5 lat później
-Tak z ciekawości, generale, jak wy to zamierzacie zrobić? - dopytywał się Kryspin.
-Jak już mówiłem twojemu ojcu, Mari musi mnie zastąpić. Po ostatnim wypadku jazda konno odpada. Czas by moje miejsce zajął ktoś młodszy.
-Zakładam że Mari jeszcze nic nie wie?
-Król miał jej powiedzieć.
Książę wychylił się przez okno przy którym stali w jednym z zamkowych korytarzy.
-A co jeśli nie będzie chciała? Dlaczego w rodzinach królewskich nikt nie pyta o zdanie dzieci?
-Na przykład?
-Ja, moja siostra i chociażby Lady Luiza.
-Ona akurat naprawdę zakochała się w tym za kogo wydali ją rodzice.
-Ej! To może gdyby ustalić przyczynę jej śmierci, skończyłaby się ta wojna z Solobą?
-Wielu próbowało, wierz mi, wątpię czy to jest jeszcze możliwe.
-Gdyby można było przeszukać jej komnatę... - zastanawiał się Kryspin.
Ingailor uśmiechnął się i podał mu stary, pokryty rdzą klucz.
-Gdy Lady Luiza zmarła, - powiedział - jej mąż kazał zamknąć komnatę na specjalny zamek otwierany trzema kluczami które ukrył w tym zamku. Dwa były przekazywane z pokolenia na pokolenie wśród dworzan ale nikt nie wie gdzie dokładnie znajduje się trzeci. To jeden z nich. Jeśli chcesz tam wejść, musisz odnaleźć pozostałe dwa. Nie sądzę jednak żeby to przekonało króla Soloby do zmiany zdania o nas. W końcu minęło ze dwadzieścia pokoleń.
-Mari, jesteś tam? - król zapukał do drzwi komnaty córki.
-O co chodzi? Jeśli o moją ostatnią wycieczkę, to od razu mówię że...
-Nie, nie o to. Jesteś już dorosła...
-Raptem od tygodnia.
-Zapewne już wiesz że Ingailor szuka kogoś kto mógłby go zastąpić?
-Słyszałam. Ale po co mi to mówisz?
-Zdajesz sobie sprawę że od swoich 15 urodzin możesz wychodzić sama z zamku?
-Na szczęście.
Król podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
-Generał ciebie widzi na tym stanowisku. - powiedział i odwrócił się do córki. - Co ty na to?
-Od jak dawna to planowaliście? - Mari skrzyżowała ręce na piersi. - Oczywiście, lubię jazdę konną, ale...dowodzić armią? Jesteś pewien że Ingailor mówił o mnie? Ja nie umiem dowodzić.
-Przemyśl to.
-Jak zwykle. Nikt nie pyta mnie o zdanie! - Mari wyszła z komnaty, trzasnąwszy drzwiami.
Po drodze minął ją wystraszony strażnik.
-Panienko, wiesz może gdzie jest król?
-Jestem.
-Panie, - strażnik się skłonił. - jacyś rozbójnicy napadli na jedną ze wsi. Spalili chaty, a mieszkańcy...
-Generał z wami jedzie?
-Musi.
-Mari, pojedziesz z nimi.
Gdy księżniczka wyprowadziła ze stajni konia wszyscy już na nią czekali.
-Słyszałam że nie możesz jeździć konno, generale?
-A mam inne wyjście?
Oddział i Mari skierowali się ku napadniętej wsi. Droga nie była daleka i po półgodzinie byli na miejscu. A to co księżniczka zobaczyła...
Wszędzie były spalone chaty, zgliszcza i popiół. Gdzie nie gdzie leżeli zabici i ranni a ci którzy przeżyli... Mari wiedziała że jeśli ona nie obejmie dowództwa cały kraj wkrótce będzie wyglądał tak samo wskutek najazdów Solobańczyków. Nie zmieniało to jednak faktu że bała się podjąć takiej odpowiedzialności.
Tych którzy przeżyli trzeba było wziąć do zamku na czas odbudowy wioski, żeby nie pomarli z głodu. Wszelkie uprawy na polach także zostały zniszczone.
Jeden z wieśniaków podszedł do konia księżniczki.
-To znowu Solobańczycy - powiedział. - Jeszcze parę takich ich najazdów i nie wiem co z nami będzie.
-Dopilnuję żeby więcej się tu nie pojawili. - odparła Mari. Spojrzała ukradkiem na Ingailora. Podjęła już decyzję. Ta perspektywa nadal ją przerażała ale skoro tylu ludzi pokładało w niej nadzieję to nie mogła ich zawieść.
tydzień później
Mari stała w oknie swojej komnaty i patrzyła zamyślona na dziedziniec. Zbliżał się czas ceremonii. Już za chwilę stanie na czele armii i weźmie na siebie dużą odpowiedzialność. Nie wiedziała czy podoła temu zadaniu ale wiedziała że nie ma odwrotu.
-Możemy pogadać?
Księżniczka odwróciła się zaskoczona, ale po chwili się uśmiechnęła.
-Nie strasz mnie tak, Kryspin.
Książę wyciągnął klucz.
-Wiesz co to jest? - spytał.
-Klucz, no i?
-Ale nie zwyczajny klucz. - dodała Ami, która właśnie weszła. - To jeden z trzech kluczy do komnaty Lady Luizy.
-Skąd go macie?
-Generał mi go dał jakiś czas temu. Przecież obydwie znacie tę historię, nie?
-Znamy. - Mari i Ami zgodnie pokiwały głowami.
-Jeszcze zostały nam dwa klucze. - powiedziała Ami.
Nagle Mari coś sobie przypomniała. Podeszła do szafki i pogrzebała chwilę w szufladzie. Po chwili odwróciła się do brata i koleżanki.
-Abo i jeden. - pokazała im duży, ciężki klucz pokryty rdzą. - Dała mi go kiedyś mama. Nie powiedziała od czego on jest, tylko że mam go pilnować jak oka w głowie i kiedyś dać swoim dzieciom lub bratankom. Założę się że to ten którego szukamy.
Kryspin wziął klucz od siostry i przez chwilę porównywał ze swoim.
-Są identyczne. - powiedział.
-Czyli został jeszcze jeden. - stwierdziła Ami.
W tym momencie wszedł strażnik.
-Milady?
-Już idziemy. - odparła Mari.
Gdy Mari weszła do sali tronowej, wszyscy już się zgromadzili. Wzdłuż ścian od wejścia do tronu stał tłum ludzi, a ci którzy się nie zmieścili, stali na balkonie oraz na schodach które na niego prowadziły. Kryspin wszedł tylnymi drzwiami trochę wcześniej i zajął miejsce obok ojca. Król stał przy skraju wzniesienia na którym stał tron i wspierał się na mieczu, służącym do pasowania. Ami popchnęła lekko do przodu księżniczkę.
-No idź. - szepnęła i wycofała się pod ścianę.
Mari przeszła przez salę wolnym krokiem. Uklękła na jedno kolano przed ojcem. Ten dotykając płazem miecza jej ramion, powiedział parę słów których dziewczyna raczej nie zrozumiała.
-Czy przyjmujesz i przyrzekasz? - spytał na koniec jak nakazywała ceremonia.
-To przyrzekam i zaświadczam swym słowem. - powiedziała Mari. Wstała a król nałożył jej szkarłatny generalski płaszcz i przypiął do sukni odznakę świadczącą o tym że od dziś jest generałem.
-Wszędzie pusto. Ani śladu Solobańczyków.
-Nie bądź taka pewna, Ami. Oni wiedzą że nie są tu mile widziani.
Zaledwie kilka dni po awansie Mari już miała pełne ręce roboty. Z małą grupą wyruszyła w celu przeszukania okolic wsi. Ami oczywiście uparła się żeby jej towarzyszyć. Jechali już jednak kilka godzin i nie natrafili na ani jednego mieszkańca północy. Ami zaczynała marudzić i już miała powiedzieć coś jeszcze, gdy Mari zatrzymała wszystkich unosząc otwartą dłoń na wysokość głowy. Zsiadła z konia, przygotowała łuk i schyliła się w zaroślach. Reszta także ukryła się wśród drzew. Ami podeszła do przyjaciółki.
-Co się stało? - szepnęła.
Mari wskazała grotem strzały na pobliski strumień.
-Ktoś rozbił tam obóz. - odpowiedziała również szeptem.
Podszedł do nich kapitan straży.
-Dokładniej Solobańczycy. - uściślił.
-Skąd to wiecie? - szepnęła Ami.
-Nie są zbyt ostrożni. Wywiesili flagi. Poziome czarno-białe pasy to ich godło. - wytłumaczyła księżniczka.
-Trzeba się pozbyć tego oddziału, nie wzbudzając podejrzeń. - powiedział kapitan. Ze względu na to że Mari dopiero zaczynała swoją karierę jako generał, miał jej pomagać.
Księżniczka wypuściła strzałę i najbliższy Solobańczyk legł martwy. Wymieniła z Ami spojrzenia. Nikt nie zareagował. Wypuściła drugą strzałę. Znowu brak jakiejkolwiek reakcji.
-Trochę to dziwne. - powiedziała do siebie Mari. - A może... - przy ognisku siedzieli dwaj żołnierze. Posłała strzałę prosto w szyję jednego z nich. Jego towarzysz nie wykazał najmniejszego zainteresowania.
-Czy to aby nie jest jakiś podstęp? - podsunęła pomysł Ami.
-Niewykluczone. - zgodził się kapitan straży. - Ale lepiej nie ryzykować i nie podchodzić bliżej.
-Dobra, Mari, to co robimy? Bo to raczej chyba nie są kukły. Proponuję ich otoczyć.
-Nie. Jeśli to zasadzka, to wtedy my możemy zostać otoczeni. - odparła Mari. - Lepiej obejść ten obóz i sprawdzić dokładnie co gdzie jest. No i jeśli to są żywi udzie to dlaczego nie reagują na śmierć towarzyszy?
-Powiem ci dlaczego. Bo to zasadzka.
-Coś ty się tak uczepiła tej zasadzki?
-No, na pijanych raczej nie wyglądają. Kilku stoi, kilku siedzi, kilu jest pewnie w namiocie... Masz lepszy pomysł niż zasadzkę?
-Podejdziemy z tyłu namiotu. - odparła Mari.
Grupa przeszła we wskazane miejsce i Ami przyłożyła miecz do ściany namiotu.
-Mogę? - spytała.
Mari skinęła głową.
W rozcięciu zrobionym przez Ami ukazał się mężczyzna w płaszczu w czarno-białe poziome pasy. Zapewne dowódca tego oddziału.
-Czekałem na was. - uśmiechnął się na widok szoku na twarzach przybyszów.
-Czekałeś? Co to ma znaczyć? - spytała Mari celując w niego grotem strzały. - Wracajcie natychmiast do siebie, inaczej powiem ojcu że tu jesteście.
-A kim ty jesteś że stawiasz mi takie warunki? - zerknął na diadem na jej głowie. - Aha, księżniczka. Nie powinnaś siedzieć w zamku? A twoi rodzice to Ramadantys i Kihidia, tak?
-Powinieneś mieć więcej szacunku dla króla i królowej. - powiedział kapitan straży.
-Nie im służę a te tereny już niedługo nie będą należały do nich.
-Ale przed nimi będziesz się tłumaczyć. - Mari dała znak i dwóch strażników związało mu ręce z tyłu. Nie opierał się.
-Naprawdę sądzisz że uda ci się mnie pojmać? - zwrócił się do Ami - miałaś rację moja droga, wpadliście w zasadzkę. Ciężko być obojętnym na widok śmierci towarzysza ale taki mieliśmy plan.
-Nas jest o wiele więcej. - zakończyła Mari. - Pójdziecie z nami.
Całe zajście widział niezauważony przez nikogo członek oddziału wysłanego z Soloby, który siedział na drzewie. Gdy wszyscy odjechali zszedł z drzewa i pobiegł na północ z wieściami dla króla. Księżniczka generałem? Soloba może mieć kłopoty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz