Strony

12 sierpnia 2015

Tajemnice mieszkańców zoo (cz.3)



W Warszawskim zoo mieszkała dwuletnia lwica o imieniu Cleo. Była jedynym lwem w tym ogrodzie. Rodziców nie znała a jej wspomnienia z dzieciństwa ograniczały się do wizyt u weterynarza.

Pewnego razu, gdy zwierzęta jak co wieczór wyszły poza wybiegi, zagadnęła ją najstarsza ze słonic mieszkających w tutejszym zoo:

-Cześć Cleo. Znasz może historię swojej rodziny?

-Nie. A czemu pytasz?

-Najprawdopodobniej nikt oprócz mnie już tego nie pamięta. Byłam małym słoniątkiem gdy wszystko się zaczęło. A chciałabym żebyś znała dzieje swojej rodziny. Życie Cię nie oszczędziło. Prawie całe dwa pierwsze lata życia w szpitalu.

-Ale co w tym złego że nie znam przeszłości rodziny?

-Nic. Po prostu uważam że lepiej byłoby gdybyś ją znała.

-Aha. - pokiwała głową lwica. - Ale, mówiłaś że co się zaczęło gdy byłaś mała? - zapytała po chwili.

-To będzie długa historia. Może pójdziemy do mnie?

-Dobrze. - zgodziła się Cleo.


* * *


Naprawdę? - nie dowierzała Cleo gdy jej rozmówczyni późno w nocy skończyła opowiadać. - Naprawdę żył tu tygrys nienawidzący lwów? Naprawdę mój prapradziadek znał się na komputerach, tak jak ja? Naprawdę mam brata i miałam siostrę?

-Tak. - potwierdziła słonica. - Zapomniałaś się jeszcze spytać czy naprawdę twój ojciec umarł zanim się urodziłaś i czy naprawdę twoja matka cię odrzuciła. - dodała ze śmiechem.

-A czemu Mara nie przeżyła?

-Twoja siostra urodziła się z wadą płuc.

-A Leo?

-Jak mieliście miesiąc twój brat w niewyjaśnionych okolicznościach trafił do cyrku.

-A ja?

-Ty urodziłaś się chyba ze wszystkimi możliwymi wadami. Ale widocznie byłaś silniejsza od Mary bo część udało się wyleczyć a część sama ustąpiła. Nie miałaś jednak problemów z płucami. Mimo wszystko leczenie trwało dwa lata.


* * *


Po tej rozmowie Cleo zawzięcie szukała w internecie jakichkolwiek informacji na temat historii zoo w którym przyszła na świat. Dopiero po tygodniu udało się jej znaleźć dane dotyczące cyrku w którym prawdopodobnie znajdował się jej brat (na szczęście słonie znały nazwę tego cyrku). Było to nawet całkiem blisko bo okazało się że trupa będzie grać w najbliższych dniach na obrzeżach miasta.


* * *


Trafiła akurat na występ. Musiała więc poczekać. Gdy godzinę później weszła do pomieszczeń dla zwierząt, inne lwy nie przyjęły jej przyjaźnie. Mimo to lwica nie zraziła się.

-Który z was ma na imię Leo? - spytała cztery młode lwy będące na oko w jej wieku.

-Ja, a co? Masz jakąś sprawę? - lew nawet nie podejrzewał że rozmawia ze swoją siostrą. - I od kiedy lew może sobie tak po prostu chodzić gdzie chce? Wracaj lepiej do siebie zanim ludzie Cię zauważą i będziesz miała kłopoty.

-Nie kojarzę Cię. - wtrącił inny lew mieszkający razem z Leo. - Ty chyba nie jesteś stąd.

-Nie, ja jestem z zoo w Warszawie. Pamiętasz coś może? - lwica zwróciła się do brata.

-Nie wiem. A dlaczego chcesz to wiedzieć? - spytał podejrzliwie.

-Bo ty się tam urodziłeś a ja jestem twoją siostrą.

-Co?!

-Urodziłam się 15 czerwca dwa lata temu.

-Ja też!

-I mieliśmy też siostrę Marę, ale ona umarła chwilę po narodzinach.

Cleo miała nadzieję że udało jej się przekonać brata i że wrócą razem do domu. Ale gdy

mu to powiedziała, lew odparł:

-Zdajesz sobie sprawę że nie mogę uwierzyć Ci na słowo. Wychowałem się tu, mieszkam w tym cyrku odkąd pamiętam, a tu nagle przychodzi jakaś lwica i mówi że jestem jej bratem. Niee. Musiałaś mnie z kimś pomylić.

-Możesz pójść ze mną i posłuchać opowieści pewnej słonicy. Później jak będziesz chciał to ja nie bronię Ci tu wrócić. Możesz chyba na chwilę wyjść, nie?

-No, ewentualnie mógłbym. Ale pod warunkiem że odprowadzisz mnie z powrotem. Nie jestem pewny czy umiałbym tu sam trafić. Nigdy nie wychodziłem dalej niż na wybieg i arenę.

-Czyli pójdziesz ze mną? - ucieszyła się lwica.

Leo nie zdążył odpowiedzieć. Usłyszeli czyjeś kroki na zewnątrz.

-Schowaj się. - syknął lew.

Gdy treser wszedł do środka, Cleo ze swojej kryjówki doskonale go widziała. Widziała też jak wszyscy cofali się na drugi koniec klatek gdy ten przechodził obok. Zaraz za nim wszedł jakiś aktor i zawołał kolegę. Gdy oboje wyszli jeden z dorosłych lwów powiedział:

-Nie dacie rady wyjść ani ich przechytrzyć. Ten co tu przyszedł pierwszy jest naprawdę okropny i moim zdaniem nie powinien mieć kontaktu ze zwierzętami. Oni wszyscy są zbyt sprytni. To dlatego Leo powiedział Ci że nigdy nie wychodził dalej niż poza teren cyrku. Jeśli Cię złapią już im nie uciekniesz.

-Udało mi się wejść to uda mi się wyjść.

-No, ewentualnie nocą gdy wszyscy będą spać. - kontynuował lew. - A nie, przepraszam, w nocy wystawiana jest warta. Nie wiem po co i nie chcę wiedzieć. Pozostaje jednak problem: klatka tych podrostków zamykana jest na kod który zna tylko nasz opiekun. To ten co tu przed chwilą był. Jak chcesz poznać ten kod?

-Mogę schować się w takim miejscu że będę widziała jakie guziki wciska. Na przykład tu. -

Cleo weszła za jakieś skrzynie i pudła stojące trochę z boku. - I jak, widać mnie?

-Nie widać, - odparł Leo - ale lepiej żeby ludzie byli tego samego zdania. Masz przechlapane jeśli ktoś Cię tu znajdzie.

Gdy dwie godziny później treser wrócił z zamiarem zmienienia kotom wody, Cleo uważnie się przyjrzała jakie cyfry wciska ich opiekun. Gdy zostali sami lwica natychmiast opuściła kryjówkę i otworzyła klatkę. Udało im się wyjść niepostrzeżenie poza teren cyrku. Poszło tak gładko że Leo był pod wrażeniem.


* * *


Powrót zajął im niecałą godzinę. Na miejscu Leo zupełnie nie spodziewał się takiej reakcji.

-Leo. Dobrze Cię znowu widzieć. Miałeś niecały miesiąc gdy widziałam Cię ostatni raz. A teraz jesteś prawie dorosły.

Leo nie wiedział co odpowiedzieć. Nie znał tu nikogo.

-Opowiesz mu to co ostatnio mi opowiadałaś? - spytała Cleo.

-Jasne. Ale Leo, nie jesteś zmęczony? Nie wyglądasz dobrze. Może teraz odpoczniesz a opowiem Ci jutro.

-Może i tak być. - zgodził się lew. Rzeczywiście, był zmęczony.

Cleo rzuciła okiem na brata. Dopiero teraz zauważyła coś co wcześniej umknęło jej uwadze. Tamten lew miał rację mówiąc, że ich opiekun nie powinien mieć kontaktu ze zwierzętami. Leo wyglądał jakby go głodzili. Miał zapadnięte boki, futro było w fatalnym stanie.

-To co Leo? Idziemy? - Cleo ruszyła w stronę wybiegu lwów. Jej brat podążył za nią.

Gdy weszli na wewnętrzny wybieg Leo zatrzymał się w progu. Całe to otoczenie przywołało dawno zatarte wspomnienia. Były na tyle wyraźne że mimo zmęczenia długo nie mógł zasnąć.


* * *


Gdy rano Cleo wyszła z jaskini, Leo już nie spał. Siedział przy wejściu.

-Cześć braciszku. Wyspałeś się?

-Można tak powiedzieć.

-Można tak powiedzieć? Dobrze, chodźmy na śniadanie a potem do słoni.


* * *


Gdy koty jadły, wygląd Leo nie uszedł uwadze opiekunów. Jednak z wizytą u weterynarza trzeba było poczekać ze względu na chwilową nieobecność lekarza.


* * *


-Kiedyś mieszkały tu dwa lwy: Rosa i Dukat. Mieli oni trzech synów. Ale w międzyczasie przez pewien czas mieszkał tu też pewien tygrys. Nie lubił on lwiątek a szczególnie Zulusa, Amora i Arko. Tą trójkę za wszelką cenę próbował pozbawić życia ale na szczęście nie udało mu się to. Parę lat później Rosa padła ze starości, Dukata przewieziono do innego zoo a tutaj trafiła młoda lwica z cyrku. Tej czwórce udało się pozbyć Minora. Jakiś czas później po unieszkodliwieniu tygrysa, przyjechały do nas kolejne dwie lwice a Sofia urodziła czwórkę kociąt. Gdy lwiątka miały rok, wszyscy pojechali do Afryki. Z tej wycieczki dwie z trzech dorosłych lwic nie wróciły. Nie chcieli mówić co się tam wydarzyło. Wiem tylko że pokonali Minora - słonica uprzedziła pytanie Leo. - Rok po powrocie czwórka rodzeństwa pojechała do innych ogrodów zoologicznych. Pozostałe lwy zostały już tu do końca życia. Wasi dziadkowie i rodzice chyba nawet nie wiedzieli o historii z tym tygrysem. Nie wiem. W każdym razie i oni się o to nie pytali i ja im nie mówiłam. - zakończyła.

-Aha. - Leo popatrzył przed siebie zamyślony.


* * *


-Opowiedz mi o swojej przeszłości. - poprosiła Cleo gdy wracali od słoni.

-Nie chcę o tym mówić. - odparł lew.

Było już popołudnie. Po powrocie do domu oboje położyli się na kopule na swoim wybiegu.

-Nadal chcesz wracać? - spytała lwica w pewnej chwili.

Leo nie odpowiedział. Oparł głowę na przednich łapach i patrzył przed siebie. Mogłoby się wydawać że w ogóle nie usłyszał pytania.

Lwica nie otrzymawszy odpowiedzi nie pytała o nic więcej.

Oboje pogrążyli się we własnych myślach. Leo zastanawiał się co teraz: zostać z nowo odnalezioną siostrą w nieznanym otoczeniu, czy może wracać do znanych miejsc w których się wychował ale gdzie nikt go nie lubił.


* * *


Minęło pół roku. Gdy Cleo zobaczyła brata pierwszy raz po okresie kwarantanny u weterynarza, w pierwszej chwili nie poznała go. Gdy znowu mogli razem mieszkać lwica nalegała Leo żeby ten opowiedział jej o swoim życiu w cyrku. Dla lwa nie był to miły temat do rozmowy ale coraz bardziej ulegał prośbom siostry.


* * *


Gdy Cleo usłyszała historię brata była przerażona.

-Przecież nikt nie przeżyłby w takich warunkach!

-Ze wszystkich w tym cyrku tylko weterynarz był miły. Nie mógł jednak wpłynąć na decyzję dyrektora i tresera o poprawieniu warunków.

-I to dlatego nie boisz się weterynarzy. - zamyśliła się lwica.

-Co się tam dzieje? - spytał Leo widząc ruch przy wybiegu tygrysów.

-Nie wiem i nie interesuje mnie to. - rzuciła Cleo. - Mam chyba uraz do tygrysów.

Leo poszedł sprawdzić co jest powodem zbiórki pracowników zoo. Gdy po 15 minutach wrócił, jego siostra spytała:

-I co, coś ciekawego?

-Zadowolona to ty chyba nie będziesz. Tygrys. Po tylu latach nieobecności.

-Mam nadzieję że przynajmniej jeden. A kociak czy dorosły?

-Chyba jakieś dziesięć miesięcy.

-Mam nadzieję że nie będzie z nim problemów.


* * *


Tydzień po przyjeździe nowego mieszkańca zoo, rodzeństwo lwów siedziało przy fontannie i rozmawiało. A tu nagle z krzaków skacze na nich tygrys.


-Co ty robisz? - oba lwy nieźle się wystraszyły.


-Od kiedy lwy mają prawo żyć? - spytał mały z przekąsem, przysiadając na tylnych łapach, na przeciwko lwów.


Leo i Cleo wymienili spojrzenia.


-Jak Ci na imię? - spytała lwica.


-Harry. - odparł. - A co Ci do tego?


-Gdzie się wychowałeś? - spytał Leo.


-W Sydney. O co wam chodzi?


-Czy twój prapradziadek miał na imię Minor? - dopytywała się Cleo.


-Tak! - nie wytrzymał tygrys. - Powiecie mi w końcu o co wam chodzi?!


-Najpierw opowiedz o sobie i swojej rodzinie wszystko co wiesz. - warknął Leo.


-A niby dlaczego?


-Bo ja tak mówię.


-Musiałbyś mnie zmusić - odparł hardo tygrysek. Chwilę później Leo skoczył na niego i przytrzymał przy ziemi. - Dobra, dobra powiem. Tylko mnie puść.


-A ty uciekniesz. Mów. - powiedziała Cleo.


-Mama mi zawsze powtarzała że lwy nie mają prawa istnieć. Mówiła też, że jej dziadek Minor mówił jej matce (mojej babci) żeby jego ród dalej próbował zabić lwy żyjące lub urodzone w Warszawskim zoo. Nie wiem dlaczego. Ale to że Warszawskie lwy muszą zginąć, przechodzi od Minora z pokolenia na pokolenie.


-Aha. I pewnie uznasz to za kompletną bzdurę, gdy usłyszysz co motywowało twojego prapradziadka do takich czynów.


-Ale co?


-Całe jego życie. Brak miłości rodziców, brak zrozumienia. Poza tym to działo się jakieś cztery pokolenia temu. Około pięćdziesięciu lat temu. Nie uważasz że czas zakończyć tą historię?


-Moi rodzice nie żyją. Nie mam rodzeństwa. Mogę polubić lwy o ile nie spotka mnie podobny los do mojego prapradziadka.


-Czyli co, zgoda? W imieniu tych którzy zaczęli całą tą historię?


-Zgoda.


Cała trójka wróciła zgodnie na swoje wybiegi. Harry dostał szansę na życie bez zemsty sprzed lat; Leo i Cleo natomiast nie przypuszczali że załatwili kawał dobrej roboty. Zażegnali spór rozpoczęty lata temu, nie dopuszczając tym samym żeby historia powtórzyła się po raz trzeci.


* * *


Harry dorósł, kilka lat później założył rodzinę a z lwami się zaprzyjaźnił. Między lwami i tygrysami, po pięćdziesięcioletniej przerwie, na nowo zapanowały spokój i zgoda.

11 sierpnia 2015

Tajemnice mieszkańców zoo (cz.2)

Jakiś czas po ostatnich wydarzeniach i „przygodach” z Minorem, do Amora, Zulusa, Arko i Sofii przyjechały dwie dorosłe już lwice. Miały oczywiście jakieś dwa tygodnie na przyzwyczajenie się do nowych warunków i nowego otoczenia. Ale gdy po tym okresie opiekunowie próbowali dołączyć je do pozostałych lwów… Pierwsze spotkanie odbyło się przez szybę (na wypadek gdyby któremuś przyszło do głowy zaatakować). Bracia na początku niebyli specjalnie zainteresowani. Sofia natomiast warczała i drapała szybę. Widocznie miała ochotę rozszarpać nowe „konkurentki” i gdyby nie szyba z pewnością by to zrobiła. Obie nowe lwice siedziały natomiast jak najdalej od szyby. Zauważyły że w pewnym momencie jeden z samców podszedł do lwicy i szepnął coś do niej. Ta chwilę na niego popatrzyła i uspokoiła się.
Stanęło więc na tym że bracia z Sofią będą na większym wybiegu, a nowe lwice na drugim mniejszym.
Po zamknięciu zoo, jak co wieczór, wszyscy wyszli poza swoje wybiegi. Sofia rozmawiała z braćmi, a raczej prawie się kłócili, gdy zobaczyli niedaleko nowe lwice. Sofia podeszła do nich, przyglądając im się nieufnie. Pozostałe lwy wkrótce do niej dołączyły. Jedna z nowo przybyłych schowała się za siostrę. Po dłuższej chwili takiego stania i patrzenia na siebie na wzajem, Sofia powiedziała:
-Ja jestem Sofia, to są bracia Zulus, Amor i Arko – wskazała kolejno łapą. – A wy? – spytała.
-Ja jestem Berghi, a to moja siostra Zion. – odparła jedna z lwic.
-Skąd wy jesteście? – chciała wiedzieć Sofia.
-Z zoo w Pradze. – odparła Berghi.
-W Pradze? – zapytał Amor. – Przecież tu jest Stara Praga.
-Chodzi mi o stolicę Czech. To inne miasto. Trochę daleko. – wytłumaczyła Berghi.
-Może was oprowadzić?- zasugerował Arko zmieniając temat.
Zion i Berghi trochę się bały tej czwórki. Byli dla nich obcy. Wydawali się jednak całkiem mili. Po krótkim zastanowieniu przystały na propozycję.
-Dobrze – powiedziały.
Cała szóstka obeszła wszystkie wybiegi. Berghi i Zion zostały dokładnie poinformowane co i jak. Ominęli tylko jeden wybieg, co wydawało się troszkę dziwne. Ale że była to już późna noc, a nadal mieszkali na oddzielnych wybiegach, postanowiły więc spytać o to następnego wieczoru.
* * *
Następnego wieczoru, gdy tylko spotkali się przy wejściu do rekinarium, Berghi powiedziała: – Wczoraj chyba ominęliśmy jeden wybieg. Kto na nim mieszka?
-Raczej mieszkał. – powiedziała Sofia.
-Mieszkał? – zdziwiła się Zion. – To ten wybieg jest aktualnie pusty?
-Tak. – potwierdziła Sofia.
-Dlaczego? – spytały Berghi i Zion niemal równocześnie.
-Ty im powiedz, Zulus – poprosiła Sofia. – Znasz go najlepiej z nas wszystkich.
-Ale kogo? – dopytywała się Zion.
-Mieszkał tam kiedyś Minor. – zaczął Zulus. – Taki niezbyt miły tygrys syberyjski. Ale nie znam go dobrze. Lepiej będzie jeśli spytamy kogoś kto zna go dużo lepiej niż my…
-On kiedyś próbował nas zabić i pewnie nadal chce. – wtrącił Amor ignorując spojrzenie brata który nie lubił jak mu ktoś przerywał. – Wysłaliśmy go więc na inny kontynent, żeby dał nam spokój. Ale o jego przeszłości nic nie wiemy…
-Do tego jest ryzyko że on wróci. – tym razem wtrąciła się Sofia.
-Mówiłaś że stamtąd niema jak uciec. – przypomniał Zulus.
-On jest nieobliczalny. – Sofia broniła swego zdania.
-Naprawdę? On tu może wrócić? – wystraszyła się Zion.
-Tak. – potwierdziła Sofia. – Może wasz ojciec będzie więcej o nim wiedział, co, Amor?
-Możliwe.
-Świetnie. – ucieszyła się Sofia. – W takim razie ktoś musi pojechać do Nowego Jorku i się o niego spytać. Ale ja od razu mówię że zostaję w domu. I Zulus też.
-Nie będziesz za mnie decydować!
-Nie poradzę sobie sama jeśli on wróci a was nie będzie. Proszę Cię, zostań.
-Dobra, ja pojadę. – powiedział Amor, widząc że nie ma jakoś chętnych.
-I ja. – dodał Arko.
-My też możemy jechać? – zapytała Berghi.
-Oczywiście. – zgodził się Amor. – Tylko nie zmieńcie zdania w połowie drogi, bo nie będzie jak zawrócić. – dodał.
-Oczywiście. – odparła Zion. – Kiedy wyruszamy?
-Jak najszybciej. A najlepiej teraz.
* * *
Godzinę później byli na lotnisku na Okęciu. Była północ więc wielkiego tłumu raczej nie było. Amor wolał być jednak ostrożny. Pozostałym kazał poczekać w ukryciu, a sam poszedł sprawdzić loty do Nowego Jorku. Pół godziny później był z powrotem.
-Słuchajcie. Za pół godziny mamy samolot. Odrzutowiec. Z tym że pasażerski.
-Ale gdzie będziemy? Na miejscu dla pasażerów? – dopytywał się Arko.
-Tak, – potwierdził lew – nie ma na ten lot zbyt wielu podróżnych, więc myślę że nikt nas tu nie zauważy. Chodźcie bo się spóźnimy.
* * *
-Jak my wsiądziemy niezauważeni? – zaniepokoiła się Berghi, widząc mały tłum przy jedynym czynnym wejściu.
-To proste. Wywołam panikę,a wy wsiądziecie jak ludzie przestaną zwracać uwagę na wejście.
Zanim reszta zdążyła się odezwać, Amora już nie było. Nie widzieli co robi, ale po dłuższej chwili wybuchła panika, więc bez problemu dostali się do środka odrzutowca. Amor dołączył do nich chwilę później. Poszli na tył samolotu, do czterech ostatnich rzędów, położyli się na fotelach i czekali. Później, gdy obsłudze samolotu udało się opanować panikę, okazało się że połowa samolotu była pusta.
-Jak długo będziemy lecieć? – spytała Berghi.
-Około siedmiu godzin. – odparł Amor.
Nie mogli za bardzo rozmawiać, żeby nikt ich nie usłyszał. Poza tym wszyscy byli zmęczeni. Amor, Arko i Zion po kilkunastu minutach zasnęli, ale Berghi nie mogła spać. Wyglądała przez okno. Nie było dobrego widoku ze względu na ciemności i chmury.
-Wstawaj, już wysiadamy – głos siostry wyrwał ją z głębokiego snu.
-Co się stało? – spytała jeszcze nie do końca obudzona.
-Jesteśmy na miejscu – powtórzyła Zion.
Wysiedli tak samo jak wsiedli. Amor wywołał panikę, a reszta ukryła się w pobliskich krzakach. Nagle…
-Zoo otwierają za godzinę.
Cała trójka odwróciła się wystraszona. Uspokoili się jednak, widząc że to Amor.
-Nigdy więcej tak nie rób. – poprosił Arko.
-Przepraszam. – odparł Amor. – Rozmawiałem przed chwilą z takim jednym kotem. Powiedział że zoo otwierają za godzinę i że nas tam zaprowadzi.
Lwy dopiero teraz zauważyły starego, czarnego kocura stojącego obok lewej przedniej łapy Amora.
-Jestem Majk. – przedstawił się kocur. – Jeśli chcecie wejść do zoo, musimy się pospieszyć.
-Czemu? – chciała wiedzieć Berghi. Kot jednak zignorował pytanie lwicy i poszedł przed siebie. Lwy podążyły jego śladem.
-Są tam nowe zwierzęta, chyba fossy. Od jakiegoś czasu są wielkie tłumy w tym zoo, od rana do wieczora, bo każdy chce zobaczyć nowy nabytek. Nie ma więc szans wejść i wyjść niezauważonym w godzinach otwarcia. – wyjaśnił Majk po drodze.
* * *
-Traficie dalej sami? – spytał kocur gdy znaleźli się pod bramą.
-Tak. Dziękujemy za pomoc. – odpowiedział Amor. – To co. Idziemy. – rzucił do towarzyszy i przeskoczył przez bramę.
Dość szybko znaleźli wybieg dla lwów. Oprócz Dukata mieszkały tam jednak jeszcze trzy lwice, jak wynikało z napisu na tabliczce. Na szczęście pań nie było akurat w domu. Arko zaryczał (niemal szeptem), żeby zawołać ojca. Po powitaniu, Amor wyjaśnił w skrócie ojcu o co chodzi.
-Dobrze, opowiem wam, ale później. Wyglądacie na zmęczonych. Najpierw może trochę odpoczniecie. – Spojrzał na Zion, która patrzyła się błagalnie na Amora. – Chodźcie do środka. Soraja, Vivien i Lajla są na mieście. – dodał widząc wahanie swych gości.
Amor był zmęczony, ale obawiał się tych lwic. Do tego błagalne spojrzenie Zion. W końcu przyjął propozycję i cała piątka weszła na wewnętrzny wybieg. Ojciec zaprowadził ich do jaskini. Lwice zasnęły chwilę po tym jak się położyły. Arko też ułożył się do snu, ale widząc że Amor jakoś się nie kładzie, spytał:
-A ty nie jesteś zmęczony?
-Jestem, ale…te lwice…wolałbym ich nie spotkać osobiście na terenie tego zoo.
-Tata mówił że są na mieście. Nie powinny chyba zbyt szybko wrócić, nie? Połóż się na trochę. Najwyżej wytłumaczymy im, po co tu przyjechaliśmy. A po za tym, – tu zerknął na śpiące Berghi i Zion – ich raczej nie namówisz teraz na jak najszybszy powrót.
-No nie wiem… – Amor nie wiedział co myśleć na ten temat. W końcu i on się położył.
* * *
Cała czwórka obudziła się dopiero wczesnym popołudniem.
-Opowiedz nam o tym tygrysie. – poprosiła Berghi.
-On się urodził w zoo w Warszawie. Jego ojciec odrzucił go, a matka i dwójka jego rodzeństwa czymś się zatruli i nie udało się ich uratować. Miał wtedy 3 miesiące. Opiekunowie musieli więc przenieść go do starej lamparciarni. Spędził tam cały miesiąc w wieku w którym powinien być z rodziną. Był tam sam. Gdy miał 4 miesiące trafił do zoo w Bydgoszczy. Była szansa że zaadoptuje go tamtejsza tygrysica która niedawno straciła małe, a miała jeszcze mleko. Tak się jednak nie stało i Minor dorastał właśnie w Bydgoszczy, ale znowu bez kontaktu z innymi tygrysami. Gdy miał rok wrócił jakoś sam do Warszawy, no i zaczęła się historia z zabijaniem kociąt. Pół roku po jego powrocie urodził się Zulus. Minorowi udało się zabić trójkę jego rodzeństwa z miotu, ale Zulusa nie zdążył. Rosa spuściła mu takie lanie że od tamtej pory śmiertelnie się jej bał i omijał ją szerokim łukiem. Mimo to jednak widocznie poprzysiągł sobie że nie spocznie puki go nie zabije. Ataki powtarzały się coraz częściej, jednak na ogół wtedy gdy Rosy nie było w pobliżu. Niecały rok później urodziliście się wy. Wtedy nawet Rosa czasem była bezsilna wobec niego. Nie wiem czy pamiętasz, Arko. Minor raz nawet uwięził Cię na jednym z filarów mostu na Wiśle. Jakiś czas po tej akcji tygrys trochę przystopował. Później nie wiem co się działo z nim, bo przywieźli mnie tutaj. Faktem jest jednak że po śmierci Rosy, Minor czuł się bezkarny. – Spojrzał na Zion i Berghi. – Dalej oni powinni już znać tą historię.

-Tak – powiedział Arko. – Wysłaliśmy go do Sydney, do Australii, ale podejrzewamy że może wrócić. Mimo że zoo w Sydney to prawdziwa forteca.

-Ale to nadal nie wyjaśnia dlaczego Minor ma manię zabijania kociąt. – niezrozumiała Zion.
-Nie wiem dokładnie. – odparł Dukat. – Wydaje mi się że on uważa że jeśli jego rodzeństwo nie mogło żyć, to inne młode koty też muszą zginąć.

-Ale my jesteśmy już dorośli. – zauważył Amor.

-Może on do was i Zulusa ma szczególny uraz?

Wszyscy pogrążyli się we własnych myślach. Nikt nie zauważył że powoli zaczyna się ściemniać. Zresztą i tak nie było okien na tym wybiegu. W pewnej chwili Zion szepnęła do Berghi: Która godzina?

-Nie wiem, – odparła tamta. – a czemu pytasz?

-Bo zwiedzających jest coraz mniej tutaj.

-Rzeczywiście. – powiedziała Berghi. A po chwili głośniej spytała: O której zamykają to zoo?

-O 18.00. – odpowiedział jej jej Dukat. – A co?

-Bo ludzie chyba wychodzą już z zoo. Która godzina? – Berghi powtórzyła pytanie siostry.

-Jest 17.30. – odparł Dukat wskazując łbem jakiś punkt poza wybiegiem. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku i zobaczyli dość duży zegar. – Chcecie zostać na noc, czy wolicie teraz wrócić?

Amor chciał coś powiedzieć, ale Arko go uprzedził.

-Zostaniemy na noc – powiedział.

W tym momencie usłyszeli czyjeś kroki na zewnątrz.

-Wróciły. – powiedział Dukat. – Zajmę je czymś a wy wyjdźcie od tyłu. – I wyszedł na zewnętrzny wybieg. Reszta posłusznie wyszła bocznym wyjściem.


* * *


-Co teraz? – spytała Zion, gdy byli z powrotem na lotnisku.

-To samo co w Warszawie. Zgoda? – odparł Amor i już go nie było.


* * *


-Co tak długo? – spytała Sofia, gdy o drugiej w nocy lwy wróciły do domu.

-Nie mów że myślałaś, że do Ameryki pojedziemy i wrócimy w godzinę. – odparł Amor.

Sofia wyczuła nutkę zirytowania w jego głosie i wiedziała że w takim wypadku lepiej było odłożyć wszelkie pytania i wyjaśnienia na później. Powstrzymała się więc od zadania lawiny pytań.

Jednak gdy byli już przy wybiegu dla lwów, niewytrzymała.

-I czego się dowiedzieliście? – spróbowała delikatnie.

-Opowiemy wszystko rano. Błagam, daj nam odpocząć. – Amor usiłował mówić spokojnie. Ale Sofia nie pytała o nic więcej.

Zion i Berghi poszły na swój wybieg, a Amor, Arko i Sofia, na swój. Zulusa tam nie było. Widocznie siedział u kogoś do późna.

-A gdzie Zulus? – Arko wolał wiedzieć.

-Pewnie u goryli, albo jaguarów – odparła Sofia.

-Nie mówił Ci gdzie idzie? – dopytywał się Arko.

-Nie.

-Możemy odłożyć wszelkie rozmowy na rano?! – Amor zaczynał tracić cierpliwość.

-Dobra, dobra, złośniku. Nie złość się już. – zażartowała Sofia. Arko zaśmiał się cicho, chowając pysk między przednie łapy, żeby brat nie zauważył. Na darmo. Amor popatrzył na nich przez chwilę.

-No co? – zapytała Sofia.

-To nie jest śmieszne, Arko. – odparł przez zęby Amor. – I to nie jest pora na żarty, Sofia. Dobranoc.

Amor odwrócił się do nich plecami.

Ale Arko nadal nie mógł powstrzymać śmiechu. Po chwili dołączyła do niego Sofia.

-Jeszcze coś?!

-Nie, już nic. – powiedział Arko i wyszedł na dwór żeby się uspokoić i nie irytować brata żartem Sofii.

Sofia wyszła na dwór chwilę po Arko, po tym jak Amor zagroził jej że jak się natychmiast nie uspokoi to resztę nocy spędzi na dworze. Oboje jednak wrócili z powrotem do jaskini po jakichś 20 minutach. Tym razem już poszli spać.


* * *


Rano, ledwo zdążyli zjeść śniadanie, Sofia zaczęła dopominać się o informacje. W międzyczasie wrócił Zulus, położyli się więc wszyscy na skalnej półce nad jaskinią na wewnętrznym wybiegu i Amor zaczął opowiadać historię Minora, którą dzień wcześniej usłyszał od ojca.

Ledwo skończył, zawołali ich opiekunowie. Okazało się że próbują dołączyć do nich Zion i Berghi, i sprawdzali przez szybę ich reakcję. Tym razem próba zakończyła się sukcesem i cała szóstka mogła zamieszkać na dwóch zewnętrznych wybiegach i jednym wewnętrznym.


* * *


Minęło kilka miesięcy. Berghi i Zion bardzo zaprzyjaźniły się z czwórką Warszawskich lwów. Natomiast Sofia urodziła czwórkę kociąt. Dwie lwiczki i dwa lwiątka. Musiała się nimi zajmować, nie miała więc czasu na zabawę z Berghi i Zion. Na szczęście młode miały się dobrze i interwencja opiekunów niebyła potrzebna. Pozostało tylko wymyślenie im imion.


* * *


Miesięczne lwy są ciekawskie i zaczyna się okres coraz bardziej szalonych zabaw. Dlatego Linus, Laia, Zuki i Nero często pakowali się w kłopoty a dorośli praktycznie bez przerwy musieli mieć je na oku. A ta czwórka była bardzo ciekawska i rozbrykana. Raz Linus wszedł do fosy i nie umiał wyjść. Innym razem Zuki weszła do fosy gdy była w niej woda i gdyby Berghi nie było w pobliżu pewnie by się utopiła. Laia i Nero natomiast wdrapali się na drzewo i jedno nie umiało zejść a drugie dodatkowo zaklinowało się między konarami. Na szczęście nikt nie zginął ani bardziej poważnie nie ucierpiał.


* * *


Mogli wychodzić już poza wybieg. Mieli przecież w końcu pół roku. Pewnego wieczoru Nero wrócił do domu podekscytowany i od razu krzyknął:

-Nie zgadniecie czego się dzisiaj dowiedziałem! Rozmawiałem z bocianami. Mówiły że zanim tu trafiły, latały do ciepłych krajów i do Afryki. Mówiły że Afryka to bardzo piękny kontynent, że są tam piękne widoki. Pojedziemy tam?

Dorośli byli zaskoczeni pytaniem Nero. Nie wiedzieli co odpowiedzieć. Zuki natomiast podchwyciła pomysł i też zaczęła się dopytywać czy i kiedy mogą pojechać do Afryki.

-Jeśli już w ogóle mielibyśmy gdzieś jechać, – powiedziała w końcu Sofia – to na pewno nie teraz. Dopiero jak skończycie rok. Na razie jesteście jeszcze za mali na tak daleką podróż.

-Oj, prosimy. Nie możemy wcześniej? – nalegała Zuki.

-No właśnie. Przecież będziemy z wami, więc nic się nam nie stanie. – Nero wspierał siostrę.

Laia i Linus na początku nie wiedzieli co myśleć o pomyśle brata. W przeciwieństwie do Zuki i Nero, woleli to co znane i bezpieczne. Jednak fakt że w razie czego nie będą tam sami, zaważył o ich podejściu do pomysłu Nero.

-Przecież chyba będziemy mogli wrócić tu w każdej chwili. – pisnęła Laia.

-Nie zdajecie sobie sprawy jak daleko jest Afryka, prawda? – odparł Amor. – Nie będzie można wrócić ot tak sobie w każdej chwili. To za daleko.

-Prosimy. Będziemy grzeczni. – powiedziały wszystkie cztery lwiątka na raz.

-Możemy pojechać do Afryki, dzieci. Ale dopiero jak będziecie starsi. – uciął dyskusję Zulus.

Nero i Zuki wyszli na dwór obrażeni. Laia i Linus poszli natomiast spać. Chwilę potem także dorośli. Amor jednak nie mógł zasnąć, poza tym minęło już sporo czasu a lwiątka nie wracały. Lew wyszedł więc do nich, sprawdzić czy wszystko w porządku. Oboje nie chcieli jednak rozmawiać.

-Dobrze, to wróćcie przynajmniej do domu. – powiedział Amor, gdy oba lwiątka uciekły na drugi koniec wybiegu i odwróciły się do niego tyłem. – Noc jest dosyć chłodna.

-Zaraz wrócimy, ok? – zgodził się niechętnie Nero.

Amor wrócił więc zrezygnowany do jaskini. Lwiątka przyszły jakieś 15 minut później, nadal obrażone.


* * *


Rodzeństwo po jakimś czasie zapomniało o wycieczce do Afryki. W zoo było przecież tyle do zobaczenia i odkrycia. Całymi dniami biegali po całym terenie ogrodu (oczywiście tak żeby zwiedzający ich nie zauważyli). Nawet się nie spostrzegły jak skończyły rok.

Afryka jednak nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Chęć pojechania na tamten kontynent, wróciła lwiątkom gdy do zoo przywieźli rannego bociana który opowiedział im o swojej ostatniej podróży do ciepłych krajów.


* * *


Gdy tylko bocian zakończył opowieść, wszystkie cztery pobiegły natychmiast do domu. Dorośli jednak gdzieś poszli. Lwiątka zastały tylko Zion.

-Gdzie mama? – spytał Linus od progu.

-Nie wiem. Nie mówiła gdzie dokładnie idzie.

-To poczekamy. – powiedziała Zuki i położyła się obok Zion.

Reszta była jednak zbyt podekscytowana, by móc dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Rodzice na szczęście wrócili niebawem. Dzieci natychmiast do nich podbiegły.

-Co z tym wyjazdem do Afryki? – chciała wiedzieć Zuki.

-No właśnie. Jesteśmy już trochę starsi. – wtórował jej Nero.

-Uspokójcie się i dopiero mówcie. – skarciła

-Co z wyjazdem do Afryki? – zapytał Nero, niemal przeciągając słowa.

Dorośli wymienili spojrzenia. Znowu nie wiedzieli co o tym myśleć. Ale ostateczna decyzja należała do Amora. Lew nie miał nic przeciwko tej wycieczce. Było to jednak niebezpieczne, a poza tym, co jeśli Minor się uwolnił i spotkają go w Afryce? Nie będzie trudno go zauważyć bo tygrysy w Afryce nie żyją. I jeszcze jedno – jak sześć dorosłych i cztery roczne lwy mają niezauważone przejść całą długą drogę? Szanse były raczej znikome. Zulus obiecał im jednak kiedyś, że pojadą tam gdy będą starsi.

-Dobrze. Niech wam już będzie. Pojedziemy. – uległ w końcu. – Ale jeśli zrezygnujecie w połowie drogi…

-My? Zrezygnować? W życiu! – zapewniła Zuki.

-Ale wyruszamy dopiero za dwa tygodnie. – powiedziała Sofia – Tak? – utkwiła wzrok w Amorze.

-Czemu dopiero za dwa tygodnie? – zapytała Laia.

-Ponieważ trzeba sprawdzić co i jak, gdzie możemy się w razie czego zatrzymać, czym dojechać, gdzie wsiąść, gdzie wysiąść, gdzie znajdziemy coś do jedzenia podczas podróży, jaki stosunek do zwierząt mają ludzie z danego obszaru, itp.

-Aha – mruknęła Laia.

-A tego nie da się pozałatwiać szybciej? – zapytał Linus.

-Niestety nie. – odparł Arko. – Ale wy w tym czasie możecie popytać bociany o wygląd, charakter i warunki panujące w Afryce. – podsunął im pomysł.


* * *


Teraz całe dwa tygodnie nikt praktycznie nie siedział w domu. Lwice codziennie chodziły na miasto, żeby dokładnie wiedzieć którędy najbezpieczniej będzie można przejść. Nie rzadko wracały późno w nocy. Amor natomiast noce spędzał w pomieszczeniach dla pracowników i szukał w internecie potrzebnych informacji. Zulus i Arko uzgadniali z innymi mieszkańcami zoo, co będą robić w razie gdyby ludzie zauważyli ich dłuższą nieobecność. Nero, Zuki, Laia i Linus całe dnie spędzali na rozmowach z bocianami i gdy wracali wieczorem do domu oczywiście musieli wszystko opowiedzieć. Lwice jednak często nie wyrabiały się by wrócić wieczorem, więc Zulus lub Arko wracali wcześniej żeby był ktoś w domu gdy wrócą lwiątka. Oczywiście z młodymi mógł zostać też Amor, ale on w dzień był w domu, a w nocy do późna siedział w komputerze. Szedł tam jednak dopiero kiedy wrócił któryś z jego braci.

Po tygodniu Sofia poinformowała swoje dzieci jak mają się zachowywać podczas podróży. Jedyna trudność to fakt że lwiątka pierwszy raz miały wyjść poza zoo. Oznaczało to wiele nowych dla nich rzeczy i (a szczególnie Linus i Laia) mogli się przestraszyć. Przez drugi tydzień przygotowań więc, Sofia lub inny lew zabierał lwiątka na miasto. Nietrudno było jednemu dorosłemu upilnować cztery onieśmielone kociaki. Linus i Laia na ogół nie oddalali się na więcej niż pięć metrów. Zuki i Nero natomiast z każdym kolejnym wyjściem oddalali się coraz bardziej, nigdy jednak na tyle by zniknąć z oczu. Zuki zresztą często wracała i ciągnęła rodzeństwo trochę dalej. Po kilku dniach Laia i Linus sami szli za bratem i siostrą, oddalając się na niemal taką samą odległość. Sofia uznała więc że jej dzieci w miarę oswoiły się z miastem. W międzyczasie dorośli dogadali się jak ułatwić sobie podróż. Umówili się że każde z nich, oprócz Amora i Zulusa będzie pilnować jednego lwiątka. W ten sposób Arko, Sofia, Berghi i Zion lepiej przypilnują młode, a Amor i Zulus skupią się na drodze bez pilnowania by lwiątka gdzieś nie wlazły.


* * *


Wszystko było przygotowane. Praktycznie mogli już wyjeżdżać. Wyjazd zaplanowali na wczesny ranek.

Wszyscy już spali. Z wyjątkiem Amora. Lew miał złe przeczucia. Obawiał się wizyty Minora w Afryce. Zbyt dobrze pamiętał wydarzenia z dzieciństwa i nie miał ochoty na powtórkę. Teraz razem z braćmi, Sofią, Zion i Berghi pewnie by sobie z nim poradzili, tak jak wtedy gdy wysłali go do Australii. Nie wykluczone że tygrys nadal pragnie zemsty. Amor jednak najbardziej obawiał się że uweźmie się na jego dzieci. A one nawet nie wiedziały o jego istnieniu. Do tego nigdy nie widziały żadnego tygrysa gdyż w zoo aktualnie ich nie było.

Odsunął jednak od siebie te myśli. Po jakichś 30 minutach udało mu się zasnąć.


* * *


Rano musieli wstać o czwartej, bo na piątą mieli pociąg transeuropejski. Odchodził on jednak z centrum a musieli dojść tam na piechotę.

Czterdzieści pięć minut później, wszyscy byli na stacji. Ta część podróży przebiegła nadzwyczaj sprawnie. Z pociągu mieli wysiąść we Włoszech i przesiąść się na statek płynący do Afryki. Potem znowu do pociągu jadącego w głąb kontynentu. Nie mogli jednak cały czas podróżować na dachu pociągu.

Amor wybrał więc pociąg który co dwa, trzy dni miał dobę postoju. Z Warszawy do Włoch bowiem podróż miała trwać około dwóch tygodni. Podczas postoju mieli więc zamiar wślizgnąć się do środka i poszukać (był to pociąg z wagonami nocnymi) trzech wolnych przedziałów (do jednego nie zmieściliby się wszyscy). Umówili się że w jednym przedziale będą Linus, Laia, Nero i Zulus, w drugim – Berghi, Zion i Zuki, a w trzecim – Amor, Sofia i Arko.

Lwiątka o dziwo nie bały się wskoczyć na dach. Pięć minut później więc, wszyscy siedzieli na dachu i czekali na odjazd pociągu.

-A co jeśli będą tylko dwa wolne przedziały? – zaniepokoiła się Zion.

-Albo tylko jeden? – dodała Laia.

-Będą wolne trzy. – uspokoił je Amor. – Kupiłem bilet dla większych grup, rezerwując przy okazji miejsca w trzech przedziałach.

-A skąd miałeś pieniądze na bilet? – dopytywała się Berghi.

-No z fontanny. – odparł Amor jakby to było oczywiste. – Wiecie ile tam ludzie wrzucają?

Jakiś czas po tym jak pociąg ruszył, Laia, Nero i Zuki poszli spać. Cała reszta z wyjątkiem Amora i Linusa też, ale po dłuższej chwili.

Amor oparł pysk na przednich łapach i wpatrywał się w przesuwający się z dużą prędkością krajobraz. Myślami był daleko stąd. Nagle coś się o niego otarło. Podniósł głowę zaskoczony. To Linus wtulił pysk w jego grzywę. Amor polizał go. Młody lew, też zaskoczony, spojrzał na ojca.

-Piękne widoki, prawda? – zapytał Amor.

-Tak, bardzo. – potwierdził Linus. – Gdzie my teraz jesteśmy? – zapytał widząc że znikły zabudowania i jechali teraz przez pola i lasy.

-Pewnie pod Warszawą. – odparł Amor.

-A jak poznamy że jesteśmy na miejscu?

-Stacje będą podpisane.

Na tym rozmowa się urwała. Oba lwy pogrążyły się we własnych myślach. Jakiś czas później i oni zasnęli.



* * *


Popołudniowa pobudka nie należała do przyjemnych. Zaczęło padać. I to porządnie. Na szczęście godzinę później pociąg się zatrzymał z powodu zmiany maszynisty. Nadarzyła się więc okazja by wejść do środka. Zyskali też dodatkowe minuty ze względu na spóźnienie nowego maszynisty. Dla lwów jak na razie wszystko przebiegało sprawnie i kilka minut później wszyscy siedzieli w przedziałach, tak jak się podzielili. Przedziały były oczywiście obok siebie; trzy pierwsze od drzwi wagonu, żeby zmniejszyć ryzyko że ich ktoś zobaczy.

Amor był mile zaskoczony że jak dotąd nie mieli jeszcze problemów (pomijając oczywiście mały incydent – podczas schodzenia z dachu pociągu, Laia się poślizgnęła; nie spadła, narobiła tylko trochę hałasu). Zwróciła jednak uwagę maszynisty czekającego na spóźnionego kolegę. Ten jednak przyszedł w momencie gdy jego poprzednik miał właśnie zamiar sprawdzić przyczynę hałasu.

Tak więc lwy dalej już jechały w pociągu a nie na pociągu.


* * *


Dwa tygodnie później we Włoszech, pociąg zatrzymał się na nadmorskiej stacji późno w nocy. Miał tam stać do 12.00. w południe, lwy jednak wysiadły wcześniej. Znowu bez większych trudności dostali się na odpowiedni statek. Tak jak w pociągu, Amor zarezerwował (tym razem dwie) kajuty. Tym razem, Sofia z całą czwórką dzieci miała podróżować w jednej z kajut, cała reszta natomiast w drugiej.

Podróż statkiem miała trwać około tygodnia.

Statek miał wypłynąć o szóstej rano, zostało więc trochę czasu który Zion, Berghi, Amor, Zulus i Arko wykorzystali na znalezienie czegoś do jedzenia. I znowu poszło łatwiej niż się spodziewali.


* * *


Przez cały pierwszy dzień rejsu lwy spały. Nero i Zuki obudzili się jednak po południu. A że nudziło im się, zaczęli zabawę. Przy okazji obudzili Sofię która kazała im się uspokoić bo nie wiadomo czy ktoś ich nie usłyszy.

-Możemy przynajmniej wyjść na pokład? – zapytał Nero.

-A co jeśli ktoś was zobaczy?

-Nikt nas nie zobaczy, mamo. – zapewniła Zuki. – Umiemy się ukryć.

-Ale kamuflaż nie działa za każdym razem, a na pewno nie tutaj.

-Tu jest tak nudno. – prosiły lwiątka.

-Mówię wam że to zbyt niebezpieczne. Ewentualnie w nocy gdy wszyscy (mam nadzieję) będą spali.

-Nam się nudzi teraz. – drążył temat Nero.

-Wolałabym żebyście nie wychodzili.

-Będziemy uważać, prosimy.

-Nie jesteście już na tyle mali żeby schować się tak łatwo.

-No właśnie, nie jesteśmy mali. Poradzimy sobie. Proszę, możemy iść? – nalegał Nero.

Sofia pomyślała chwilę. W końcu się zgodziła.

-No dobrze. Ale macie wrócić za godzinę.

Nero i Zuki już nie było w kajucie.


* * *


Trzy godziny później, gdy Nero i Zuki spali a Linus i Laia podziwiali zachód słońca przez iluminator, Sofia poszła do reszty lwów. Ona także zaczynała mieć wątpliwości.

-Jak myślicie – rozmawiała z nimi. – Powiedzieć im o Minorze?

-W końcu będzie trzeba. – powiedział Arko. – Lepiej żeby wiedziały kim on jest i do czego jest zdolny, gdy go spotkają.

-No właśnie. – dodała Berghi. – Jest duże prawdopodobieństwo że i na nich się uweźmie, tak jak na was.

-Wolałbym jednak żeby Minor nie dowiedział się o ich istnieniu. – rzekł Zulus. – Pamiętacie? – zwrócił się do braci. – Nie udało mu się nas zabić jak byliśmy mali więc próbował gdy byliśmy już dorośli.

-No, aż za dobrze pamiętam. – dodał Arko. – Niewykluczone że jedyne wyjście to go zabić.

-No właśnie. – potwierdziła Sofia. – Tylko jak?

-Sześć na jednego, nawet największy kot na świecie nie będzie miał szans. – powiedział Arko.

-Za to cztery lwiątka nie będą miały z nim szans. – rzuciła Zion.

-Oni za rok będą prawie dorośli. Wtedy będą mogli jakoś sobie z nim poradzić. – powiedziała Berghi.

-Tak, a przez ten rok, on może je zabić. – powiedziała Sofia.

-Na razie jeszcze się nie spotkali i nawzajem o sobie nie wiedzą. – Berghi próbowała uspokoić matkę młodych.

Rozmowa przeciągała się. Amor nie brał w niej jednak udziału. Mimo to słuchał. Wypowiedź Berghi że „jeszcze się nie spotkali i nawzajem o sobie nie wiedzą” spotęgowała jego obawy. Znał Minora, domyślał się więc jak tygrys zareaguje gdy dowie się że jego niedoszłe ofiary mają już swoje dzieci. Oczywiste było że będzie chciał je dopaść a przy okazji wyrównać rachunki z nim i jego braćmi. Ta możliwość spędzała mu sen z powiek i nie pozwalała spać w nocy. Był więc zmęczony i nie miał ochoty na rozmowę. Do jego samopoczucia dochodził też zły humor utrzymujący się od rana. Kiedy więc Sofia spytała go o zdanie, powiedział tylko żeby nie martwiła się na zapas. Po części, żeby siebie uspokoić i po części żeby reszta nie wymyślała od razu najgorszych scenariuszy. Nie pomogło to jednak.

Wszyscy natomiast byli zgodni że lwiątka jak najszybciej powinny się dowiedzieć o potencjalnym wrogu. Dla braci był to koszmar z dzieciństwa a w obliczu takiego ryzyka wspomnienia wróciły nadzwyczaj silne. Zulus był świadkiem śmierci rodzeństwa z miotu, z łap Minora. Cała czwórka miała wtedy niewiele ponad miesiąc. Arko nadal pamiętał ogromną wtedy dla niego, ciemną toń wodną i to jak Minor próbował go podtopić. Amor natomiast, po wyjeździe ojca, musiał trzymać Minora z daleka od siebie i swoich braci. I wiele razy porządnie przy tym obrywał. Zulus i Arko trochę się bali tygrysa. On natomiast, jako lew dominujący musiał trzymać go na dystans. Jako jedyny ani trochę się go nie bał. Bał się natomiast o życie rodziny. Miał coraz większe obawy że ta podróż niebyła dobrym pomysłem. Lwy uzgodniły że rano powiedzą młodym o Minorze i poszły spać.


* * *


Amora obudziła natrętna mucha która z jakiegoś powodu uwzięła się na jego ucho. Lew próbował zignorować owada i jeszcze zasnąć, wkrótce jednak stracił cierpliwość i przydusił go łapą. Przy okazji zauważył że dopiero co wzeszło słońce. O ile pamiętał to ostatnia rozmowa zakończyła się grubo po północy, a on długo po tym nie mógł zasnąć. Więc raczej nie spał długo. Spojrzał na pozostałych. Wszyscy jeszcze spali. Odwrócił się więc na drugi bok i zamknął oczy.


* * *


Kilka godzin później Zuki złapała go za ucho. Kolejna brutalna pobudka. Amor był niewyspany i w złym humorze. Wolał jednak uniknąć drugiego ugryzienia więc podniósł głowę.

-Nie mogłaś delikatniej? – ziewnął.

-Opowiedz nam o Minorze. – poprosił Nero patrząc ojcu głęboko w oczy.

-Odłóżmy to na później, co? – zaproponował lew.

-Amor! – krzyknęła Sofia.

-No dobrze.


* * *


-A jak wygląda tygrys? – zapytała Laia gdy Amor skończył opowieść.

-Niektóre są od nas mniejsze, inne większe. To zależy od podgatunku. – wyjaśnił. – Minor jest z tych większych. Mają pomarańczowe, ciemniejsze lub jaśniejsze futro z czarnymi, pionowymi paskami. Lubią godzinami siedzieć w wodzie i dobrze pływają. No i są to koty, tak jak my.

-Muszą być piękne. – rozmarzyła się Zuki.

-I piękne i groźne. A Minor w szczególności jest groźny. – powiedział Zulus.

-Ale skoro zoo w Sydney to forteca, to jak on miałby stamtąd uciec? – zapytał Linus.

-On jest bardziej cwany niż myślicie. – odpowiedział Arko.

-Ale nas jest razem dziesięcioro a on jest sam. – uspokoiła dzieci Zion.

Sofia w pewnym momencie przyjrzała się Amorowi. Gdy ich spojrzenia się spotkały lwica dostrzegła prośbę w jego oczach.

-Dzieci, chodźcie do drugiej kajuty. – powiedziała do lwiątek, widząc że Zuki próbuje namówić ojca na zabawę a on niespecjalnie ma na to ochotę.

Gdy Sofia i lwiątka wyszły, Berghi i Zion rozpoczęły rozmowę na tyle głośną, że budziły go. Amor musiał im więc powiedzieć żeby rozmawiały ciszej. Nadal jednak nie mógł spać.

Arko wyglądał przez okno, Zulusowi widocznie nie przeszkadzała rozmowa lwic bo spał.

Lew postanowił się przejść. Skorzystał z tego że pokład był pusty i oparł przednie łapy o barierkę. Poręcz była jednak nagrzana od słońca i wkrótce zaczęła go parzyć. Zajrzał na górny pokład ale tam był sporo pasażerów, wrócił więc do kajuty.

Trafił akurat na wyczerpanie tematu przez lwice. Tym razem szybko udało mu się zasnąć.


* * *


Kilka dni później byli prawie na miejscu. Trzeba było jeszcze tylko przejechać w głąb kontynentu. To także poszło sprawnie.


* * *


Po pięciodniowej podróży pociągiem w głąb Afryki, lwy wysiadły z pociągu. Na szczęście przywitał ich początek pory deszczowej.


* * *


Wszyscy całkiem dobrze radzili sobie w Afryce. Spędzili tam dobre kilka tygodni. Znowu bez większych problemów. Ale do czasu.

Pewnego dnia gdy odpoczywali w cieniu po nocnym polowaniu (oczywiście tylko dorośli bo lwiątka się bawiły). Nagle coś mignęło w krzakach. Laia nie mogła dojrzeć co to takiego, więc poszła w tamtym kierunku. Nikt nie zauważył jej zniknięcia. Zeszła najciszej jak umiała ze skał na których się zatrzymali.

Z lekką obawą podeszła do krzaków rosnących niemal u podnóża skałek. Nagle jakieś pięć metrów od miejsca w którym stała, zauważyła jakieś zwierzę. Siedziało tyłem do niej i jadło guźca. Było jasnopomarańczowe i miało czarne pasy. Bardzo przypominało tygrysa z opisu ojca. Ale skąd mogła wiedzieć czy tu nie żyje podobne stworzenie. Z natury bojaźliwa młoda lwica uznała że lepiej będzie jeśli pozostanie niezauważona, wycofała się więc z powrotem na skałki.

-Widzicie coś w tych krzakach? – zapytała swoje rodzeństwo.

-Gdzie? W jakich krzakach? – Nero nie wiedział o co chodzi siostrze.

-No w tamtych. – Laia wskazała łapą. – Tam jest jakieś zwierzę bardzo podobne do tygrysa.

-Ty, może to ten Minor. – podsunął Nero, który też w końcu zauważył coś w krzakach we wskazanym przez siostrę miejscu.

-Też mi się tak wydaje. – stwierdziła Laia.

-A ja nadal nic nie widzę. – poskarżył się Linus.

-Bo za daleko patrzysz – powiedziała Zuki.

-Słuchajcie…To JEST Minor! – wykrzyknął Nero. I już go nie było.

-Czekaj! – zawołał za nim Linus. Ale Nero go nie usłyszał.


* * *


-Czy w Afryce żyje jakieś zwierzę podobne do tygrysa? – Nero postawił wszystkich na nogi.

-Z tego co wiem nie, a czemu pytasz? – odparł Amor z powrotem kładąc pysk na łapach.

-No bo Laia zobaczyła coś w krzakach po drugiej stronie.

-Nie, nie mówcie mi że on tu jest! – wystraszyła się Sofia.

-Lepiej to sprawdzić. – odparł Amor wstając.

Wrócił po jakimś czasie z lwiątkami.

-Słuchajcie… – zaczął. – To on.

-Moglibyśmy odejść jak najdalej zanim nas zauważy. – podsunęła Sofia.

Amor pokręcił przecząco głową.

-Jeśli znajdzie nasz zapach, co jest bardzo prawdopodobne…

-I co teraz będzie? – zapytała Laia.

-Jeśli znajdzie nasz zapach, będziemy mieć jak w banku że pójdzie za nami. – dokończył za Amora Zulus. – Nie tak łatwo mu uciec.

-Zdajecie sobie sprawę że mamy tylko jedno wyjście? – Arko popatrzył na braci.

-Na pewno jest inne wyjście niż walka z nim. – powiedziała Sofia.

-Chciałbym żeby było, no ale niestety. – Amor spojrzał na Sofię. – Ukryj dzieci. – powiedział.

Gdy lwica oddaliła się z lwiątkami a po kilkunastu minutach wróciła bez swoich dzieci, zeszli ze skałek i przygotowali zasadzkę.

Amor przyczaił się w krzakach i obserwował Minora. Widocznie jednak nie była to dobra kryjówka, a może po prostu lew nie ukrył się dokładnie. Dość że Minor go zauważył. Nie zauważył jednak pozostałych którzy go otoczyli.

-Witaj Amor. Znowu się spotykamy, co? – rzucił Minor gdzieś przed siebie. Chwilę potem błyskawicznie się odwrócił i skoczył na przyczajonego lwa. Ten odskoczył w bok i tygrys wylądował na ziemi.

-Zobaczysz że ze mną nie wygrasz. – wycedził przez zęby Minor. Nagle zauważył pozostałe lwy ukryte w trawie; zrozumiał że niema z nimi wszystkimi naraz szans. Przypadkiem spojrzał na skałki. Były tam cztery lwiątka może roczne. Uśmiechnął się pod nosem i zaatakował Zion. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, tygrys przegryzł jej tchawicę. Chwilę potem ten sam los spotkał Berghi. Ale Sofii nie zdążył dopaść. Lwica wycofała się szybko i uciekła. Minor też sobie poszedł. Wolał się ulotnić zanim będzie zmuszony do walki z trzema wściekłymi lwami naraz.

-Mamy większe kłopoty niż może się wam wydawać. – ostrzegł Arko gdy wracali na skałki. – Obserwowałem go; on zauważył lwiątka.

-W takim razie trzeba się go pozbyć ale tym razem na zawsze. – podsumował Amor.

-Zaraz…Arko, skąd wiesz że on zauważył dzieci? – zapytała nagle Sofia.

-Stały na brzegu skałek a on przez chwilę patrzył się w tamtą stronę. – wyjaśnił Arko. – Raczej nie mógłby ich nie zauważyć.


* * *


-Mieliście nie wychodzić z kryjówki. – Sofia skarciła swe dzieci.

-Przepraszamy. – powiedziała Laia.

-Chcieliśmy tylko wiedzieć co się dzieje. – Zuki usprawiedliwiała siebie i swoje rodzeństwo.

-Ciekawość czasem lepiej pohamować. – powiedział Arko. – Minor was widział.

-A to źle? – spytał Nero.

-Znasz jego historię. To chyba oczywiste.

-A gdzie Zion i Berghi? – chciała wiedzieć Zuki.

Arko spuścił wzrok.

-Co się stało? – Zuki obawiała się najgorszego.

-Minor je zabił. Jeśli nie chcecie podzielić ich losu to lepiej na niego uważajcie. – ostrzegł Zulus.

-To co teraz będzie? – przestraszyła się Sofia.

-W najlepszym wypadku przyjdzie tu i będzie kontynuował…- zaczął Amor.

-Już lepiej nic nie mów. – zaprotestowała Sofia. Miała nadzieję usłyszeć inną odpowiedź.

-Chciałaś wiedzieć wiedzieć co teraz będzie, tak?

-No tak, ale…

-No więc mówię. Pociesz się że nie wiemy na sto procent co on zrobi. Z tego co o nim wiem, wynika, że nie odpuści. Trzeba jak najszybciej wymyślić jak się go skutecznie pozbyć. Zanim on zrobi to pierwszy.

-Rozwiązanie jest proste. – podsunął Nero. – Trzeba go zabić.

-Proste? Tylko pozornie. I bądź tu mądry. Jak my mamy to zrobić? – Amor rozejrzał się po pozostałych.

-No, normalnie. Zębami i pazurami. – zdziwiła się Laia.

Amor pokręcił głową.

-Gdyby to było takie proste. – odparł.

-A nie jest? – nie rozumiała Laia.

-Nie jest. – powiedział Amor. – Musimy coś wymyślić i to szybko. Jak tak dalej pójdzie to zacznę mieć wątpliwości czy jego w ogóle da się pokonać.

– I słusznie. – usłyszeli za sobą. Lwiątka widząc tygrysa tak blisko, schowały się za matkę. Minor zaledwie pół godziny temu zagryzł dwie lwice. Nie widziały dokładnie co się dzieje w krzakach, ale później dowiedziały się od Zulusa.

-Mamo, chodźmy stąd. – szepnęły przerażone.

-Cześć Amor, co u was słychać? Wszystko…- zaczął tygrys.

Amor zaczynał mieć dosyć tego że Minor specjalnie się z nim drażnił.

-Daruj sobie. – nie pozwolił mu skończyć.

Tygrysa jednak nie zraziło ani warczenie Amora ani wściekłe spojrzenia pozostałych. Właśnie dotarło do niego że udało mu się sprowokować nie tylko Amora, jak zamierzał wcześniej. Zdenerwował całą czwórkę.

-Skoro nie chcesz ze mną rozmawiać to ja już pójdę. – powiedział i odwrócił się.

-Masz rację, pójdziesz stąd. Tylko martwy. – warknął na niego Amor zastępując mu drogę. Była to iskra która spowodowała zażartą walkę na śmierć i życie. Lwów było jednak więcej i Minor przegrał walkę. Stracił również życie.


* * *


Po ostatniej walce czwórka lwiątek straciła ochotę do dalszego przebywania w Afryce. Gdy zasugerowali mamie powrót, ta powiedziała:

-Też wolałabym wrócić ale spytajcie jeszcze reszty. I nie bójcie się. Jak na razie jesteśmy bezpieczni.

-Nie boimy się. – uspokoił matkę Linus.


* * *


Nero, najodważniejszy z rodzeństwa, podszedł do ojca. Reszta zaraz za nim.

-Yyy, tato, przemyśleliśmy pewne sprawy. Może lepiej byłoby jednak wrócić.

-Naprawdę? Już chcecie wracać? – Zdziwił się Amor. – Te osiem tygodni w Afryce to trochę krótko jak na prawie miesiąc podróży z Warszawy tutaj.

-W mieście jest jednak łatwiej. – powiedziała Zuki.

-I tam jest nasz dom. – dodała Laia.

Amor spojrzał na swoich braci.

-A wy chwilę po powrocie zmienicie zdanie. – powiedział Zulus.

-Sami zresztą nie wiemy. – stwierdził Linus.

-Zrobimy tak, – zaproponował Amor. – Zastanówcie się przez kilka dni a potem mi powiecie czy nadal chcecie wracać, zgoda?

-Możemy tak zrobić. – zgodziła się Zuki.


* * *


Minął tydzień a rodzeństwo lewków nie zmieniło zdania i stado wróciło do Warszawy.

Z czasem Linus, Nero, Zuki i Laia zostali przeniesieni do innych ogrodów zoologicznych. Natomiast Amor, Zulus, Arko i Sofia doczekali starości w Warszawskim zoo. W między czasie Sofia urodziła i wychowała jeszcze wiele miotów. Nikt już nie wspominał ani o Minorze ani o wycieczkach do Afryki.

Tajemnice mieszkańców zoo (cz.1)



Pewnego dnia, kiedy Zulus obudził się rano i jak zwykle próbował namówić swoją mamę na zabawę (oczywiście ciągnąc ją za ucho i wchodząc na jej grzbiet), Rosa na niego warknęła i położyła się w drugim końcu groty. Zulus cofnął się zdziwiony. Takie zachowanie matki nie było dla niego rzadkością, ale rano zawsze mu na to pozwalała. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła, ale tym razem lwica weszła do jaskini na wewnętrznym wybiegu i co dziwniejsze nie pozwoliła wejść tam Zulusowi. Mały lew był pewny, że jego ojciec zna powód takiego zachowania. Jednak chciał sam się tego dowiedzieć. Siedział więc przy wejściu i czekał aż mama wyjdzie. Rosa nie odpowiadała na wołanie syna i lwiątko znudziło się po dwóch godzinach.
Lecz kiedy lwica nie wyszła do wieczora, Zulus postanowił wejść do jaskini. Kiedy zbliżył się do wejścia…
– Nie wchodź tam teraz.
– Dlaczego? – spytało zdziwione lwiątko.
– Zobaczysz za parę tygodni. – odpowiedział tajemniczo jego ojciec. Zulus spojrzał na ojca ze zdziwieniem.
– Czemu dopiero za parę tygodni?
– Zobaczysz.
Na drugi dzień rano, gdy Zulus ze zdziwieniem przekonał się, że mama nie wyszła jeszcze z jaskini, zaczął wypytywać o to ojca. Rozmowa urwała się, gdy lwiątko zobaczyło, że na wybieg wchodzą opiekun i weterynarz. Na widok tego drugiego schowało się za ojca. Ale kiedy wyszli z groty, a potem z wybiegu i wrócili 15 minut później, ciekawość wzięła górę nad strachem przed weterynarzem i lwiątko weszło za nimi. Tym razem Rosa przyjęła swe starsze dziecko.
Niestety jedno z nowo narodzonych młodych było martwe. Dwa pozostałe ssały już mleko. Teraz dni mijały Zulusowi na przyglądaniu się jak mama opiekuje się dwoma pozostałymi przy życiu maluchami, ale nie był zazdrosny. W tym też czasie Rosa tolerowała jego zabawy (chyba, że młode akurat jadły). Ojcu natomiast jego zabawy na ogół nie przeszkadzały.
* * *
Dwa miesiące później Amor i Arko zaczęli zwiedzać wybieg. Czasami ze starszym bratem, ale głównie sami. Rosa obserwowała wycieczki swoich dzieci, ale pozwalała Zulusowi zbliżać się do młodszych braci. Między Zulusem a Amorem i Arko było tylko osiem miesięcy różnicy. Za mało żeby Zulus był dla nich zagrożeniem. Podczas jednej z takich wycieczek (było późne popołudnie i zarówno Rosa jak i Dukat spali w grocie na wewnętrznym wybiegu), gdy cała trójka siedziała na szklanej kopule i obserwowała hipopotamy, nagle coś podniosło Arko do góry. Amor i Zulus cofnęli się przerażeni.
– Co to za stwór? –spytał Amor.
– Tygrys syberyjski, Minor. Mieszka po sąsiedzku. Mama mówiła, że lepiej na niego uważać. – wyjaśnił Zulus, a po chwili dodał ciszej – idź po rodziców. Gdy Amor zniknął mu z oczu, próbował podejść Minora od tyłu i złapać go za ogon. Tygrys jednak szybko opuścił wybieg z Arko w pysku. Zulus pobiegł do jaskini.
* * *
- Mamo, siedzimy sobie na wybiegu i patrzymy na hipopotamy, a tu nagle jakiś wielki stwór zabiera Arko.
- Jaki wielki stwór? – Rosa nie zrozumiała syna.
I w tym momencie przyszedł Zulus.
- Mamo, Minor tu był.
W tej chwili Rosę ogarnęła wściekłość. Wiedziała co oznacza spotkanie dwumiesięcznego lwiątka z tym tygrysem. Kazała pozostałym dzieciom schować się w grocie i nie wychodzić dopóki sama ich nie zawoła. Lwiątka spełniły polecenie matki, a lwica ściągnęła śpiącego ojca młodych i oboje poszli tropem nieznośnego sąsiada. Okazało się jednak, że podstępny kot usiłował najwyraźniej zmylić rodziców kociaka. Trop prowadził bowiem na około wybiegu lwów i tygrysów, potem przez tylne wyjście z zoo, następnie na około niemal wszystkich samochodów znajdujących się na parkingu. Rosa krążyła wokół nich i wkrótce się pogubiła, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Jej partner natomiast okrążył parking. Minor musiał przecież jakoś z niego wyjść. Po dłuższej chwili znalazł ponownie trop zostawiony przez tygrysa. Zawołał Rosę i poszli dalej.
Po 10 minutach przyszli nad rzekę. Arko siedział na jednym z filarów mostu. Filar ten był już w wodzie. Lwy wiedziały z doświadczenia, że jest tam bardzo głęboko. Na lewo od filaru, dość blisko brzegu, na którym stali, była łacha piasku; dalej, dokładnie na wprost „więzienia Arko”, oddalona o 5 metrów i oddzielona kolejną głębią znajdowała się kolejna łacha. Siedział na niej Minor. Dukat podszedł do brzegu, tak by być dokładnie między Minorem i Arko. Tygrys od razu go zauważył.
- No, już myślałem, że nigdy tu nie przyjdziesz.
- Nie masz nic lepszego do roboty?! – była to rzadka chwila, gdy Dukat nie zamierzał ustąpić. A nie był dominujący. Minor to wyczuł i zaczął płynąć w kierunku łachy znajdującej się między nim, a mostem. Ale lwu wystarczył jeden skok by dotrzeć tam przed nim. Gdy tygrys podpłynął bliżej, Dukat nie pozwalał mu wyjść z wody na łachę.
* * *
Rosa w tym czasie, w nadziei, że Minor jej nie zauważy, próbowała dostać się do dziecka. Oczywiście mogłaby tam popłynąć, ale jak później wziąć młode? Lwica rozejrzała się po plaży. Na prawo od mostu stały na wodzie drewniane łódki. Lwica odczepiła jedną z nich od pala i z liną w zębach, ciągnąc za sobą łódkę, podpłynęła do Arko.
Młody lew miał niewielkie trudności z wejściem do łódki, ale w końcu mu się udało. Gdy dotarli do brzegu, matka wyjęła lwiątko z łódki i pobiegła z nim do domu. Kazała mu zostać z rodzeństwem w grocie, a sama pobiegła z powrotem nad rzekę, pomóc Dukatowi.
Razem udało im się przepędzić, Minora, ale teraz musieli wrócić do zoo przed nim. Udało się im to w ostatniej chwili. Minor poszedł do siebie. Rodzice wrócili do lwiątek.
- Czego ten …? – zaczął Arko.
- Tygrys – wtrącił Zulus.
- … a właśnie, tygrys. Czego on od nas chce?
- Nie wiemy. – odpowiedział mu ojciec. –Nigdy nam tego nie powiedział. On sam też pewnie tego nie wie.
- Co nie zmienia faktu, że Minor ma jakieś uprzedzenia do wszystkich młodych kotów i psów, które nie skończyły roku. –dodała Rosa.
- Nie rozumiem.- zdziwił się Amor
- Rok temu na przykład zabił młode gepardy, a …
- Zulus! – przerwała mu matka. – Wystarczy. Będą starsi, to bardziej to zrozumieją. Nie strasz ich.
- Ale … – Amor nie ustępował.
- Ale koniec tematu. Dla was jest już późno. Idźcie spać.- zakończyła dyskusję jego matka.Lwiątka szybko zasnęły, podobnie jak Rose. Ale Dukat wolał być ostrożny.
Nie spał. Zbyt dobrze znał swego sąsiada i wiedział, że można było się po nim spodziewać wszystkiego. Dukat nie był dominujący, ale jeśli chodzi o obronę rodziny, potrafił postawić na swoim. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę.
* * *
Nad grotą lwów była skalna półka, stanowiąca też dach jaskini. Była ona jednak dość wysoka i można było na nią wejść tylko po pochylni zbyt stromej dla młodszych lwiątek. Lwy spały na tyle mocno, że Minorowi udało się zakraść na ich wybieg i ułożyć na tej właśnie półce. Dokładnie nad wejściem do groty. Poczekał tak ukryty, do rana. Zulus obudził się pierwszy. Śmiało wyszedł z groty, nie mając pojęcia jak niebezpiecznie blisko był Minor. A ten nagle na niego skoczył, ale nic mu nie zrobił, tylko stanął mu na ogonie i drażnił się z nim. Puścił go, gdy lwiątko zaczęło wołać rodziców. Oni jednak spali mocno i Zulusowi nie udało się ich obudzić. Ale obudził się Amor. Wyjrzał z groty i zobaczył, że Minor tym razem próbuje podnieść Zulusa za skórę na karku. Na szczęście nie udawało mu się to. Zulus za każdą próbą gryzł go w ucho. Amor podkradł się do nich i złapał Minora za czubek ogona. Niemal w tym samym momencie, gdy Zulus po raz nie wiadomo który złapał go za to samo ucho co wcześniej. Teraz Minor stracił cierpliwość. Chciał chwycić młodsze lwiątko i odwrócił się w jego stronę. Ale wtedy… Najwidoczniej obudził się też Arko. Bał się wyjść z groty, ale obudził rodziców, którzy stali teraz naprzeciwko Minora. Tygrys domyślił się, że matka młodych nie ma zamiaru dłużej tego tolerować. Wolał się więc wycofać. Po jego odejściu cała rodzina poszła na śniadanie. Później lwy miały spokój. Jakby rano nic się nie wydarzyło.
* * *
Wieczorem, po zamknięciu zoo, Zulus namówił Rose na spacer poza terenem zoo. W tym samym czasie Amor i Arko zostali z ojcem w domu. Bawili się w berka, gdy nagle zobaczyli jakieś dziwne stworzenie w cętki.
- Cześć! – powiedziało do nich.
Lwiątka schowały się za ojca. Ale po chwili, odważniejszy Amor, podszedł do tego dziwnego stwora, który najwyraźniej dobrze znał jego ojca.
- Kim jesteś?- spytał.
- Jaguarem. –odpowiedziało stworzenie.
Po chwili, Arko ośmielony tym, że ojciec zna tego jaguara, podszedł do niego i zaczął oglądać jego cętki. Po chwili dołączył do niego brat. Szybko się tym jednak znudzili i odeszli kawałek dalej żeby dokończyć zabawę w berka. To, że Dukat był zajęty rozmową z Kalim, nie oznaczało, że nie pilnował swoich dzieci.
- Arko, Amor, chodźcie tu! –zawołał nagle lwiątka. Gdy młode podeszły do niego, powiedział w kierunku gdzie przed chwilą się bawiły: Co ty robisz, Minor?!
Tygrys wyszedł z krzaków rosnących zaledwie 3 metry od miejsca gdzie przed chwilą stały lwiątka.
- Na twoim miejscu nie zaczynałbym ze mną.- powiedział, wściekły, że znowu mu się nie udało i wrócił do siebie.
Reszta posiedziała jeszcze trochę na zewnętrznym wybiegu. Po jakiejś godzinie Kali też wrócił na swój wybieg. Amora i Arko natomiast nie można było namówić żeby wrócili z dworu. Dukat zanosił jednego i gdy wracał po drugiego, ten pierwszy szedł za nim. I tak w kółko. Do powrotu Rose i Zulusa. Wtedy, gdy Dukat wziął jedno z młodszych lwiątek, ona wzięła drugie.
Gdy siedzieli już w zimowej grocie (na wewnętrznym wybiegu), Zulus zaczął opowiadać ojcu i braciom, co widział na mieście.
- Pamiętaj, że miasto trochę inaczej wygląda w dzień, niż w nocy.- wtrąciła Rose.- W nocy możesz nie rozpoznać znajomej ulicy, jeśli nie znasz dobrze miasta. Bardzo łatwo się wtedy zgubić.
- A my kiedy tam będziemy mogli iść?- spytał Amor.
- Jak będziecie mieli około roku.- rzekł Dukat.
- Dopiero wtedy? –Amor był trochę zawiedziony.- Nie da rady wcześniej?
- Właśnie. –Arko na ogół brał stronę brata.
- Słuchajcie. –tłumaczyła Rose. – Nie wychodźcie sami poza wybieg dopóki nie będziecie mieli pół roku. A ty, Zulus, nie wychodź sam poza zoo, przed drugimi urodzinami.
- Dlaczego?- spytały naraz wszystkie trzy lwiątka.
- Głównie ze względu na Minora. –odpowiedziała im matka. – Jest bardzo niebezpieczny, dlatego nie oddalajcie się sami od domu, dopóki nie będziecie mieli z nim jakichkolwiek szans. Wiecie przecież, że tygrys syberyjski jest większy od lwa. A akurat z tym tygrysem jest taki problem, że jeśli on coś zacznie, to będzie próbował to skończyć za wszelką cenę. Jeżeli teraz próbuje się was pozbyć, możecie być pewni, że w razie niepowodzeń będzie chciał to kontynuować, nawet gdy będziecie dorośli. Dopóki was nie zabije albo sam nie zginie.
- Naprawdę?
-Niestety, ale tak.
* * *
Minęło trochę czasu. Minor, po kilkunastu nieudanych próbach pozbawienia życia młodych, najwyraźniej zrobił sobie przerwę. Zulus miał już 2 lata, a Amor i Arko prawie 1,5 roku. Niestety niecałe pół roku wcześniej padła Rose.
* * *
Zulus, najbliższe okolice znał już całkiem dobrze. Często zabierał młodszych braci na swoje wycieczki po mieście. Po najbliższej okolicy chodzili sami, ale dalej do innych dzielnic, towarzyszył im ich ojciec. Młodemu lwu nie bardzo to odpowiadało, ale Dukat przekonał go, że w razie spotkania z Minorem, sam nie obroniłby dwójki jeszcze w tej sytuacji bezbronnych lwiątek. Zulus doszedł w końcu do wniosku, że nawet on nie miałby prawie żadnych szans z prawie dwukrotnie większym tygrysem, w dodatku chcącym jego śmierci. Minor naprawdę pragnął za wszelką cenę pozbyć się jego i jego dwóch braci. Nadal nikt w zoo nie miał pojęcia z jakiego powodu.
Pewnego razu, podczas jednej z takich wypraw, zapuścili się o wiele dalej niż dotychczas. Poszli daleko poza dzielnicę, w której mieszkali. W dodatku nie było z nimi Dukata.
- A jak później wrócimy? –Arko nie był przekonany żeby tak daleka wycieczka była dobrym pomysłem.
- Najwyżej spytamy kogoś o drogę. –odpowiedział Amor.
- A jeśli natkniemy się na Minora?
- Chciałem tylko sprawdzić czy uda mi się znaleźć drogę do domu, bez pomocy taty. –wyjaśnił Zulus. – A wy koniecznie chcieliście iść ze mną.
Przeszli kawałek, gdy nagle Amor coś usłyszał. Odwrócił się, ale nic nie zobaczył. Chwilę później usłyszeli za sobą:
- Sami dajecie mi okazję do zabicia was.
- Śledziłeś nas!- Zulus był wyraźnie wystraszony.
- Nawet jeśli tak, to co?
- Dobra, chodźcie, wracamy do domu.- Arko chciał być jak najdalej od Minora.
-Zdajecie sobie sprawę, że jest ósma wieczorem, a wy nie znacie drogi?
- Zobaczysz, że sami trafimy do domu.- zapewnił go Zulus.
-Chciałbym to zobaczyć.
Gdy odeszli kawałek dalej, Amor spytał się brata:
-Jak trafimy do domu? Jesteśmy tu pierwszy raz.- Będziemy improwizować.- odpowiedział Zulus.
Amor spojrzał na niego pytająco. Starszy brat widząc to, wyjaśnił:
- Wiemy, że obok naszej dzielnicy przepływa rzeka. Jeśli uda nam się do niej dojść i jeśli pójdziemy wzdłuż niej, dojdziemy do domu.
- A co z Minorem?- zapytał Amor.
- Trzeba go w miarę możliwości unikać. Dobra, chodźcie. Widziałem tą rzekę po drodze.
* * *
Gdy wrócili do domu, umówili się, że lepiej będzie nic nikomu nie mówić. Problem stanowił tylko Minor, który mógł wygadać się ich ojcu.
* * *
Pół roku później, Minor został przeniesiony do innego zoo. Parę lat później Dukat pojechał do Nowego Jorku. W zoo zostali więc tylko dorośli już Amor, Zulus i Arko, oraz lwica Sofia, która przyjechała z Chicago. Wszyscy dobrze się ze sobą dogadywali, mimo że Amor często lubił narzucać innym swoje zdanie. Sofia, dowiedziała się co potrafią trzej bracia, dopiero po kilku latach mieszkania z nimi.
Amor znał się na obsłudze komputera i elektronice, Zulus na mechanice i obsłudze różnych urządzeń, Arko zaś na chemii. Razem byli więc niepokonani.
Jeśli doliczyć do tego znajomość europejskich miast przez Sofię – byli jeszcze silniejsi. To, co ich interesowało i czego się nauczyli, traktowali jako rozrywkę. Ale wkrótce przekonali się jak bardzo umiejętności te mogą im się przydać. Gdy pewnego dnia wszyscy siedzieli na zewnętrznym wybiegu, usłyszeli coś, czego się najmniej w tej chwili spodziewali:
- Cześć, pamiętacie mnie jeszcze?
Cała czwórka natychmiast się odwróciła w kierunku, skąd padło pytanie. Przed sobą mieli Minora.
- A tobie jak się udało wrócić?- Arko nie krył zdziwienia.
- A ten to kto? Wy go znacie?- Sofia pierwszy raz widziała Minora.
-Opowiemy ci o nim, to co wiemy, – odparł Amor – ale najpierw musimy się go pozbyć.- Spojrzał na Minora z chytrym półuśmiechem, niewróżącym nic dobrego. Miał już pomysł na nauczkę dla niego i wiedział że Minor najmniej spodziewa się właśnie tego. Miał jednak nadzieję, że tygrys nie słyszał nigdy o lwach potrafiących to co oni. Ale żeby omówić ten plan z resztą i przygotować się. Musieli zmusić swego wroga żeby przez ten czas trzymał się od nich z daleka. Tylko jak to zrobić? Skoro Minor wrócił z tak daleka, to na pewno tylko po to żeby dokończyć to co zaczął, gdy oni byli mali. W dodatku Minor był tylko o 1,5 roku starszy od Zulusa. Był więc jeszcze młody. Ale Amor i jego bracia też byli młodzi. Do tego lwów było cztery, a tygrys był jeden. Minor jednak nie był taki głupi. Wiedział, że nie ma szans z nimi wszystkimi naraz. Poszedł więc na swój dawny wybieg. Wybieg ten stał pusty, już od kilku lat. Nie przywieźli innego tygrysa na jego miejsce. Gdy tygrys zniknął lwom z oczu, Amor omówił z braćmi i z Sofią swój pomysł pozbycia się Minora raz na zawsze:
-Słuchajcie.Ogród zoologiczny w Australii w Sydney nie ma jeszcze tygrysów. W internecie są ogłoszenia z pytaniem, czy jakieś zoo nie ma nadwyżki tych kotów i czy może podarować jednego zoo w Sydney. Możemy wysłać tam Minora.
- Sydney jest bardzo daleko od Warszawy, ale jeśli on znowu wróci…- zastanawiał się Zulus.
- Raczej mu się nie uda.- Uspokoiła go Sofia.- Zoo w Sydney jest dobrze strzeżone. Na całym terenie są kamery rejestrujące dźwięk i obraz 24 godziny na dobę. Pracownicy zoo zauważą natychmiast ucieczkę Minora.
-Ale po co aż takie zabezpieczenia?- Zulus pierwszy raz słyszał żeby zoo było pod tak dużą kontrolą.
- Z tego zoo, często uciekały zwierzęta. Zdarzały się też napady z bronią.- wyjaśniła lwica.
-Napady z bronią?- zdziwił się Amor.
-Niestety, ale tak.- odparła Sofia.
-Dobra. Wszyscy wiedzą co mają robić?- upewnił się Amor.
-Tak- odpowiedzieli wszyscy naraz.
- Ok. Zaczynamy dzisiaj w nocy.
* * *
Plan był pozornie prosty. Amor wysłał do ogrodu w Sydney odpowiedź i zamówił transport. Gdy klatka do przewozu zwierząt stanęła przed wybiegiem tygrysów, Sofia musiała cały czas trzymać ludzi na dystans i do tego pilnować żeby ci ludzie jej nie zauważyli. Głównie odwracała ich uwagę różnymi sztuczkami. W tym samym czasie Arko podał Minorowi środek nasenny, a Zulus podjechał bliżej ciężarówką, bo klatka była przyczepiona do przyczepy. Później wszyscy trzej musieli jakoś przenieść tygrysa do klatki.
Gdy im się to udało, dali znak Sofii, która akurat wzięła nie wiadomo skąd gwizdek i z nim w zębach biegała na około wybiegów i gwizdała. Ludzie oczywiście usiłowali ją złapać. Myśleli jednak, że to jakieś dzieciaki robią sobie żarty. Nie mieli pojęcia, że za tym stała lwica. Gdy braciom udało się załadować Minora na przyczepę i zamknąć za nim klatkę, Zulus i Amor wsiedli do szoferki. Zulus uruchomił pojazd.
W między czasie Arko i Sofia wskoczyli na przyczepę. Po drodze na lotnisko, lew miał pilnować czy środek nasenny działa i w razie czego podać tygrysowi kolejną dawkę. Było to możliwe, gdyż środek ten był neutralny dla organizmu. Regulował tylko poziom hormonu snu.
Ludzie z firmy przewozowej, gdy zobaczyli, że ich samochód odjeżdża, pojechali za nim taksówką. Odzyskali samochód na lotnisku. Byli przerażeni, gdy zobaczyli cztery lwy same w środku miasta, ale zlecenie, które otrzymali trzeba było wykonać. Gdy lwy odeszły, wsadzili tygrysa do samolotu i polecieli do Australii. Lwy natomiast wróciły na piechotę do domu. Były szczęśliwe, że uwolniły się od swego największego wroga. Nie były tylko pewne czy na zawsze. Zawsze istniało ryzyko, że ich prześladowca z dzieciństwa może wrócić.
* * *
Po kilku miesiącach ewentualny powrót Minora stał się tym niebezpieczniejszy, że Sofia niedługo miała mieć młode. W życiu Warszawskiego stada lwów rozpoczynał się nowy rozdział. Lecz zadaniem dorosłych było teraz dopilnowanie, żeby historia się nie powtórzyła…