie musi marznąć na dworze nie mając dachu nad głową. Po raz pierwszy od wielu tygodni mogła się schować przed deszczem i zimnem i miała pewność że nikt jej nie wygoni. Nagle zobaczyła na dziedzińcu jakiś ruch. Żołnierze ustawiali się w szyku.
-Co się dzieje? - spytała, spoglądając na koleżankę.
Mari podeszła do okna.
-Gdzieś wyruszają. - odparła. - Ale poza tym wiem tyle co i ty. Może otrzymali jakieś wezwanie. Założę się - zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu - że mieszkańcy Soloby znowu coś kombinują. Ich władca, Malonimus, to prawdziwy tyram... przynajmniej ojciec tak mówił.
-Co to jest Soloba? - spytała Ami.
Mari spojrzała na nią zaskoczona.
-Naprawdę nie wiesz?
-Jakoś nie spotkałam nikogo kto opowiedziałby mi historię Aesterry.
-Dobra, to ci opowiem. Nasz świat nazywa się Aesterra, to wiesz, tak?
Ami pokiwała twierdząco głową.
-Ojciec jest władcą Abolosu - kontynuowała Mari. - Zakładam że wiesz jak wygląda krajobraz naszej ojczyzny. Oprócz kilku pomniejszych państewek, na północ od nas leży Soloba. Kraj ten mimo że jest spustoszony i prawie wcale nie ma na jego terenie żyznej ziemi, jest potężny i dobrze się rozwija. Jego władca Malonimus to największy nasz wróg. Z tym że nie zawsze tak było. Kiedyś Abolos i Soloba były sojusznikami.
-A co się stało?
-Kiedyś, wieki temu księżniczka Soloby wyszła za mąż za króla Abolosu. W celu odnowienia dawnego już wówczas sojuszu. Ale kilka dni po zaślubinach panna młoda zmarła. Nikt nie mógł ustalić przyczyny zgonu. Na jej ciele ani w jej komnacie nie znaleziono niczego co pomogłoby ustalić jak zginęła. Król Abolosu długo rozpaczał po stracie ukochanej. Nie pomogły żadne tłumaczenia. Soloba uznała całe zajście za spisek i oskarżając mieszkańców Abolosu o zdradę zerwała sojusz. Do dziś władcy tego państwa mają do nas wielki uraz i traktują jak wrogów a przyczyny śmierci Lady Luizy do tej pory nie ustalono. Jej dawna komnata to jedyne miejsce w tym zamku do którego od pokoleń nikt nie wchodził.
-Jest zakaz, tak?
-Tak ale oprócz tego zaginął klucz od jej komnaty. Znajduje się dokładnie nad nami. Te szare okna o które wczoraj pytałaś są właśnie w jej komnacie. Po prostu pokrywa je warstwa kurzu i pajęczyn. Ostatni raz sprzątano tam jakieś paręset lat temu. A tak wracając do tematu, król Malonimus nigdy nie odpuszcza. Niewykluczone że dojdzie do wojny. - Mari podeszła do przeciwległej ściany i zdjęła z niej zawieszony na hakach krótki miecz. Podała go Ami. - Lepiej żebyś umiała się obronić.
-Mam z tobą walczyć?
-Pokażę ci parę chwytów. - Mari wyciągnęła zza pasa swój miecz. - Spróbuj mnie zablokować.
Ami się bała; oprócz tego że pierwszy raz miała w ręku miecz, to jeszcze ten miecz był prawdziwy.
-A to na pewno bezpieczne? - spytała jeszcze.
-Walka nigdy nie jest bezpieczna. - Mari wykonała szybki ruch i miecz Ami wypadł jej z ręki. - Lekcja pierwsza: mocniej trzymaj broń ale jednocześnie nie ściskaj jej kurczowo. I nie spuszczaj przeciwnika z oczu. Nie dawaj mu ulg bo i wróg nie będzie miał ich dla ciebie.
-Skąd ty to wszystko wiesz? - spytała Ami oddając broń.
Mari cofnęła jej rękę.
-Zatrzymaj go. Może ci się kiedyś przydać. Co do mojej wiedzy, uczył mnie generał Ingailor. A właśnie, chodź, spytamy się ojca co dokładnie się dzieje.
Mari i Ami wyszły na korytarz, skierowały się na schody i zeszły na dół do sali tronowej. Z pomieszczenia dochodziły jakieś głosy.
-Kryspin jest następcą tronu. - wyjaśniła księżniczka. - Jak on to mówi?: "Kolejna nudna lekcja, która na niewiele mi się przyda."
-Aż takie to nudne?
-Jego zdaniem tak. On chce być królem na własnych zasadach. - uśmiechnęła się do Ami. - Zrobimy im najście.
To mówiąc gwałtownie otworzyła drzwi i weszła do środka. Za nią nieśmiało wślizgnęła się Ami.
-Tato, masz chwilę? - spytała Mari.
-Mari, - skarcił córkę król - tyle razy ci mówiłem że księżniczce nie przystoi...
-Tato błagam, słyszałam to setki tysięcy razy.
-Więc czemu się nie słuchasz?
-Bo woli konne wyprawy poza zamek niż siedzenie w murach. - wtrącił się Kryspin.
Mari posłała mu spojrzenie pod tytułem "Zamknij się".
-Gdzie pojechał Ingailor? - spytała ojca.
-Sprawdzić co się dzieje w okolicznych wsiach. Szpiedzy donoszą że ostatnio widziano tam Solobańczyków.
-Mogę pojechać za nimi? Będę uważać na siebie, proszę.
-Nie ma nawet mowy, Mari. To niebezpieczne.
-Poradzę sobie. A poza tym mam dość siedzenia w zamku. Dlaczego nie wolno mi wyjść na dwór?
-Bo pada deszcz? - odparł Kryspin.
-To nie jest argument!
-Dobrze, jeśli zamierzacie się kłócić to ja wracam do obowiązków. - rzucił król i wyszedł z sali.
-I tak tam pojadę. - postanowiła Mari, gdy za ojcem zamknęły się drzwi.
Obydwoje byli bogato ubrani. Wieśniacy z tej wioski nie mieli jeszcze okazji zobaczyć księcia i księżniczki a tym bardziej gościć ich w swoich skromnych progach.
Gdy wjechali do wioski, na przeciw nim wyszła jedna z wieśniaczek, skłoniła się i powiedziała:
-Nie często tu przychodzicie. Czym zawdzięczamy tę wizytę?
-Po prostu Mari uparła się a ja muszę jej pilnować. - uśmiechnął się Kryspin. Posłał przelotne spojrzenie siostrze która zsiadła lekko z konia i podeszła do dziewczynki stojącej z dala od reszty dzieci. Tutejsi ludzie byli biedni ale chleba im nie brakowało. Natomiast ta jedna dziewczynka wyglądała gorzej od innych dzieci. Jakby była niedożywiona. Ale przede wszystkim była nieśmiała. Na widok idącej w jej stronę księżniczki, schowała się za rogiem chaty obok której stała.
Mari podeszła do niej i chwilę porozmawiały. Po chwili zwróciła się do zgromadzonych:
-Jeżeli nikt nie ma nic przeciwko, to Ami chciałaby wróci z nami do zamku.
Słowa siostry kompletnie zaskoczyły Kryspina. Wszystkiego się po niej spodziewał ale...
-Mari - odparł - nie możesz. Nie ty o tym decydujesz...
-Posłuchaj...
-...a na pewno nie w tym wieku.
-Ami jest sierotą. - wyjaśniła księżniczka. - Mówi że jej rodzice nie mieszkali w żadnej wsi, ale z dala od innych ludzi. Ostatniej zimy zmarli a ona chodzi od wsi do wsi ale nikt jej nie chce przyjąć. A poza tym jest w moim wieku. - posłała bratu jeden ze swoich uroczych uśmiechów.
-Ale... - Kryspin nie był przekonany.
-Weźmiemy ją, później ojciec zdecyduje. Ona niema nikogo.
Księżniczka nie czekając na odpowiedź brata pomogła wsiąść Ami na konia a potem poszła w jej ślady.
Generał Ingailor stał na blankach muru i patrzył na drogę przed zamkiem. Mari i Kryspin już dawno powinni wrócić. Po części za nich odpowiadał ale tej dwójki nie dało się upilnować. Zobaczywszy że wracają zszedł do bramy.
-Gdzieście byli tak długo? - spytał.
-Ojciec jest w zamku, generale, tak? - Mari jakby nie usłyszała poprzedniego pytania.
-Tak. Ale... - zaczął generał spoglądając na dziewczynkę stojącą obok księżniczki.
-Nawet nie pytaj. - odparł Kryspin i cała trójka weszła przez bramę, odprowadzana zdumionymi spojrzeniami strażników oraz ich dowódcy.
-Więc czy Ami może zostać na zamku? - spytała Mari po wyjaśnieniu rodzicom całej sprawy. - Sami przecież mówiliście że królewska rodzina powinna się troszczyć o poddanych, a ona jest sierotą.
-Zdaję sobie z tego sprawę, ale... - zaczął król.
Lecz żona wpadła mu w słowo:
-Jest w wieku naszej córki a w dodatku nie ma nikogo. Spytajmy jej o zdanie. Mari, - zwróciła się do córki - nauczysz ją wszystkiego, dobrze? Kryspin mówił że znacie się raptem od godzimy a już świetnie się dogadujecie.
Król posłał żonie zamyślone spojrzenie, po czym skinął na strażników stojących przy wejściu do sali tronowej:
-Wprowadźcie ją.
Ami weszła do środka, zbyt wystraszona żeby choć rozejrzeć się w około. Dopiero gdy napotkała wzrok Mari podniosła trochę głowę.
-Zapewne wiesz już o co chodzi? - zwróciła się do dziewczynki królowa. - Powiedz nam tylko czy się zgadzasz tu zostać.
-Wasza Wysokość, jeśli to możliwe...chciałabym mieć dom, odkąd zmarli moi rodzice krótki czas mieszkałam z ciotką, ale ona mnie nie lubiła.
-Chodź ze mną. - wtrąciła się nagle Mari. - Pokażę ci twój pokój.
Kilka dni później Mari i Ami siedziały w komnacie księżniczki. Siedząca na parapecie okna Ami patrzyła na dziedziniec. Od rana padał deszcz więc dziewczynki miały nie wiele do roboty. Ami cieszyła się że wreszcie nie musi marznąć na dworze nie mając dachu nad głową. Po raz pierwszy od wielu tygodni mogła się schować przed deszczem i zimnem i miała pewność że nikt jej nie wygoni. Nagle zobaczyła na dziedzińcu jakiś ruch. Żołnierze ustawiali się w szyku.
-Co się dzieje? - spytała, spoglądając na koleżankę.
Mari podeszła do okna.
-Gdzieś wyruszają. - odparła. - Ale poza tym wiem tyle co i ty. Może otrzymali jakieś wezwanie. Założę się - zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu - że mieszkańcy Soloby znowu coś kombinują. Ich władca, Malonimus, to prawdziwy tyram... przynajmniej ojciec tak mówił.
-Co to jest Soloba? - spytała Ami.
Mari spojrzała na nią zaskoczona.
-Naprawdę nie wiesz?
-Jakoś nie spotkałam nikogo kto opowiedziałby mi historię Aesterry.
-Dobra, to ci opowiem. Nasz świat nazywa się Aesterra, to wiesz, tak?
Ami pokiwała twierdząco głową.
-Ojciec jest władcą Abolosu - kontynuowała Mari. - Zakładam że wiesz jak wygląda krajobraz naszej ojczyzny. Oprócz kilku pomniejszych państewek, na północ od nas leży Soloba. Kraj ten mimo że jest spustoszony i prawie wcale nie ma na jego terenie żyznej ziemi, jest potężny i dobrze się rozwija. Jego władca Malonimus to największy nasz wróg. Z tym że nie zawsze tak było. Kiedyś Abolos i Soloba były sojusznikami.
-A co się stało?
-Kiedyś, wieki temu księżniczka Soloby wyszła za mąż za króla Abolosu. W celu odnowienia dawnego już wówczas sojuszu. Ale kilka dni po zaślubinach panna młoda zmarła. Nikt nie mógł ustalić przyczyny zgonu. Na jej ciele ani w jej komnacie nie znaleziono niczego co pomogłoby ustalić jak zginęła. Król Abolosu długo rozpaczał po stracie ukochanej. Nie pomogły żadne tłumaczenia. Soloba uznała całe zajście za spisek i oskarżając mieszkańców Abolosu o zdradę zerwała sojusz. Do dziś władcy tego państwa mają do nas wielki uraz i traktują jak wrogów a przyczyny śmierci Lady Luizy do tej pory nie ustalono. Jej dawna komnata to jedyne miejsce w tym zamku do którego od pokoleń nikt nie wchodził.
-Jest zakaz, tak?
-Tak ale oprócz tego zaginął klucz od jej komnaty. Znajduje się dokładnie nad nami. Te szare okna o które wczoraj pytałaś są właśnie w jej komnacie. Po prostu pokrywa je warstwa kurzu i pajęczyn. Ostatni raz sprzątano tam jakieś paręset lat temu. A tak wracając do tematu, król Malonimus nigdy nie odpuszcza. Niewykluczone że dojdzie do wojny. - Mari podeszła do przeciwległej ściany i zdjęła z niej zawieszony na hakach krótki miecz. Podała go Ami. - Lepiej żebyś umiała się obronić.
-Mam z tobą walczyć?
-Pokażę ci parę chwytów. - Mari wyciągnęła zza pasa swój miecz. - Spróbuj mnie zablokować.
Ami się bała; oprócz tego że pierwszy raz miała w ręku miecz, to jeszcze ten miecz był prawdziwy.
-A to na pewno bezpieczne? - spytała jeszcze.
-Walka nigdy nie jest bezpieczna. - Mari wykonała szybki ruch i miecz Ami wypadł jej z ręki. - Lekcja pierwsza: mocniej trzymaj broń ale jednocześnie nie ściskaj jej kurczowo. I nie spuszczaj przeciwnika z oczu. Nie dawaj mu ulg bo i wróg nie będzie miał ich dla ciebie.
-Skąd ty to wszystko wiesz? - spytała Ami oddając broń.
Mari cofnęła jej rękę.
-Zatrzymaj go. Może ci się kiedyś przydać. Co do mojej wiedzy, uczył mnie generał Ingailor. A właśnie, chodź, spytamy się ojca co dokładnie się dzieje.
Mari i Ami wyszły na korytarz, skierowały się na schody i zeszły na dół do sali tronowej. Z pomieszczenia dochodziły jakieś głosy.
-Kryspin jest następcą tronu. - wyjaśniła księżniczka. - Jak on to mówi?: "Kolejna nudna lekcja, która na niewiele mi się przyda."
-Aż takie to nudne?
-Jego zdaniem tak. On chce być królem na własnych zasadach. - uśmiechnęła się do Ami. - Zrobimy im najście.
To mówiąc gwałtownie otworzyła drzwi i weszła do środka. Za nią nieśmiało wślizgnęła się Ami.
-Tato, masz chwilę? - spytała Mari.
-Mari, - skarcił córkę król - tyle razy ci mówiłem że księżniczce nie przystoi...
-Tato błagam, słyszałam to setki tysięcy razy.
-Więc czemu się nie słuchasz?
-Bo woli konne wyprawy poza zamek niż siedzenie w murach. - wtrącił się Kryspin.
Mari posłała mu spojrzenie pod tytułem "Zamknij się".
-Gdzie pojechał Ingailor? - spytała ojca.
-Sprawdzić co się dzieje w okolicznych wsiach. Szpiedzy donoszą że ostatnio widziano tam Solobańczyków.
-Mogę pojechać za nimi? Będę uważać na siebie, proszę.
-Nie ma nawet mowy, Mari. To niebezpieczne.
-Poradzę sobie. A poza tym mam dość siedzenia w zamku. Dlaczego nie wolno mi wyjść na dwór?
-Bo pada deszcz? - odparł Kryspin.
-To nie jest argument!
-Dobrze, jeśli zamierzacie się kłócić to ja wracam do obowiązków. - rzucił król i wyszedł z sali.
-I tak tam pojadę. - postanowiła Mari, gdy za ojcem zamknęły się drzwi.
20 czerwca 2017
Legenda "Prolog"
Dwie krainy Abolos i Soloba. Jednocześnie tak podobne i tak różne od siebie. Jedna jest bogata, tworzą ją piękne równiny, gdzieniegdzie poprzecinane pasmami gór i rzek. Druga natomiast w większości leży na terenach nieprzyjaznych człowiekowi. Pokrywają ją pustynie i bagna; nie brak jednakże urodzajnych ziem. Obie krainy są tak samo silne militarnie, gospodarczo, ekonomicznie i politycznie. Obie też nieustannie toczą ze sobą wojny, napełniając lękiem mieszkańców pozostałych krain.
Istnieje legenda głosząca że pojawi się wojownik który zjednoczy zwaśnione kraje i przywróci pokój w Aesterze. Wojny trwają już jednak tak długo że ludzie przestali wierzyć w tą legendę i z pokolenia na pokolenie coraz więcej ludzi zapominało jej słów.
Istnieje legenda głosząca że pojawi się wojownik który zjednoczy zwaśnione kraje i przywróci pokój w Aesterze. Wojny trwają już jednak tak długo że ludzie przestali wierzyć w tą legendę i z pokolenia na pokolenie coraz więcej ludzi zapominało jej słów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)