Góry zobaczyli na horyzoncie dopiero po tygodniu wędrówki przez Wielkie Równiny. Mari poinformowała resztę że do gór dotrą za jakieś dwa dni, oczywiście pod warunkiem że Hiamu oszczędzi sobie takich cyrków jak po przekroczeniu Samy. Zamierzała przejść przez przełęcz na drugą stronę gór. Czy jednak się to uda? Czy nie zaskoczą ich Solobańczycy? Tego nikt nie mógł przewidzieć.
Teraz albo dołów było mniej albo Hiamu był ostrożniejszy. Dość że wpadał coraz rzadziej.
W pewnej chwili trawa zaczęła być niższa a teren zaczynał się podnosić. I to dosyć gwałtownie. Wchodzili już na górskie stoki, choć szczyty były jeszcze daleko. Drugiego dnia od ukazania się gór na horyzoncie, tu i tam drużyna zaczęła napotykać skalne granitowe bloki a jeszcze tego samego wieczoru mieli po bokach ściany gór. Weszli w przełęcz. Rano byli już po drugiej stronie. Jednak do tej pory nie spotkali ani jednej ludzkiej istoty, co niepokoiło Mari. W najgorszym wypadku urządzili zasadzkę. Albo też nie spodziewali się nikogo i po prostu te tereny niebyły strzeżone.
Pas zielonej trawy nagle się urywał. Przed sobą mieli bagna. Ogromne bagna. Południowe Bagna Soloby.
-Wchodzimy tam? - spytała Ami.
-Myślę że nie ma potrzeby. Jesteśmy na granicy. Niech sobie robią tu co chcą. Chciałabym wiedzieć czy nie zaczaili się na nas w wyższych partiach gór. - Mari spojrzała w górę na szczyty. - Teraz pojedziemy na wschód, wzdłuż pasma. Wrócimy na około i przy okazji sprawdzimy większy teren.
-A na wschód od nas są ciągle te równiny? - spytał Hiamu.
-Nie. Na wschód od nas jest labirynt korytarzy, jaskiń i grot, które dawno temu wyżłobiły rzeki o wyjątkowo silnych nurtach. Ściany tego labiryntu mają, jeśli się nie mylę, jakieś 100 metrów wysokości. Na południe od niego natomiast płynie rzeka Sama, a na jej południowym brzegu, na wschód od Północnego Lasu, są Łąki.
-A dalej?
-A dalej sam się przekonasz.
Drużyna wyszła z przełęczy i ruszyła na wschód mając góry i krainę Soloby po lewej stronie. Jeszcze kawałek mieli iść przez Wielkie Równiny zanim dotrą do Labiryntu Kresowego.
-Jakim cudem od początku podróży nie spotkaliśmy ani jednego człowieka? - zastanawiała się Ami.
-Widocznie nikt nie chce mieszkać na takim odludziu. - podsunął myśl Hiamu. - A zmieniając temat, jak zamierzacie po tym przejść?
Grupa stała właśnie przy Labiryncie Kresowym. Pod nimi rozciągał się gąszcz przejść, a pofalowane wysokie ściany, z góry nie wydawały się zbyt bezpieczne.
-Chyba nie będziemy schodzić na dół? - dodał po chwili.
-Nie, jeśli tam zejdziemy, możemy już nigdy nie wyjść. Trzeba przejść górą.
-Szkoda, chciałabym pozwiedzać te jaskinie. Ale, Mari, jeśli uważasz że lepiej przejść górą, to lepiej uważaj na Hiamu. Znając go, będzie pierwszym który tam zleci.
Stanęło na tym że Mari poszła pierwsza, za nią Hiamu, potem Ami i reszta grupy. To był rzeczywiście labirynt. Często okazywało się że dochodzili do ślepego zaułka i cała grupa musiała się wycofywać. Czasem półki skalne były bardzo wąskie, czasem trochę szersze. Czasem musieli też przeskakiwać nad przepaścią. Na szczęście nikt nie spadł ale dojście do rzeki zajęło im cały dzień. Widocznie tu Góry Graniczne kierowały się na południowy-wschód. Nagle labirynt się urywał a od rzeki płynącej w wąwozie dzielił ich tylko metrowy pas ziemi. Na szczęście tutaj most był. Problem był tylko z końmi bo po tym labiryncie nie dałyby rady przejść, więc Mari kazała kilku ludziom przeprowadzić je na około. Droga ich była dłuższa i jeszcze nie dołączyli do reszty. Trzeba było na nich poczekać z przejściem przez most.
Ale gdy dołączyli następnego ranka, pojawił się kolejny problem. Grupa zatrzymała się na postój i po upływie doby od dołączenia koni, mieli zamiar ruszyć dalej.
I dopiero gdy miał wejść na wiszący nad kilkudziesięciometrową przepaścią most, Hiamu się zawahał. Złapał się sznurów imitujących barierki i stał w miejscu.
-Co jest, no idź. - ponagliła Ami a Mari, która szła przed Hiamu, odwróciła się.
-Nie mogłeś powiedzieć wcześniej że masz lęk wysokości?
Hiamu nie odpowiedział.
-A nad Labiryntem Kresowym przeszedłeś bez problemów. - zauważyła Ami.
-Tam nie było wody na dole.
-Nie patrz w dół i nie myśl. - poradziła Ami.
Gdy jakimś cudem Hiamu udało się przejść na drugi brzeg, a tym samym i całej reszcie, znaleźli się na Łąkach. Tutaj trawa również była wysoka, jednak nie tak bardzo jak na Wielkich Równinach. Teren był pagórkowaty, od czasu do czasu poprzecinany ciekami wodnymi, a oprócz trawy rosły tu też polne kwiaty. Po drzewach jednak nadal ani śladu.
Dalej pojechali już konno.
Po kilku godzinach jeden z żołnierzy zrównał się z Mari.
-Pani, spójrz tam na prawo od nas, między tymi dwoma pagórkami. - powiedział cicho.
Mari spojrzała we skazanym kierunku. Zdjęła łuk z pleców. Ami także podjechała bliżej przyjaciółki.
-Co się stało? - spytała.
-Mamy towarzystwo. - Mari wskazała dolinkę na prawo od nich.
-Solobańczycy?
-Nie widzisz ich sztandaru? Na szczęście to mały oddział. Może kilkunastu ludzi, ale kto wie czy dalej nie kryją się pozostali. Udawajcie że ich nie widzicie. Przejedziemy obok i zobaczymy co zrobią.
Gdy jednak grupa znalazła się przed ukrytymi w trawie, ci zaczęli ostrzał z łuków. Odział Mari odpowiedział tym samym. Na szczęście Solobańczycy nie byli dobrymi łucznikami i ich strzały były niecelne. W przeciwieństwie do Abolończyków. Gdy dowódca atakujących zorientował się że przegrywa, wyszedł przed szereg i zarządził koniec ataku. Mari zrobiła to samo.
-Jest nas więcej. Dobrze wam radzę poddajcie się. - powiedział.
-Co ty znowu robisz na ziemiach mojego brata, Lordzie Xariel? - spytała Mari.
-To znowu ty?
-Wracaj do ojczyzny a unikniesz kłopotów. Czy mamy wystrzelać cały twój oddział?
-Jesteś zbyt pewna siebie. To źle. Ingailor też taki był i drogo za to zapłacił.
-O czym ty mówisz ? - wtrąciła się Ami.
-A zapomniałem. Przecież wy jeszcze nic nie wiecie. - powiedział teatralnym głosem. Po chwili spoważniał i dodał: - Osobiście go zabiłem.
Na początku nikt mu nie uwierzył więc Lord Xariel kontynuował:
-Wjeżdżam do jednej ze wsi Abolosu a ten wychodzi mi na spotkanie. Od słowa do słowa i przegrał pojedynek ze mną. A teraz ciebie, moja droga, czeka ten sam los.
-A co robiłeś w tej wsi? - spytała Mari.
-A czy to ważne? I tak zaraz zginiesz. - Lord Xariel wyciągnął miecz.
Mari zsiadła z konia.
-Jeśli wygram, odejdziecie stąd.
-Może i tak być. Ale nie wygrasz. Nie ze mną.
-Mam nadzieję że wiesz co robisz. - szepnęła Ami, a głośniej dodała: - Pamiętasz jak trafiłeś do naszych lochów pięć lat temu?
Dowódca Solobańczyków zignorował pytanie dziewczyny. Obserwował księżniczkę która jakoś nie spieszyła się z wyciągnięciem broni.
-Na co czekasz? - spytał podchodząc bliżej. - Skoro chcesz ze mną walczyć to przynajmniej okaż trochę honoru. - Zamachnął się mieczem, ale broń ze zgrzytem została zatrzymana.
Mari odparowała cios. Nim przeciwnik zdał sobie sprawę co się dzieje, opuściła miecz i płazem uderzyła go pod kolanami. Ten zachwiał się ale nie upadł. Błyskawicznie się odwrócił przodem do Mari, akurat by zablokować jej uderzenie. Miecze się skrzyżowały, żadne nie chciało odpuścić. Ale po chwili Solobańczyk zrobił parę kroków do tyłu a miecz księżniczki zsunął się do rękojeści jego miecza. Mari popchnęła w lewo jego prawą rękę, wytrącając przeciwnikowi miecz.
-Podnieś. - powiedziała.
Lord schylił się po broń, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Poniósł ją i natychmiast ciął poziomo na wysokości pasa. Mari jednak była szybsza - uchyliła się i wykonała mieczem ruch tak błyskawiczny że nikt go nie zarejestrował, po czym odsunęła się kilka kroków od przeciwnika.
Ten stał przez chwilę jakby w szoku a potem osunął się na kolana i upadł. Z jego skroni pociekła stróżka krwi.
Na widok przegranej swojego dowódcy, Solobańczycy rzucili się do ataku ale łuki ich przeciwników skutecznie zatrzymały ich w pół kroku.
-Co to miało być? - zwróciła się do nich Mari. - Umowa była jasna: jeśli wygram odejdziecie stąd. Opatrzcie go - wskazała na pokonanego - i nie chcę was tu więcej widzieć.
Gdy Solobańczycy odjeżdżali w swoją stronę, słychać było jeszcze krzyki ich dowódcy poprzysięgającego zemstę.
Dalsza droga przez Łąki była już spokojna. Także później w Dolinie Północy obyło się bez tego typu niespodzianek. Wreszcie po wyjechaniu z Doliny ujrzeli w oddali zamek a po lewej stronie mieli wieś Amberę. Wracali do domu. Nie było ich jakieś 2 tygodnie i Mari się bała co Lady Elyssa nawyprawiała pod jej nieobecność. Hiamu natomiast zastanawiał się co powiedzieć ciotce. Jak jej wytłumaczyć że nie udało mu się podczas tej wyprawy znaleźć słabej strony księżniczki, i to w ten sposób żeby jej nie zdenerwować.
Gdy tylko Mari przekroczyła próg zamku, zawołał ją brat:
-Możemy pogadać?
Gdy siostra podeszła do niego, kontynuował:
-Dwie sprawy. Po pierwsze, spotkałaś może po drodze generała Ingailora?
-Nie. I posłuchaj...
-Daj mi skończyć. Odradzałem mu ale uparł się jechać do wsi.
-Po co?
-Nie powiedział. Ale dawno powinien już wrócić.
-Nie wiem ile w tym prawdy. Spotkałam na Łąkach Lorda Xariela z jego oddziałem.
-Co on tam robił?
-Też chciałabym wiedzieć. Mówił że osobiście go zabił.
-Co?!
-Cytuję: "Wjeżdżam do jednej ze wsi Abolosu a ten wychodzi mi na spotkanie. Od słowa do słowa i przegrał pojedynek ze mną."
-Myślisz że wiedział że on tam będzie?
-Niewykluczone. A ta druga sprawa?
-No właśnie... nie wiem czy ci o tym mówić, teraz gdy i generał nie żyje.
-"I"?
Kryspin wstrzymał na chwilę oddech.
-Mama... kilka dni temu... zmarła.
-Ale przecież nic jej nie dolegało. Nie była chora.
-No właśnie wiem. Wieczorem źle się poczuła a następnego dnia... już się nie obudziła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz