-Moja córka znalazła cię na terenie Abolosu razem z twoim oddziałem. Jakie mieliście zadanie? - król Ramadantys przesłuchiwał dopiero co złapanego Solobańczyka.
-Jaśnie oświecony król Malonimus upomni si ę o mnie. Ostrzegam. - jeniec zignorował pytanie.
-Pytam jeszcze raz: jakie miałeś rozkazy? Nie radzę wykręcać się od odpowiedzi.
-Skoro nie chcesz mnie słuchać...
-Odpowiadaj!
-Wolę zginąć. - odparł dumnie złapany Solobańczyk.
-Skoro tak, pomyślisz nad odpowiedzią w lochach.
Nim jeniec się obejrzał, za ramiona trzymało go dwóch strażników. O ucieczce nie było nowy, zwłaszcza że księżniczka odebrała mu wcześniej broń. Popchnęli go do tyły zmuszając do pójścia ze sobą.
-A co z moim oddziałem?! - krzyknął jeszcze.
-Niebawem do nich dołączysz.
tymczasem w zamku króla Malonimusa
-Panie, mam pilne wieści! - do króla podszedł jeden z rycerzy.
-Jakie wieści z wyprawy? Gdzie Lord Xariel... i reszta oddziału?
-Panie, wszyscy inni zginęli albo zostali schwytani.
-Lord Xariel...żyje?
-Schwytany. Czy żyje? Nie wiem.
-Dobrze. Przez kogo?
-...
-Mowę ci odjęło, czy jak?! Zadałem pytanie!
-Eeee, i tu jest problem. Pojmała go... Lady Mari.
-Ta panna jest przecież księżniczką. Jakim cudem mogła go pojmać?!
-Od niedawna jest też generałem. - powiedział cicho rycerz, bojąc się reakcji króla.
-Kim? Mówże głośniej!
-Generałem.
-Co?! Przecież według prawa... nie, tak nie będzie. Każ siodłać konia!
Rycerz skłonił się i wyszedł przekazać rozkazy.
-Czas przemówić ci do rozumu, Ramadantysie. - powiedział do siebie król.
zamek króla Ramadantysa
-Powiedz mi co tam widzisz. - jeden ze strażników podał lunetę towarzyszowi stojącemu razem z nim na zamkowej wierzy.
Ten popatrzył przez chwilę.
-Król Malonimus z wojskiem lub jego częścią, jeśli się nie mylę.
-Czyli się nie przewidziałem. Co on tu robi?
-Patrz, chyba chcą tylko pogadać. Mają białą flagę.
-Tak czy inaczej trzeba poinformować króla.
Gdy oddział króla Malonimusa podjechał do bramy, strażnicy skrzyżowali miecze, zagradzając dalszą drogę.
-Chcę się widzieć z waszym królem. - rzekł dowódca przybyszów.
-Ojciec zaraz tu będzie. - podeszła do nich Mari.
-Ty! Jak śmiesz! Prawo zabrania.
-Nie podlegam twojemu prawu. Tak jak każdy mieszkaniec Abolosu.
-Ach tak? Ale wkrótce będziecie.
-Ona ma rację, Malonimusie. Twoje prawo tu nie sięga. - obok córki stanął król Ramadantys.
-Ramadantysie, żądam uwolnienia moich ludzi.
-Zostali schwytani na moich ziemiach. Podlegają więc prawom Abolosu.
-Jak widzę przyprowadziłeś ze sobą sporą grupę. Ludzi więc pewnie ci nie brakuje. A w naszych lochach jest ich garstka. - strąciła się Mari. - Trzech rycerzy i ich dowódca.
-Żądam ich uwolnienia... chyba że chcecie wojnę.A z nią na czele raczej jej nie wygracie. - wskazał na księżniczkę.
-Ojcze, ten ich dowódca jest kimś ważnym, że...? - spytała Mari.
-To Lord Xariel. Jeden z jego najlojalniejszych ludzi.
-Jeżeli z nami nie wrócą, zastrzegam ŻYWI, będzie wojna. To ostatnie ostrzeżenie.
-Wojnę mamy od wielu pokoleń, przypominam. Dobrze...uwolnić ich!
Mari patrzyła jak czwórka jeńców jest niezbyt łagodnie wyprowadzana z lochów.
-Serio?
-Tak czy inaczej nas zaatakują. Wykorzystują byle pretekst.
Ami biegła przez zamkowy korytarz.
-Mari! Kryspin! Gdzie jesteście?! Mam pilną sprawę! No, gdzie oni się podziali? - nagle poczuła że z kimś się zderzyła. - Och, przepraszam, trochę się spieszę. - powiedziała na widok jednego ze służby. Pomogła mu wstać. - Widziałeś gdzieś może księcia i księżniczkę?
-Nie, niestety.
-Co jest takie pilne że biegasz po całym zamku i się drzesz? - spytał Kryspin z wyższego piętra.
-A, tu jesteś. - Ami do niego podbiegła. - Gdzie Mari?
-Chyba u siebie.
-Ami chwyciła go za rękę i pociągnęła. Chcąc nie chcąc, książę musiał za nią pobiec.
-Co się stało? - spytał po drodze.
-Dowiesz się jak tylko znajdziemy twoją siostrę.
Dobiegli do komnaty księżniczki. Ami otworzyła drzwi i wpadła do środka.
-Mari, mam wieści!
-Jakie?
Dziewczyna zamknęła drzwi, wcześniej sprawdziwszy czy korytarzem nikt nie idzie. Uspokoiła oddech i wypaliła:
-Wiem gdzie jest trzeci klucz. - wskazała na sufit.
-Gdzie? - spytali na raz Mari i Krispin.
-U ogrodnika.
-U Lostesa?
-Tak. Przechodziłam obok szklarni. W środku, blisko przy ścianie jest zakopana jakaś szkatułka. Ale nie zdążyłam się przyjrzeć bo Lostes mnie pogonił.
-To akurat nie nowość. On nielubi towarzystwa. Skąd wiesz że w tej szkatułce jest klucz?
-Podejrzewam. Gdy się spytałam o to ogrodnika, zbył mnie. Cytuję: "Nie twoja sprawa. Zawartość pozostanie tajemnicą!".
-Musimy to sprawdzić . - zdecydowała Mari.
-Chyba nie w nocy?
-A niby kiedy? W dzień ktoś musiałby go czymś zająć, a to raczej nie będzie łatwe.
-Przecież możemy poczekać jak gdzieś pójdzie.
-A jak nigdzie nie pójdzie? Zostaje tylko noc. Dzisiaj, o północy przy bramie do ogrodu. Gdyby ktoś was zatrzymał, reszta czeka pół godziny. Po tym czasie idziemy bez spóźnialskich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz