Strony

05 lipca 2017

Legenda Rozdział piąty: Wyprawa cz.1

Następnego dnia, już z samego rana wszystko było gotowe do drogi. Jechał mały oddział łuczników, mających także przy sobie krótkie sztylety. Na jego czele księżniczka z Ami i Hiamu u boku. Łącznie dziesięć koni.
Oddział skierował się na dróżkę prowadzącą w stronę Północnego Lasu.
-Przygotujcie się że droga jest daleka i nie do końca wiemy co nas może tam spotkać... szczególnie bliżej granicy. - ostrzegła Mari.
-Nie wyjdziemy poza granice Abolosu. - zauważyła Ami. - Więc raczej wiemy co nas może spotkać.
-Nikt do końca nie wie. - zaprzeczyła księżniczka. - A poza tym Wielkie Równiny, szczególnie u podnóża gór, są zdradliwe i niebezpieczne.
-A będziemy przechodzić przez góry? - wtrącił się Hiamu.
-Zobaczymy jak to wyjdzie.
Do lasu było całkiem blisko i już po godzinie jazdy grupa stanęła na jego skraju. Las był gęsty ale były wytyczone w nim szlaki i ścieżki, których, jeśli się trzymało, nie dało się zabłądzić. Znali je jednak nieliczni. Z całej grupy tylko księżniczka wiedziała jak się tu nie zgubić.
Nakazała wszystkim trzymać się razem i nie oddalać się i oddział wjechał do lasu. Ze względu na gęste korony drzew docierało tu mało światła. Panował tu półmrok utrudniający orientację w terenie.
Jechali na początku w ciszy. Nikt nie rozmawiał. Wszyscy byli raczej zajęci rozglądaniem się w około. A nuż natkną się na Solobańczyka?
W pewnej chwili zatrzymali się na rozwidleniu dróg.
-Gdzie teraz? - spytał Hiamu.
-Tam. - Mari wskazała ścieżkę biegnącą w lewo.
-A czemu nie pojedziemy tą drugą?
-Jeśli chcesz spaść z urwiska to możesz tamtą pojechać. - odparła i pojechała do przodu a reszta za nią oraz Hiamu z obrażoną miną.
Droga przez las nie była wcale taka długa jak się niektórym wydawało. Tego samego dnia wieczorem stanęli nad rzeką Samą. Tylko że...
-Jak przeprowadzimy konie na drugi brzeg? - spytała Ami spoglądając w dół ze stromego i wysokiego urwiska na rzekę płynącą z dość silnym prądem. Nie wyglądała na płytką.
-No i co? - zaczął Hiamu. - Tu też jest urwisko.
Mari zignorowała tę uwagę. Zsiadła z konia i podeszła bliżej do brzegu.
-Tu powinien być most. - powiedziała do siebie.
-A gdzie jest? - spytała Ami.
-Ktoś go zniszczył. - Mari przyjrzała się pobliskim krzakom. - I to całkiem niedawno.
Rzeczywiście, w krzakach stały jeszcze złamane słupy do których zwykle przyczepiano wiszące mosty.
-Co robimy? - spytała Ami.
-Proponuję wracać. - zaproponował Hiamu.
-Przenocujemy tu. - zarządziła Mari. - Może coś wymyślimy.
-Wymyślimy że lepiej wrócić. - mruknął pod nosem Hiamu.

Ale następnego dnia nadal nikt nie miał pomysłu jak się przeprawić na drugi brzeg. Do tego doszedł kolejny problem: jak przeprowadzić konie? W dodatku Mari wiedziała że w tej okolicy nie ma brodu ani tym bardziej łagodnego zejścia. A nie chciała zawracać.
-Może dałoby się spuścić na linie? - zastanawiał się jeden z żołnierzy.
-Nie ma gdzie jej przyczepić. - zauważył drugi. - Drzewa rosną zbyt daleko. Te bliższe mogą się złamać. A poza tym konie.
-No tak.
-A może jednak znalazłby się łagodny stok? - Ami podeszła do kępy krzaków rosnących tuż przy krawędzi.
-Ami, uważaj. - ostrzegła przyjaciółkę Mari.
Dziewczyna tylko się uśmiechnęła i rozgarnęła rośliny odsłaniając ścieżkę biegnącą w dół urwiska. Krzaki szczelnie ją osłaniały przed wzrokiem wędrowców.
-Ukryte zejście? - zdziwił się Hiamu.
-Na to wygląda. - uśmiechnęła się Mari. - Konie też dadzą radę tędy zejść.
-Skąd wiedziałaś? - spytał Ami Hiamu.
-Był tam mały prześwit. Obejrzałam dokładnie te krzaki i...
-Na dole jest kilkumetrowa głębia. - Hiamu zwrócił się do Mari.
-Nie przesadzaj. - ofuknął go jeden z żołnierzy. - Widać dno nawet stąd.
-Ej, jestem bratankiem królowej!
-I pod moją komendą. - Mari przerwała kłótnię zanim ta na dobre się zaczęła.
-Dno widać bo pewnie woda jest czysta. Równie dobrze może tam być z 10 metrów. - powiedział Hiamu ale już do siebie.
Gdy zeszli na dół okazało się że Hiamu się przeliczył. Woda niebyła aż tak głęboka - sięgała raptem do pasa. Na drugim brzegu także była ścieżka którą dało się wejść na urwisko.
Na górze przywitała ich idealnie gładka równina porośnięta trawą sięgającą do pasa. Aż po horyzont rozciągnięta, nie rosło na niej ani jedno drzewo, nie było też widać odległego pasma gór. I jak się wkrótce miało okazać teren był tu zdradliwy.
-Żadnych punktów orientacyjnych. Wszystko widać jak na dłoni. Można w ogóle znaleźć drogę w takim terenie? - zastanawiała się Ami.
-Solobańczyków raczej tu nie będzie. - powiedział Hiamu robiąc kilka kroków do przodu. - Nie na takim terenie.
-Uważaj lepiej. - ostrzegła księżniczka. - Nigdy nie wiadomo co się kryje w tak wysokiej trawie.
Hiamu, udając że nie słyszy ostrzeżenia zrobił jeszcze parę kroków, mówiąc: - Nie mają gdzie się tu schować... Aaaa!!
I zniknął w trawie. Gdy reszta grupy podeszła tam gdzie przed chwilą stał Hiamu, zobaczyli go siedzącego w jakimś dole, na tyle głębokim że nie mógł sam stamtąd wyjść.
-Chyba jednak mają gdzie się schować. - sprostowała Ami, szczerząc w uśmiechu zęby na widok naburmuszonej miny towarzysza podróży.
-Mówiłam żebyś uważał? Może tu być więcej takich dołów. - powiedziała Mari, wyciągając do Hiamu rękę by pomóc mu wyjść.
Ten jednak odtrącił jej pomoc mówiąc:
-Poradzę sobie.
Mari cofnęła więc rękę i grupa w milczeniu patrzyła, mniej lub bardziej dokładnie tłumiąc uśmiech, na skazane na porażkę wysiłki Hiamu. Dół miał mniej więcej głębokość równą wzrostowi dorosłego człowieka. Do tego brzegi były strome, niemal pionowe, bez jakichkolwiek wystających korzeni których można by się chwycić.
-Jak właściwie powstają takie doły? - zainteresowała się Ami.
-Pojęcia nie mam. Wiem tylko że mogą mieć różną głębokość. Od kilkunastu centymetrów do kilku metrów.
-Może jednak ci pomóc? - spytał w pewnej chwili jeden z żołnierzy.
-Nie!
-Nie możemy w nieskończoność czekać aż on stąd wylezie. - żołnierz, którego pomoc Hiamu przed chwilą odrzucił, zwrócił się do swojej dowódczyni.
-Nie możemy też go tu zostawić. - odparła Mari.
-Jak dla mnie, bardzo chętnie. Niech ma nauczkę za swoje zachowanie. - wtrąciła się Ami.
-Nie zostawiajcie mnie! - przeraził się Hiamu.
-To pomóc ci?
-Nie!
-Słuchaj, albo przyjmiesz pomoc albo wyciągniemy cię stąd siłą. - zagroziła Mari.
-Sam sobie poradzę. Powiedziałem już.
-Tracimy tylko przez ciebie czas. - powiedziała Ami. - W tej chwili daj mi rękę, to cię wyciągnę!
Na to Hiamu usiadł na dnie dołu, tyłem do wszystkich i skrzyżował ręce na piersi.
Mari w odpowiedzi dotknęła mieczem jego karku.
-Daj sobie pomóc. - Powiedziała ostro.
-Już mówiłem że...
-To jest rozkaz.
Hiamu powoli wstał i obrażoną miną dał się wyciągnąć z dołu. Do wieczora do nikogo się nie odzywał. Grupa, z racji zdradliwego podłoża musiała iść obok koni i uważnie badać grunt. W wysokiej trawie trudno było dostrzec doły, utrudniała także poruszanie się. Tylko Hiamu jeszcze nie raz wpadł do podobnego dołu. Na szczęście nie były one już tak głębokie jak pierwszy. Po nie wiadomo którym z kolei "zanurzeniu się" Hiamu w trawie, zaproponowano mu przejście na koniec grupy, na co ten się nie zgodził i dalej szedł przodem, co jakiś czas wpadając w doły.
Na noc zatrzymali się w jednym z takich właśnie dołów. Był on niezbyt głęboki i rozległy, tak że grupa z łatwością się tam pomieściła.
-To mają być równiny? - spytała Ami już na postoju.
-Może jak nadawano nazwę, nie było tu tych dołów. Może powstały później a nazwa została. - odparł jeden z żołnierzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz